A macie zdjęcia?

A macie zdjęcia? Zdjęcia i relacje z naszych podróży.

Podobno w XIX wieku wierzono, że picie zimnych napojów może być niebezpieczne, a nawet śmiercionośne ☠️. Choć dzisiaj du...
03/22/2026

Podobno w XIX wieku wierzono, że picie zimnych napojów może być niebezpieczne, a nawet śmiercionośne ☠️. Choć dzisiaj dużo łatwiej jest nam znieść wysokie temperatury niż onegdaj - wszakże sporą część życia spędzamy w klimatyzowanych pomieszczeniach ❄️, a lodówka 🧊 jest czymś oczywistym - to możliwość napicia się czegoś zimnego i orzeźwiającego 🧋wydaje się wręcz podstawową przyjemnością w gorące dni 😎. Wśród najcieplejszych stanów USA (jeśli chodzi o część kontynentalną) zwykle podium zajmują stany okalające Zatokę Meksykańską, czyli Floryda, Luizjana i... Teksas. Nie powinno zatem dziwić, że zimne napoje, zwłaszcza gazowane, są tu bardzo popularne😀

Ale cofnijmy się nieco w naszej opowieści. Historycznie rzecz biorąc, ludzkość osadzała się zawsze tam, gdzie był dobry dostęp do wody 💧, bo po prostu potrzebujemy jej do życia. Niekiedy źródła tryskały wodą, którą dziś nazwalibyśmy "gazowaną" i, jak łatwo się domyślić, upatrywano w niej magicznych mocy🪄, a potem zaczęto badać ten dziw natury.

W 1772 roku Joseph Priestley, badając zachowanie gazów, odkrył, jak stworzyć wodę gazowaną. Miał nadzieję, że rozwiąże to problem marynarzy zapadających na szkorbut. Tu się oczywiście mylił 😉, ale "przy okazji" - niejako przypadkiem - stworzył całą gałąź przemysłu takich napoi, zwanych w USA "soda"🥤. Do sukcesu potrzebna była kreda i kwas siarkowy. Reagując ze sobą, wydzielają dwutlenek węgla, który należało zgromadzić w świńskim pęcherzu, a następnie nasycić nim wodę.

Następnym bohaterem historii będzie szwajcarski zegarmistrz Johann Jacob Schweppe. Tak, ten sam, którego nazwisko do dziś jest na butelkach toniku. Udało mu się przekształcić eksperyment Priestleya w proces przemysłowy 🏭. Oszczędzając szczegółów, zastąpił on kredę wodorowęglanem sodu, czyli po prostu sodą. Tak powstała nazwa "woda sodowa" i jej amerykański odpowiednik.

Wkrótce powstały również urządzenia do dystrybuowania nowego napoju. Bywały naprawdę duże i nie bez kozery przylgnęło do nich określenie "fontanny" (fountains) ⛲️. Aby przyciągnąć klientów, dodawano rozmaite syropy smakowe... i nie tylko. Nieco żerując na przekonaniu o cudownych właściwościach wody z bąbelkami, zachwalano jej walory zdrowotne, sprzedawano ją w aptekach🥼, a także "wzmacniano" ją medykamentami 💊. Farmaceuci, starając się znaleźć atrakcyjną mieszankę smaków, eksperymentowali. Tak powstała m.in. Coca-Cola (w 1886 r. w Atlancie) i Pepsi (w 1893 r. w New Bern). W ten sam sposób poznajemy trzeciego bohatera dzisiejszej opowieści, czyli Charlesa Aldertona, farmaceutę z Waco w Teksasie, a zarazem twórcę napoju Dr. Pepper. Co ciekawe, jest on starszy od Pepsi i Coca-Coli, bo powstał w 1885 r. 😃

To właśnie w Waco był nasz następny przystanek. Jedną z najbardziej znanych atrakcji turystycznych jest muzeum Dra Peppera. Można w nim poznać historię napojów gazowanych 🥤(skróconą powyżej), zobaczyć historyczne maszyny służące do ich produkcji i butelkowania, sporą kolekcję butelek i puszek, mnóstwo wariacji smakowych, które się nie przyjęły i limitowanych serii, wreszcie reklamy i gadżety sprzed lat, a nawet dostawczego Forda Model T z 1920 r., wnoszonego po schodach w częściach i złożonego w miejscu, gdzie jest wyeksponowany.

W muzeum znajdziemy również eksponaty związane z innymi napojami, należącymi aktualnie do tej samej grupy kapitałowej Keurig Dr Pepper. Znamy z nich głównie 7-Up i Schweppes.

Przyznamy, że muzeum okazało się większe niż się spodziewaliśmy😅 i na koniec byliśmy bardzo zaskoczeni tym, że ma jeszcze drugi budynek. Warto sobie zatem zarezerwować na nie 2-3 godziny, a jeśli okaże się to dla Was za dużo, można ten czas spędzić w sklepie z pamiątkami, lub, jeszcze lepiej, delektując się lokalną specjalnością, czyli Dr Pepper Float - płynnym deserem z napoju gazowanego 🥤 i lodów 🍨, czasem z innymi dodatkami (smakowymi lub alkoholową "wkładką"). Podobne "floaty" przygotowuje się w USA z wielu rodzajów napojów, np. piwa korzennego 🍺.

W Stanach Dr. Pepper jest znacznie popularniejszy niż u nas, choć oczywiście palmę pierwszeństwa niepodzielnie trzyma Coca-Cola. Niemniej, w praktycznie dowolnym lokalu lub nawet stacji benzynowej jest on dostępny i cieszy się większym powodzeniem niż choćby Sprite czy Fanta😀.

Wybór napojów dostępnych na stacjach benzynowych to również pewien szok kulturowy dla turysty z Europy. Absolutnym standardem jest obecność co najmniej kilkunastu dystrybutorów 😲z napojami gazowanymi, lodem, kawą przelewową (zupełnie inną niż europejska), a nawet świeżo parzoną. Kubki przypominają wielkością raczej wiadra 🪣(no dobrze, może ODROBINĘ przesadzamy 😉), a cena jest bardzo przystępna - olbrzymi kubek (kubeł?) wypełniony np. Drem Pepperem będzie kosztował około dolara, a jeśli przyszliśmy tylko go napełnić, to nawet mniej.

Trochę nam w Polsce tych "źródełek" na stacjach i darmowych dolewek w knajpach brakuje. Trzeba przyznać, że dostęp do orzeźwiających napojów sprzyja dobremu nawodnieniu, tak ważnemu zwłaszcza w ciepłym, teksańskim klimacie. Niestety, nie da się ukryć, że są one też znaczącym źródłem cukru, co ostatecznie przekreśliło ich "zdrowotne" właściwości, które starali się podkreślać twórcy 😉

To właśnie duża zawartość cukru była jednym z motywów reklamowych Dra Peppera 😃 - był zachwalany jako łatwoprzyswajalny posiłek w płynie, który "należy" spożywać trzy razy dziennie w ciągu typowego dnia pracy (o 10, 14 i 16), aby uniknąć spadków energii.

Dzisiaj będzie więcej zdjęć niż tekstu, ale tak to jest - takie miejsca, jak kanion Palo Duro, trzeba po prostu zobaczyć...
03/06/2026

Dzisiaj będzie więcej zdjęć niż tekstu, ale tak to jest - takie miejsca, jak kanion Palo Duro, trzeba po prostu zobaczyć😉
Ale do rzeczy - Teksas to drugi (po Alasce) największy stan i mówi się, że to takie USA w miniaturze. I jest w tym sporo prawdy, choć oczywiście ma swoją unikalną tożsamość i duże poczucie autonomii. Znajdziemy tu wiele z tego, co kojarzy nam się z Ameryką - są wielkie miasta z wysokimi wieżowcami 🏙️, przemysł wysokiej technologii 💻 (Dell, Texas Instruments, obecnie również Tesla i SpaceX), jest ośrodek NASA 🚀, rafinerie🛢️, rancza 🐴, są też wreszcie góry 🏔️, pustynie 🏜️, tereny winiarskie 🍇, rozległe równiny 🌾, plaże nad Zatoką Meksykańską 🏖️ oraz oczywiście... kaniony 🏞️. Niewątpliwie najlepiej kojarzymy Wielki Kanion (który znajduje się w Arizonie), ale kto z Was wie, że drugi największy kanion w USA znajdziemy właśnie w Teksasie? Związana jest z tym nieoficjalna nazwa naszego dzisiejszego bohatera - Wielki Kanion Teksasu.

Mowa o kanionie Palo Duro, który ma długość ok. 190 km, głębokość dochodzącą do ok. 300 m i szerokość maksymalną ok. 30 km. Jest zatem około połowę krótszy, pięciokrotnie płytszy, ale w najszerszym miejscu podobnie szeroki co Wielki Kanion, a widoki wciąż są niesamowite😃 Charakterystyczne czerwone skały, widoczne kolejne warstwy geologiczne, roślinność (chyba bujniejsza niż w Wielkim Kanionie, chociaż może się okazać, że byliśmy po prostu w lepszej porze roku), niesamowita przestrzeń i przede wszystkim - skały drążone przez wodę i uformowane w najdziwniejsze kształty. Spośród nich największe wrażenie robiły na nas tzw. hoodoo, czyli formacje skalne, w których większy głaz spoczywa na mniejszej podstawie. Najbardziej ikoniczną dla Palo Duro skałą tego typu jest Lighthouse Rock - formacja, która przypomina latarnię morską. Niestety, podróże to też czasem sztuka wyboru i rezygnacji - my mieliśmy za mało czasu na spędzenie w tym Parku Stanowym, więc nie mogliśmy wybrać się na prowadzący do niej szlak, który zajmuje ok. 2 godziny w jedną stronę⏱️ . Uchwyciliśmy ją tylko na zdjęciach na sporym przybliżeniu i jesteśmy przekonani, że z bliska musi wyglądać bardzo ciekawie 🙂

W Palo Duro dostępnych jest ogólnie ponad 30 mil (prawie 50 km) tras pieszych 🚶‍➡️, rowerowych 🚲i konnych 🐴. Szlaki są zróżnicowane pod względem długości i poziomu trudności. W przeciwieństwie do Wielkiego Kanionu, na samo dno można dojechać autem 🚗 i np. zatrzymać się na jednym z dostępnych kempingów 🏕️. Latem dodatkową atrakcją jest prezentowany w lokalnym amfiteatrze musical "Texas Outdoor Musical". Opowiada on o ranczerach i farmerach 🧑🏼‍🌾w początkach osadnictwa w Teksasie, a głównymi tematami są miłość 💘, romans 👩‍❤️‍👨 i zmagania ludzi ze środowiskiem 🌿. Spektakl jest wystawiany od wtorku do niedzieli od czerwca do sierpnia, więc z tego punktu widzenia nie wstrzeliliśmy się w odpowiedni termin.

PS. Mieliśmy taką obserwację, że my jednak nie jesteśmy przyzwyczajeni do kanionów. Wyobraźcie sobie, że przez dłuższy czas jedziecie zwykłą drogą, wszędzie ciągną się równiny, a tu nagle bach! - przed waszymi oczami ukazuje się teren iście górzysty, tyle, że wy jesteście już na samym szczycie 😀 Teraz możecie zjechać w dół ⬇️ tej wielkiej dziury w ziemi i stamtąd ruszyć na szlak ⬆️. Swoją drogą, w Wielkim Kanionie jest trochę inaczej, bo większość tras startuje z krawędzi kanionu, czyli najpierw idzie się w dół ⬇️, a wraca w górę⬆️.

Szlaki są bardzo dobrze przygotowane - są nie tylko tablice informujące od podstawowych zasadach bezpieczeństwa, ale też np. dystrybutory kremu z filtrem UV, jeśli zapomnieliście wziąć swojego 😀

Jest taka restauracja pod Amarillo, której nie omija żaden przewodnik po Drodze 66. Nie ma ona żadnych gwiazdek Michelin...
02/23/2026

Jest taka restauracja pod Amarillo, której nie omija żaden przewodnik po Drodze 66. Nie ma ona żadnych gwiazdek Michelin 🌟 ani podobnych wyróżnień, a jednak ściągają do niej tłumy. Między innymi dlatego, że można w niej zjeść za darmo. Ale o tym za chwilę.

Restaurację otworzył w 1960 roku Robert J. Lee. W tym samym roku odbył się w niej pierwszy konkurs jedzenia steków. W szranki stanęło 12 kowbojów, a zwycięzcy udało się zjeść w godzinę ⏱️ cztery i pół jednofuntowych steków 🥩 (454 g x 4,5 = ponad 2 kg!), koktajl krewetkowy 🦐, pieczonego ziemniaka 🥔, bułkę 🥖 i sałatkę 🥗. Właściciel zdecydował, że od tej pory każdy, kto powtórzy ten wyczyn, nie będzie musiał płacić 😀. Następni właściciele - potomkowie (aktualnie już trzecie pokolenie rodziny Lee zarządza interesem) podtrzymali tradycję.

Zatem i dziś wystarczy zgłosić chęć uczestnictwa, zapłacić z góry 72 dolary (na zasadzie kaucji), podpisać oświadczenie, że robisz to na własną odpowiedzialność i już można zająć jedno z honorowych miejsc na podwyższeniu na środku sali. Gdy kelner przyniesie danie, śmiałek może zjeść jeden kęs, żeby potwierdzić, że stek jest właściwie wypieczony 👍. Potem nad jego głową rusza duży, elektroniczny zegar ⏱️. Jeśli uda mu się w ciągu godziny wyczyścić talerz (trzeba zjeść wszytko, nie tylko mięso), kaucja jest zwracana, a otoczony wiwatami zwycięzca ma prawo wpisać się na "listę chwały" 🏆.

Czy godzina to dużo czasu na zjedzenie ponad 2 kg mięsa i wszystkich dodatków? I tak, i nie. Dla zwykłego śmiertelnika jest to zadanie naprawdę trudne - średnio jest mu w stanie podołać 1 na 9 ochotników. Obsługa doskonale widzi, kiedy czyjeś możliwości się kończą i trzeba dyskretnie postawić koło niego wiadro "na wszelki wypadek"🪣. Ale dla wytrawnych zawodników to nie jest specjalne wyzwanie. Rekord ustanowiła w 2015 roku drobna (ważąca ok. 55 kg) Molly Schuyler, zjadając całe danie w 4 minuty i 18 sekund 🥇. Pobiła tym samym swój własny rekord z poprzedniego roku (i to o 40 sekund). Jakby tego było mało, natychmiast zjadła drugi taki sam zestaw, a następnie trzeci. Wszystko w niecałe 20 minut 🤯

Jeśli chodzi o "zwykłych" gości, to w restauracji zmieści się ich podobno aż 650. Poza dużą, piętrową salą główną, w budynku mieści się również spory bar (oraz browar) 🍺, a za nim jest półotwarta przestrzeń na pikniki i podobne wydarzenia . Tuż obok znajduje się motel 🏨 na 54 pokoje, który poza miejscami dla samochodów posiada 28 boksów dla koni 🐴.

Liczba stolików idzie jednak w parze z liczbą gości (w dużej mierze turystów), a nawet zostaje nieco w tyle, bo zwykle jest tłoczno. Po przyjechaniu trzeba ustawić się w kolejce 🚶‍♀️‍➡️🚶‍➡️🚶‍♂️‍➡️, podać numer telefonu 📱 i czekać na SMS z informacją, że stolik jest już gotowy (to dość popularny system w zatłoczonych restauracjach w USA). Czekając można obejść sporych rozmiarów sklep z pamiątkami, pobawić się na strzelnicy, wypić przy barze piwo z przylegającego do knajpy browaru, albo po prostu pozwiedzać pełne niespodzianek zakamarki.

Tu nie ma być wykwintnie. Tu wszystko ma być przesadnie duże. To jest atrakcją samo w sobie. Jeśli przy okazji jest śmieszne lub kiczowate, to tym lepiej 😉. Klient ma dobrze się bawić, dużo zjeść i wypić, a potem opowiedzieć znajomym i wrócić 😃. Oczywiście, że chodzi o pieniądze 💵 i system działa znakomicie. Większym samochodem (np. kamperem...) bywa bardzo trudno gdziekolwiek się wcisnąć na parkingu.

Tylko po co przyjeżdżać na taką kolację albo piwo własnym samochodem? Czy nie lepiej taksówką? 🚕 Może lepiej, ale najlepiej... własnym transportem tejże restauracji. Big Texan aspiruje do miana "najbardziej teksańskiego miejsca w Teksasie", więc nie mógłby wozić gości busikiem. Do tego służą (równie absurdalne jak wszystko inne w tym miejscu) ikoniczne limuzyny z wielkimi rogami na masce. Wożą gości z i do hoteli w Amarillo za darmo 🤘. Zaś wysłużone egzemplarze zostały, podobnie jak Cadillaki na Cadillac Ranch, częściowo wkopane w ziemię (i wystawione do malowania farbą w sprayu) na innym, również należącym do rodziny Lee, kawałku terenu, gdzie przeniesiono Slug Bug Ranch (czyli wkopane garbusy) i w ten sposób powstało "Limo Ranch". Swoją drogą, tuż obok jest duży ośrodek imprezowy o nazwie Starlight Ranch (na 2500 osób), również będący częścią rodzinnego przedsięwzięcia. Tak samo, jak kemping, który (oczywiście) nie mógłby się nazywać inaczej, niż Big Texan RV Ranch. Poza miejscami dla kamperów, można tam spać w drewnianych chatkach lub... wozach wzorowanych na Dziki Zachód 🤠- tyle, że z klimatyzacją.

A co jest największą turystyczną atrakcją Amarillo? - zapytacie. Gdzie kierują swoje kroki ludzie przyjeżdżający z całeg...
02/07/2026

A co jest największą turystyczną atrakcją Amarillo? - zapytacie. Gdzie kierują swoje kroki ludzie przyjeżdżający z całego świata do tego, niedużego w sumie, miasta, które pod względem populacji możemy porównać do Kielc? Niektórzy z pewnością odwiedzają wspomniany już fragment Route 66, ale chyba najbardziej znaną atrakcją jest coś innego... A mianowicie 10 wbitych w ziemię Cadillaców 😀

Cadillac Ranch, o którym mowa, to instalacja, która powstała w 1974 roku za sprawą grupy artystycznej Ant Farm. O sfinansowanie swojego pomysłu autorzy zwrócili się do biznesmena i artysty z Amarillo - Stanleya Marsha 3. To na jego polu wkopano maskami w dół (pod kątem) dziesięć kolejnych generacji tych kultowych samochodów, tworząc tym samym swoisty przegląd ewolucji ich tylnych "skrzydeł" w modelach od 1949 do 1963 roku. W 1997 roku po cichu 🤫 przeniesiono dzieło w nieco inne miejsce (oddalone o ok. 3 km), aby znajdowało się dalej od rozwijającego się miasta. I tak znalazło się w miejscu w którym jest do dziś - na pastwisku nieopodal autostrady międzystanowej nr 40 🛣️

Ranczo, choć znajduje się na terenie prywatnym, można bez przeszkód odwiedzać o każdej porze. Artyści od początku zakładali, że będzie to instalacja otwarta, podatna na zmiany, a nawet niszczenie. W praktyce oznaczało to, że ludzie zaczęli robić to, co robią ludzie - zostawiać ślady. Pierwsze napisy sprayem zaczęły pojawiać się wkrótce po otwarciu. Początkowo były to pojedyncze "wpisy", ale szybko odwiedzający zaczęli traktować Cadillaki jak publiczną tablicę do graffiti 🫟. Obecnie malowanie sprayem jest tradycją i praktycznie każdy przybywa tu z puszką farby. Podobno czasem można ją nawet kupić na miejscu na straganie, a na pewno niedaleko znajduje się Cadillac Ranch Gift Shop & RV Park (jakżeby inaczej!😀), oferujący, jako główny rodzaj pamiątek, lakiery pod ciśnieniem. Zwykle jednak zabawa nudzi się szybciej niż zapas farby i niedokończone puszki zostawiane są obok Cadillaców, by mogły szybko znaleźć następnego domorosłego artysty 🧑‍🎨, który je wykorzysta.

W efekcie samochody pokryte są grubą warstwą farby, tworzącą kilkucentymetrową skorupę. Instalacja dzięki temu cały czas się zmienia (można powiedzieć, że wręcz w oczach 😀) i jest pełna kolorów 🎨. Jedynym minusem jest to, że niektórzy goście nie ograniczają się jedynie do malowania Cadillaców - ślady sprayu są również na fragmencie pobocza przy Ranchu, ziemi wokół, a nawet okolicznej trawie. Trzeba jednak przyznać, że panuje tu mimo wszystko porządek - zużyte puszki w zdecydowanej większości trafiają do przygotowanych koszy (a w zasadzie beczek🛢), a te, które się jeszcze nadają, znajdują szybko nowych właścicieli ♻️.

W duchu kultywowania tradycji i my postanowiliśmy sprawdzić nasze graficiarskie umiejętności 😀 Teraz już z pełnym przekonaniem możemy stwierdzić, że drygu do tego nie mamy 😂, ale nie pozwoliliśmy farbom się marnować, więc na jednym ze słynnych Cadillaców z Amarillo choć przez chwilę można było podziwiać napis "A macie zdjęcia?" 😊

Fundator instalacji, Stanley Marsh 3, nalegał, by zapisywać jego nazwisko z arabską trójką, a nie rzymską III. Uważał, że to zbyt pretensjonalne. Wymawiać to należało "Stanley Marsh Three" ("Stanley Marsh Trzy"), a nie "Stanley Marsh the Third" ("Stanley Marsh Trzeci").

Pobliski sklep z pamiątkami i pole kempingowe przywita nas... w dwójnasób. Po pierwsze, wyeksponowanymi Cadillacami, ale tym razem kompletnymi i nawet z "kierowcami" - manekinami Johna Wayne'a, Elvisa Presleya i Williego Nelsona. A po drugie, olbrzymią figurą Kowboja Drugiej Poprawki 🤠, u którego stóp stoją dwa, mające kształt rewolwerów, grille do BBQ 😀

Historyczna Droga 66 prowadziła bezpośrednio przez Amarillo i szybko stała się handlowym kręgosłupem tego miasta. Nietru...
01/29/2026

Historyczna Droga 66 prowadziła bezpośrednio przez Amarillo i szybko stała się handlowym kręgosłupem tego miasta. Nietrudno się bowiem domyślić, że przy trasie powstawały stacje benzynowe⛽️, warsztaty samochodowe🔧, ale też kawiarnie☕️, restauracje🍽️ i sklepy 🏪, z których korzystali podróżujący, a z czasem także mieszkańcy. Ulicę rozświetliły neony, a z okolicznych lokali rozbrzmiewała muzyka🎶🪕. Tętniąca życiem 6th Street (jak nazywano biegnący przez miasto fragment Route 66) zaczęła jednak podupadać wraz z... ukończeniem autostrady międzystanowej nr 40🛣️. Ruch został przekierowany na inną trasę, a wraz z nim zniknęli klienci.

Amarillo udało się jednak zachować wiele z uroku 6th Street. W 1994 roku obszar ten został oficjalnie wpisany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych. Dzisiaj na odległości ok. 13 przecznic wciąż można podziwiać ponad 100 zabytkowych budynków, w których swoje miejsce znalazły antykwariaty, sklepy vintage, restauracje i kawiarnie (w tym takie z muzyką na żywo). Regularnie odbywają się tu różne wydarzenia np. festiwale Route 66 czy wystawy klasycznych samochodów. Dodatkowego kolorytu dodają zaś murale, które zdobią ściany wielu budynków i które stały się głównymi bohaterami wielu z naszych zdjęć 😉

Przybliżyliśmy już nieco, jak wyglada w USA typowy samochód kempingowy, na jakie udogodnienia można liczyć i jak się nim...
01/22/2026

Przybliżyliśmy już nieco, jak wyglada w USA typowy samochód kempingowy, na jakie udogodnienia można liczyć i jak się nim zwiedza. Dziś natomiast opowiemy trochę o ich historii, a pretekstem do tego będzie wizyta w "muzeum pojazdów wypoczynkowych", czyli RV Museum, jak nazywane są tu kampery.

Muzeum znajduje się w Teksasie, w mieście Amarillo, które będzie nam towarzyszyło przez kilka najbliższych wpisów. Założył je (muzeum, nie miasto 😊) Jack Sisemore, którego ojciec od 1963 posiadał komis samochodowy. W tym czasie podróżowanie, a wraz z nim rynek samochodów kempingowych, przechodziło prawdziwy rozkwit, wynikający z powojennego dobrobytu i rozwijającej się sieci autostrad międzystanowych. Rodzinny biznes powiększył się zatem o sprzedaż kamperów. Jackowi podobały się jednak również stare modele, więc z czasem zaczął je gromadzić i restaurować. Wkrótce hobby zostało główną osią działalności.

Pasja Jacka do samochodów kempingowych, ich historii i związanego z nimi stylu życia, jest powodem, dla którego muzeum jest darmowe. Pozostała jego działalność nie odbiega tematyką - poza muzeum i salonem z kamperami, firma zajmuje się ich przechowywaniem i bieżącym serwisem.

Właściciel szczyci się tym, że każdy z samochodów, zanim zostanie zaprezentowany, jest przywracany do swojej świetności, wliczając w to remonty silników, wymianę obić i wykładzin, naprawę sprzętów i tak dalej, dbając o ich historyczną poprawność. Przyświecającą temu ideą jest, aby wszystkie eksponaty wyglądały tak, jakbyśmy przenieśli się do roku ich produkcji, a one właśnie wyjechały z fabryki. Mają być w pełni sprawne i oddawać ducha epoki. Nawet, jeśli trzeba było odbudować przegnitą na wylot konstrukcję, szukać po stodołach pasujących elementów i zamawiać bardzo niedzisiejszą tapicerkę 😀

Najstarsze pojazdy są z 1935 roku, a zatem z głębi Wielkiego Kryzysu. Nie jest to przypadek, był to bowiem pierwszy "kamperowy boom", choć skromniejszy niż ten z lat 60. Samochody kempingowe pozwalały tym, których było stać na wakacje, spędzić je taniej. Dla wielu były substytutem domu podczas wędrówki za pracą. Wreszcie, sporo z nich służyło za mobilne biura i sklepy, pozwalające zaprezentować i sprzedawać wszystko wszędzie - np. lodówki ❄️ w świeżo zelektryfikowanych obszarach kraju albo... trumny ⚰️. Wprowadzony ówcześnie "Nowy Ład" położył fundamenty pod późniejszy rozkwit tego rodzaju turystyki, niebywale napędzając powstawanie infrastruktury, w tym turystycznej (dróg, kempingów), a także samych parków narodowych i stanowych. Wtedy też powstały pierwsze "trailer parks", czyli podmiejskie osiedla, w których niezamożni ludzie mieszkają w przyczepach na stałe. Są takie, które działają nieprzerwanie od lat 30. do dziś.

W efekcie do 1938 r. było w USA już ok. 400 firm zajmujących się wytwarzaniem samochodów kempingowych, a po drogach jeździło ich ok. 250 tysięcy.

W owych czasach kampery były często budowane chałupniczo. Konstrukcje fabryczne w większości określane były "tosterami", bowiem taki kształt pozwalał relatywnie tanio zbudować w miarę przestronną ruchomą przestrzeń do życia. Część producentów wybrała kształt bardziej owalny, przypominający łezkę 💧 lub... puszkę szynki konserwowej 🥫. Tak powstało określenie "tin can tourists", czyli "konserwowi turyści".
Wreszcie, powstały firmy celujące wysoko - ich przyczepy miały być wygodne i nowoczesne, przeznaczone dla zamożnych klientów. Używały one zatem śmiało najnowszych zdobyczy przemysłu lotniczego ✈️ (zarówno jeśli chodzi o materiały, jak i wzornictwo). W ten sposób sukces odniósł kultowy Airstream. Jego konkurencja nie przetrwała drugiej wojny światowej, ale wypracowany wtedy charakterystyczny design, opływowy kształt z lśniącego w słońcu nitowanego aluminium, został znakiem rozpoznawczym marki do dziś i naprawdę nie da się pomylić tego "samolotu bez skrzydeł" z żadnym innym kamperem 😀

Wracając do muzeum, wśród eksponatów znajdziemy (podobno) najstarszego wciąż istniejącego Airstreama (wyprodukowany w 1936 roku "nieluksusowy" model Torpedo), oraz trzy inne egzemplarze z okresu pełnego rozkwitu tej marki.
Nie mogło zabraknąć innych gigantów RV, takich jak Fleetwood (ponownie najstarszy istniejący samochód marki) czy Winnebago (m.in. egzemplarz modelu Itasca z numerem seryjnym 0001). Zwiedzić można również samochód należący do niejakiego Maxa Factora Juniora, właściciela firmy kosmetycznej Max Factor 💄, a będącego synem założyciela tej słynnej marki - polskiego emigranta, urodzonego w Zduńskiej Woli.
Zobaczymy zarówno bardzo małe RV, wręcz klaustrofobiczne, jak i pełnowymiarowe... jak na lata 70., do których sięga ekspozycja.

Warto wspomnieć też o autobusie Flxible z filmu o tytule "RV" Robina Williamsa 🚌, kilku motocyklach z okresu drugiej wojny światowej 🏍️ , samochodach wyścigowych 🏎️, kuriozum zwanym El Camino, czyli pick-upie będącym limuzyną (a nie, jak zwykle bywa, farmerską ciężarówką) - w muzeum są dwa egzemplarze, oraz samochodach osobowych (np. Pontiac Firebird Trans-Am rodem z filmu "Mistrz kierownicy ucieka").

Nie sposób opisać całą ekspozycję, ale najważniejsze jest to, że do prawie wszystkich kamperów można swobodnie wejść, zajrzeć w każdy kąt i do każdego schowka, rozsiąść się w fotelu i czytając gazety z epoki poczuć się jak w latach 30., 40., 50. i tak dalej 🙂 Muzeum zwiedza się na własną rękę, pojazdy są w olbrzymiej wielkości otwarte i tylko na niektórych kanapach umieszczona jest tabliczka z zakazem siadania (np. umotywowana tym, że jest to oryginał sprzed 90 lat). Można dzięki temu zwrócić uwagę na detale, które dziś są nie do pomyślenia - np. stojący na środku drewnianej przyczepy piec typu "koza" albo lampki zasilane gazem z butli. Wszystko jest dopełnione typowymi akcesoriami z danej epoki (gry, akcesoria turystyczne i kuchenne, prasa, narzędzia etc.).

W skrócie - gorąco polecamy! 🙂

Los Alamos było najdalszym punktem w naszym planie podróży. Pora zatem pożegnać Nowy Meksyk i wrócić do Teksasu😉 Ale spo...
01/15/2026

Los Alamos było najdalszym punktem w naszym planie podróży. Pora zatem pożegnać Nowy Meksyk i wrócić do Teksasu😉 Ale spokojnie, jeszcze go kawałek zostało😀

Gdybyśmy natomiast robili sobie wyprawę śladem starej Route 66, to dotarlibyśmy właśnie do połowy drogi, bowiem zapraszamy Was dzisiaj do miejsca, które znajduje się dokładnie 1139 mil od Los Angeles🛣️ i 1139 mil od Chicago 🛣️ , czyli Midpoint Café. Tę, jak sama nazwa wskazuję, kawiarnię, ale też restaurację oraz sklep z pamiątkami i antykami (związanymi oczywiście głównie z historyczną drogą 66) znajdziemy w miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie Adrian w Teksasie.

Początki lokalu sięgają 1928 roku, czyli czasów świetności tzw. Drogi-Matki, kiedy to pod nazwą Zella's służył strudzonym podróżnym 24 godziny na dobę🕛. W późniejszych latach kawiarnia była przebudowywana i kilkukrotnie zmieniała właścicieli, a po przejęciu w 1956 roku przez Dub Edmunds i Jesse Finchera (którzy prowadzili również przyległą stację benzynową) zasłynęła z gorących domowych ciast 🥧, które, ku naszej nieskrywanej uciesze 😜, są serwowane do dzisiaj.

Po wybudowaniu w 1969 roku drogi międzystanowej nr 40 Route 66 straciła na znaczeniu. W Teksasie stała się jedynie drogą dojazdową do autostrady lub całkowicie zaniknęła. Wraz z zamieraniem ruchu drogowego, kurczyła się też populacja Adrian i klientela kawiarni. Nadzieja pojawiła się dopiero pod koniec lat 80., gdy dzięki staraniom "Stowarzyszenia Historycznej Drogi 66" Route 66 została ponownie umieszczona na mapach🗺️oraz uzyskała historyczne oznakowanie. Tak powstała "marka" Route 66, która dzisiaj przyciąga turystów z całego świata.

Odrobina marketingu przydała się też samej kawiarni. W 1995 roku do właścicielki ówczesnej Adrian Café zadzwonił Tom Snyder - założyciel US Route 66 Association i autor książek podróżniczych i doradził zmianę nazwy, zwracając uwagę na to, że są w połowie drogi. Tak powstało Midpoint Café ze swoim sloganem "kiedy jesteś tutaj, jesteś w połowie drogi tam" 👈👉 Menu obejmuje śniadania, kanapki, hamburgery i desery w postaci ciast z "brzydkim spodem". Termin ten wymyśliła cukierniczka, która przygotowywała w kawiarni świeżo pieczone ciasta według przepisu swojej babci, ale zawsze narzekała, że jej spody wyglądają gorzej 😉 Brzydkie czy nie, ciasto z orzechami pekan zniknęło nam błyskawicznie z talerza 😅

A jeśli kojarzycie animowany film Auta ze studia Pixar, to być może zaciekawi Was fakt, że Midpoint Café było inspiracją do stworzenia kawiarni i stacji benzynowej "Flo's V-8 Café". Postacie Flo (w wersji polskiej - Lola), Mii (Niunia) i Tii (Dziunia) były wzorowane na właścicielce - Fran Houser i dwóch kelnerkach - siostrach Mary Lou i Christinie Mendez. Fran odeszła z kawiarni w 2012 roku, ale zachowała sąsiednią stację benzynową, która została przekształcona w sklep z antykami i pamiątkami. Od 2024 stacja ma już nowych właścicieli i nową nazwę - Dream Maker Station.

Dzisiejszy wpis będzie już ostatnim, w którym poruszamy tematy bomby atomowej. Mamy świadomość, że temat się przewija ju...
01/08/2026

Dzisiejszy wpis będzie już ostatnim, w którym poruszamy tematy bomby atomowej. Mamy świadomość, że temat się przewija już od dawna, ale po prostu nie da się o tym nie pisać przy omawianiu samego Los Alamos, czyli miejsca jej "narodzin" 😉

Historycznie płaskowyż Pajarito, na którym leży Los Alamos, był, oczywiście, miejscem indiańskich osad - ale to można powiedzieć w zasadzie o dowolnym kawałku ziemi w Stanach Zjednoczonych 😀 W XVI w. do Indian zaczęli dołączać hiszpańscy osadnicy. Pierwszym przełomem był rok 1862, kiedy ustanowiono specjalną ustawę, pozwalającą prawie każdemu otrzymać ziemię na gospodarstwo rolne. Jedno z założonych tu siedlisk zostało w 1917 roku sprzedane przedsiębiorcy, który założył w tym miejscu prestiżową prywatną męską szkołę z internatem o surowym, harcerskim rygorze - Los Alamos Ranch School. Jeden z jej głównych budynków, zwany Fuller Lodge, wciąż można podziwiać. Ta "sielanka" trwała do 1942 r., kiedy cały okolica, wraz z polami, zabudowaniami i wspomnianą szkołą, została przejęta przez amerykańską armię, by stworzyć najtajniejszy ośrodek naukowy pod kryptonimem Project Y, dziś znany po prostu jako Los Alamos 🤫

Zakładano, że będzie tu mieszkać ok. 300 osób, ale w 1945 r. populacja przekroczyła już 8000. Naukowcy i technicy zaangażowani w projekt przenosili się tu wraz z najbliższą rodziną. Często musieli zamieszkać w trudnych warunkach - budynki były budowane naprędce, ciasne i prymitywnie ogrzewane. Normą były przerwy w dostawie prądu i wody, a po opadach ulice zamieniały się w błotniste potoki. Nowopowstałe miasto było okryte całkowitą tajemnicą i nie było go na żadnej mapie. Wszelka korespondencja była kierowana do jednej skrytki pocztowej w Santa Fe 📪 i oczywiście cenzurowana. Ta sama skrytka pocztowa widniała jako adres na rozmaitych dokumentach - prawach jazdy, aktach urodzenia dzieci czy dokumentach bankowych. Również tablice rejestracyjne miały wyłącznie ciąg cyfr, bez oznaczenia miasta, a nawet stanu - w końcu Los Alamos oficjalnie nie istniało, choć było w miarę normalnie funkcjonującym miastem ze szkołą, szpitalem itd.

W mieście wydzielone były tzw. "Tech Areas", czyli strefy objętę jeszcze ściślejszą ochroną 🚧🔴, w których faktycznie odbywała się praca nad problemami związanymi z bombą atomową. Wstęp do nich mieli już wyłącznie bezpośrednio zaangażowani w nie ludzie.

Zaraz po bombardowaniu Hiroszimy i Nagasaki, gdy prezydent Truman w swoim przemówieniu ujawnił światu istnienie ośrodka w Los Alamos i cel prowadzonych w nim prac, wszyscy mieszkańcy odetchnęli z ulgą. Wojna wkrótce się skończyła, duża część personelu (w tym sam Oppenheimer) wyjechała i wróciła do swojego dawnego życia. Dla tych, którzy zostali, wszystko zaczęło się pomału normalizować, ale wyścig zbrojeń dopiero miał nabrać prawdziwego rozpędu. Laboratorium pozostało - i do dziś jest - ośrodkiem zajmującym się m.in. bronią jądrową.
Miasto jako takie zostało otwarte w 1957 r., lecz historyczne miejsca prac nad tajnikami bomby, znajdujące się właśnie w "Tech Areas", choć przedstawiane są na licznych zdjęciach w muzeach i Internecie, pozostają niedostępne. Olbrzymia większość pierwotnych zabudowań Projektu Y została wyburzona, a teren pod nimi sprzedany lub przekazany hrabstwu Los Alamos. Te, które jeszcze istnieją, da się co prawda zobaczyć na własne oczy, ale jest to możliwe tylko kilka dni w roku (np. w 2026 będą to trzy dni w maju i pojedyncze w październiku), trzeba wziąć udział (i wygrać) w specjalnej loterii, a także być obywatelem USA (i móc to udowodnić).

Dziś, wjeżdżając do Los Alamos, można nie zauważyć stojącej kilka metrów od drogi repliki posterunku, będącego kiedyś główną bramą do "nieistniejącego" miasta. Poza (obowiązkowym w każdym godnym odwiedzenia miejscu, choć tu pracującym dość dziwacznie, bo... wyłącznie w weekendy) Visitors Center, do zobaczenia jest:
- niewielkie (ale warte obejrzenia!) Los Alamos History Museum;
- wspomniane Fuller Lodge, czyli imponujący budynek z sosnowych bali, pierwotnie należący do szkoły i mieszczący m.in. stołówkę i biura, w czasie Projektu Manhattan służący jako pokoje gościnne i miejsce spotkań, a nawet wesel, zaś po wojnie pełniący do lat 60. funkcję hotelu;
- odnowiony w 2010 r. dom z XIX-wiecznego gospodarstwa - "Romero Cabin";
- "Bathtub Row", czyli alejkę, przy której stoi kilka najbardziej reprezentacyjnych (choć przypominających letniskowe) domów. Nazwa pochodzi od tego, że tylko te domy były wyposażone w tak ekstrawaganckie, luksusowe wyposażenie, jak wanny 🛀. Mieszkali w nich najważniejsi uczestnicy Projektu Manhattan, m.in. Robert Oppenheimer - choć akurat jego dom pozostaje zamknięty i dopiero w przyszłości jest planowane jego otwarcie dla turystów. Można go jednak obejść naokoło i pozaglądać w okna 😉 Udostępniony za to jest dom Hansa Bethe (kierownika wydziału fizyki teoretycznej);
- pomnik Roberta Oppenheimera i generała Leslie Grovesa, czyli "mózgów" (naukowego i organizacyjnego) Projektu Manhattan.

Nie jest tego zatem bardzo dużo, w miarę dokładne zwiedzenie zajmuje ok. 2-3 godzin. Nie liczcie jednak, że to koniec, bo tuż obok znajduje się olbrzymie Bradbury Science Museum, czyli po naszemu Centrum Nauki im. Bradbury'ego (drugiego, po Oppenheimerze, dyrektora naukowego laboratorium w Los Alamos). Jest to interaktywne muzeum, podobne nieco do Kopernika, w którym z łatwością można spędzić cały dzień całą rodziną, a w dodatku dostępne całkowicie za darmo.

Muzeum koncentruje się oczywiście na działalności laboratorium w Los Alamos, ale traktuje ten temat szeroko. Jest olbrzymia część dotycząca Projektu Manhattan, w której można zapoznać się m.in. z odtajnionymi dokumentami dot. początków programu, kontekstem historycznym i problemami inżynierskimi, które stały przed konstruktorami bomby, opisami budowy i przeznaczenia poszczególnych budynków kompleksu.

Pozostałe wystawy dotyczą "nowszej" działaności laboratorium, obejmującej nie tylko fizykę jądrową (np. działanie akceleratorów), ale też historię komputerów (wychodząc od mechanicznych kalkulatorów sprzed drugiej wojny światowej i kończąc na największych współczesnych superkomputerach), ale także ciała człowieka (budowy komórki, działania systemów) czy nanotechnologii.

A teraz garść ciekawostek 😉

Czy wiecie w jaki sposób Projekt Manhattan odziedziczył swoją nazwę po Manhattanie w Nowym Jorku 🏙️? Otóż nazwa "przylgnęła", gdyż pierwszy sztab projektu mieścił się właśnie w tej części miasta.

W słynnym filmie 🎞️ "Oppenheimer" sceny były kręcone w kilku autentycznych lokalizacjach w Los Alamos. Na ekranie możemy zobaczyć m. in. prawdziwy dom Oppenheimera oraz Fuller Lodge.

Wśród naukowców pracujących w Los Alamos w trakcie projektu Manhattan byli Polacy 🇵🇱 - Stanisław Ulam (matematyk), Józef Rotblat (fizyk, który jednak opuścił projekt z powodów etycznych, gdy dowiedział się, że opracowanie bomby atomowej nie będzie służyć jedynie do pokonania nazistowskich Niemiec). Oglądając zdjęcia "załogi" można odczytać też wiele innych polskobrzmiących nazwisk potomków emigrantów, a wśród nich samego fotografa 📷 - Johna "Mike'a" Michnovicha, który dokumentował głównie życie codzienne w Los Alamos. Wykonane przez niego fotografie zapewniają dziś niezwykły wgląd w normalne życie w tym niezwykłym miejscu.

Kilkaset historycznych zdjęć z działania laboratorium, również z okresu Projektu Manhattan, udostępnia w fenomenalnej jakości samo Narodowe Laboratorium Los Alamos. W dodatku można ich bezpłatnie używać bez ograniczeń!
https://lanl.photoshelter.com/galleries/C0000tF2ljTPszdw/History

Address

11450 Park Road 5
Canyon, TX
79015

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when A macie zdjęcia? posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Share