Rowerem przez Amerykę Południową

Rowerem przez Amerykę Południową Profil dokumentujący rowerowe przygody Stanisława Leszczyńskiego w Ameryce Południowej. km!

Ostatnia wyprawa rozpoczęła się 1 paźdz. 2016 w Bogocie (Kolumbia), a zakończyła się 27 lutego 2017 na Ziemii Ognistej (Argentyna), czyli po 9 tys.

Udało się!!! Zwycięstwo!!!6027 km rowerem, 4 miesiące jazdy żeby z San Francisko dojechać do San Jose w Kostaryce!Parę l...
04/03/2023

Udało się!!! Zwycięstwo!!!
6027 km rowerem, 4 miesiące jazdy żeby z San Francisko dojechać do San Jose w Kostaryce!
Parę lat już myślałem, żeby zobaczyć, zwiedzić Mexico i kraje Ameryki Środkowej. Potem przyszedł covid i... wiadomo.
Wyjazd trzeba było przełożyć.
Jeszcze przed wylotem słyszałem jaki ten Meksyk niebezpieczny, że kartele narkotykowe, przemoc, problemy... Ameryka Centralna tez nie cieszy się dobrą sławą.
Jak zwykle takie farmazony to się czyta w internetach lub słyszy w TV. Na miejscu jest zupełnie inaczej.
Ludzie byli przyjaźni, pomocni, sympatyczni.
Kraj rozumiany przez nas jako pierwszego świata - Stany Zjednoczone Ameryki Polnocej okazał się najmniej ciekawy, za to ze zdecydowanie najmniej sympatycznymi ludźmi na trasie.
W Mexico to nawet narkusy dla mnie bylu mli🤣 będąc w hotelu koło granicy z Gwatemalą podjechali dwoma autami. Wysiadło 8 gości z długą bronią. Zapytali mnie tylko co tam robię, rozejrzeli się i pojechali.
Gwatemala też była świetna!
Doskonale pamiętam jak na jednym z wulkanów, na które wszedłem nogami, miły Pan Gwatemalczyk poczęstował mnie... kartonem wina. Całym. On pić nie mógł bo był w pracy.
Wiadomo, że znosić tego wyśmienitego trunku nie będę i tak na wysokości 3976m npm wypiłem całe. Cóż to było za zejście! Tym bardziej, że nie miałem duzo czasu na schodzenie i dalsze łapanie stopa.
Salvador tez byl niesamowity!
Udało mi się tam spędzić dwa dni na wsi u rodziny milego pana Salwadorczyka co mnie w Stanach Zjednoczonych na stopa zabrał ciężarówką! Takie spotkania są najlepsze. Żadne biuro turystyczne takich atrakcji nie zapewni. Zresztą podróżując grupą też o takie spotkania byłoby ciężko.
W Hondurasie miałem tylko 140km do przejechania i niezbyt ciekawy odcinek.
Nikaragua była prawdziwą perełką! Bardzo mi się tam podobało. Tanio, smacznie I super mili ludzie. Jezioro Nikaragua i miasto Grenada były jednym z naj naj na mojej trasie.
W Kostaryce to już był prawdziwy sprint żeby zdążyć na samolot.
Oprócz turbo wysokich cen - np. paczka makaronu kosztuje tam 11zl... to też było tam super. Łatwo znalazłem karton na rower i lotem przez Nowy Jork wróciłem do Berlina.

W moich wyprawach jedno sie nie zmienia! W ogóle wracać do domu mi się nie chciało! Ani trochę...
Najchętniej to jechałbym dalej na południe - aż do Ushuaia.

Napisać tutaj mogłem tylko o małej części tego co sie tam u mnie wyprawiało. Codziennie coś się działo. Większość dni nie wiedziałem gdzie się zatrzymam, jakie miejsce znajdę na noc. Ja lubię taką adrenalinę i przygody!
Czasem było ciężko mimo to już się nie mogę doczekać kolejnego trpa!
Pytanie dokąd... 😁

Z Oaxaca miałem do kolejnego miasteczka Santo Domingo Tepuxtepec ponad 95km. Niby proste. Ale Góry, długie podjazdy, to ...
15/02/2023

Z Oaxaca miałem do kolejnego miasteczka Santo Domingo Tepuxtepec ponad 95km. Niby proste. Ale Góry, długie podjazdy, to szybko się nie pojedzie. Noga podawała, jechało się dobrze ale powoli. Po drodze klasyka - zjadłem kurczaka, nawet niezły. To mój ulubiony obiad na trasie. Potem jeszcze w jakimś małym barze cesadile. Taka tortilla nadziewana specjalnym serem. Dobre i bardzo tanie jak na te warunki - 20 peso. Dobrze że to zjadłem, bo pod górę było non stop. Kolejnego baru juz nie było...
W dodatku do miasteczka jeszcze półtora godziny jechałem po ciemku. Taki life ! Wrażenia ciekawe, nic nie widać, ciemno jak w dupie. Myśle sobie czy jacyś niefajni ludzie nagle gdzieś się nie pojawią. Ale na prowincji zazwyczaj jest bezpiecznie. Z tyłu założyłem lampkę, na kask czołówkę. Mogłaby być mocniejsza ale i tak daje radę. Miasteczko oczywiście było na samej górze, jak to zwykłe. Po ciemku nawet nie widać, że jest pod górę. Tylko czuć. Nie raz jechałem już na 22:43 - Ci co kręcą wiedzą że to bardzo bardzo miękko. Jak się dojeżdża do takiej miejscowości to najlepiej jechać do ratusza - ayuntamiento albo munticipio. Tak to się nazywa. Miałem farta. Akurat byli jeszcze Ci z ratusza plus szef policji - był tam też komisariat. Zdziwili się bardzo widząc mnie. Bo ja to trochę jakby ufo tam zawitało. Tutaj nie docierają turyści. A jak już jacyś to rzadko i przejeżdżają motorem i tyle ich widzieli. A ja ubrany jak kosmita na rowerze i się pytam czy mógłbym tu spać . Mówię, że mam namiot, śpiwór i resztę. Komendant się zdziwił ale mówi, że jasne! Dostałem na początek butelkę coli a potem najmłodszego chłopaczka wysłał, żeby poszedł ze mną na kolację! Znaczy kolację miałem dostać ja. Było to ze 3 minuty z buta od ratusza. Rower zostawiłem, myślę sobie... Jak mają mi coś ukraść to... no co mam zrobić! Chyba jednak mi nic nie zajumają, mam nadzieję. Telefon, kartę i trochę kasy mam przy sobie. Jedynie paszportu i aparatu żal... No i parę dolców i peso. Bo to przy rowerze mam. Ale czasem trzeba zaryzykować. Zresztą dużo tych policjantów się tam kręciło. Na kolację było caldo - rosołek z porcją kurczaka a do tego tamales - takie placuszki z kukurydzy. Wszystko dobre! Zwłaszcza ciepła zupka. Mniam. Jak wróciłem, chwilę z ziomkami pogadałem. Pytali jak się w Meksyku znalazłem, ile jadę, itp. Jak im mówię, że jadę z Culiudad Juarez to się dziwią!
Potem poszedłem się rozbić. Przyszli kolejni, pogadałem. Następnie prysznic. Klasyka. Prysznicu nie ma, za to w toalecie, dość dużej, jest kratka do odprowadzania wody. Do wiaderka nalałem wody. Był też kubeczek. Trzeba się polać, namydlić i spłukać. Całkiem spoko, bo wody całe wiadro - luksus! Chociaż i pół by mi wystarczyło. Potem w namiocie jeszcze trochę ogarnąć, swoje rzeczy i spać. W nocy było dość zimno. Jestem na prawie 2200m. Jakby co wyjmuję drugi śpiworek.
Kolejne 3 dni były bardzo przygodowe. Ponad 200km bez asfaltu. Jeszcze bardziej pod górę i miejsca bez ludzi. Do tego droga była wyjątkowo parszywej jakości. Bez wątpienia swoim standardowym autem osobowym nie chciałbym po niej jechać Po drodze od czasu do czasu same wiochy.
Po 2 dniach dotarłem do wsi gdzie mieszkali dziadkowie mojej koleżanki, co mnie gościła w Oxace. Prawdziwi Campesinos. Właśnie takie spotkania są najciekawsze na trasie. Mogłem spędzić dwa dni z tymi wspaniałymi ludźmi. Zobaczyć jak żyją i co się na tej Meksykańskiej wiosce, pośrodku gór, zdaleka od czegokolwiek, wyprawia. Czas płynie tam zdecydowanie wolniej. Gotowało się na kuchni na drewno. Potrawy były proste za to jakie smaczne! Na takiej kuchni wszystko od razu lepiej smakuje. Dziadkowie, mimo że byli po siedemdziesiątce, dalej prowadzili sklep, nazwijmy wielobranżowy, i mieli jeszcze uprawę kawy i kukurydzy. Ja pomagałem w procesie palenia kawy. Ciężka robota! Cudownie było móc z nimi spędzić ten czas.
A że wyjechałem od nich dość późno, to na kawałek trasy chciałem złapać stopa. Ruch tam jest bardzo mały ale pierwsze auto co mnie mijało - zatrzymało się. Kierowca spytał, mnie czy mam prawo jazdy. Kiedy potwierdziłem, że tak, zasugerował żebym to ja prowadził, bo on jest pijany. Jaka odpowiedzialna postawa. Przecież w aucie była jeszcze jego żona i dwójka małych dzieci. Dla mnie była to kolejna przygoda, bo jeszcze po meksykańskich górach i takiej parszywej drodze auta nie prowadziłem. W kolejnej wiosce gość co mnie zabrał, kupił kolejna butelkę mescala - mocnego alkoholu z agawy i dalej sączył. Mnie też częstował. Dobrze, że akurat mezcala nie znoszę. Jeszcze sam bym się skusił...

Wreszcie! Za Ciudad De Mexico zaczęło się robić bardziej Latinoamerykańsko! Architektura, ludzie, roślinność. Trochę jak...
13/02/2023

Wreszcie! Za Ciudad De Mexico zaczęło się robić bardziej Latinoamerykańsko! Architektura, ludzie, roślinność. Trochę jak w Peru czy Bolivi. Do tego przełecz Paso de Cortes na 3400m npm a po obu stronach ponad pięciotysięczne wulkany dopełniały krajobrazu.
Szybko minąłem ostatnie największe miasto na swojej trasie - Pueble. Całkiem ładne ale szału nie było.
W jednej z mniejszych miejscowości zatrzymałem się na Cought Surfingu u miłego Meksykanina. Jakimś trafem tego dnia przyjeżdżał do niego drugi surfer, też P***k. Tak jakoś wyszło, że wieczorem poszliśmy do baru. Polonia vs Mexico - Meksyk miał jednak trochę większą reprezentację tego wieczoru. Ustaliliśmy wspólnie, ze bierzemy Kapitana Morgana - rum. Co najlepsze w tej knajpie, wszystko kosztowało może maks 10% drożej niż w sklepie!
Jak tu się nie napić w takim razie 😜
Podobno to Polacy dużo mogą wypić ale tego wieczoru Mexico zdecydowanie zwyciężyło😅
Następnego dnia noga zbytnio nie podawała (ciekawe czemu) jednak widoki wynagradzały trudy poprzedniego dnia🤣.
Jechałem przez góry porośnięte dużymi kaktusami. Wow! Trasa prowadziła non stop pod górę I w dół ze sporymi przewyższeniami. Najcudowniejszym momentem dnia było, kiedy duża obładowana ciężarówka wolno mnie wyprzedzała i udało mi się na koniec uchwycić naczepy.
Parę km jazdy "na dopingu" zawsze powoduje wielkiego banana na twarzy.
Szybko dojechałem do miasta Oxaca. Moja host oprowadziła mnie mnie po mieście.
Spróbowałem lokalnych przysmaków, zrobiłem trekking po okolicy i trzeba było jechać dalej.
Zapowiada się dobry odcinek, po górach, bez asfaltu!
Będzie się działo 😀

Droga do Mexico była długa i nudna - ok 550km. Pierwszego dnia wyjazd z Guadelajary. Nic przyjemnego  poruszać się po du...
10/02/2023

Droga do Mexico była długa i nudna - ok 550km. Pierwszego dnia wyjazd z Guadelajary. Nic przyjemnego poruszać się po dużym mieście rowerem. Zwłaszcza na wylotówce. Jeszcze długo za miastem teren był zurbanizowany.
Kolejnego dnia nie było dużo lepiej. Po co tracić czas, idę łapać stopa. Przed bramkami korek był długi i szybko złapałem stopa. Co ciekawe, gość co mnie zabrał, jechał od Tichuany już 24-tą godzinę a przed nim był jeszcze dość długi kawałek - do Puebla to ok. 150 km za Mexico City. Fajnie się z nim jechało. Wysadził mnie ok. 90km przed miastem. Szybko zapałem kolejnego stopa, dla odmiany busa 😁.
Ci wszyscy ludzie co mnie biorą, są zawsze uśmiechnięci i sympatyczni. Nie takie to Mexico straszne.
W stolicy miałem szczęście zatrzymać się u Oskara i Teresy. Teresę poznałem przez Cought Surfing już jakiś czas temu. Bardzo fajna i ciekawa dziewczyna - Polka. Od paru lat mieszka głównie w Mexico. Wcześniej jeździła po Ameryce Południowej. Organizuje wycieczki po Mexico, Kubie i Argentynie. Mnie najbardziej się podobało, że właśnie była w trakcie motocyklowej samotnej wycieczki po Mexico. Przez pięć moich wypraw rowerowych udało mi się spotkać... 2 dziewczyny podróżujące samotnie rowerem. Teresa była pierwszą na motorze.
Super było zostać u niej i Oskara - jej meksykańskiego absztyfikanta😁.
Opowieści były super, do tego mogłem zwiedzić Mexico City!
To olbrzymie miasto, jedno z największych na świecie.
Mnie jakoś udawało się po nim sprawnie poruszać.
Pojechałem też za miasto zobaczyć piramidy. Całkiem fajne ale do Machu Picchu się nawet nie umywa!
Poszedłem też do dwóch muzeów. Antropologicznego i narodowego. To pierwsze było ogromne, ciekawie zrobione. Wystawy były głównie o plemionach które zamieszkiwały te ziemię zanim nie zjawili się Hiszpanie i zrobili... wiadomo 😞
Muzeum narodowe było nie gorsze. Zrobione w zamku, dużo historii Mexico.
Stolica mi się bardzo podobała. Oby tak dalej 😀

Cały czas bylem w kontakcie z Nathanem - ziomeczkiem że Stanów Zjednoczonych. Zdobywaliśmy razem Nevado Colima. Nathan p...
23/01/2023

Cały czas bylem w kontakcie z Nathanem - ziomeczkiem że Stanów Zjednoczonych. Zdobywaliśmy razem Nevado Colima. Nathan po paru dniach po naszym trekingu i odwiedzeniu jeszcze innych miejsc wrócił do Guadelajary. Wynajmował tam, jak to się teraz w PL ładnie nazywa, mikro apartament - 17 metrów luksusu! Dla mnie bomba, było się gdzie zatrzymać i jeszcze jakie towarzystwo! Od razu była też okazja na przetestowanie mojego nowego nabytku: materaca do spania, kupionego w Decatlonie! Tak, tak, w Mexico też mają w największych miastach Decatlon. Materac okazał się zdecydowanie wygodniejszy niż pompowana mata. Do tego lżejszy i bardziej kompaktowy. Z Nathanem pochodziliśmy po dzielnicach miasta, których pewnie bym nigdy nie zobaczył - on tam już jakiś czas mieszka, to wie co i jak. Bardzo mi się podobał ogromny targ uliczny. Nazywa się to tuangis. W Niedzielę zamyka się ulicę na osiedlu i ustawiają się tam stoiska. Można tam kupić praktycznie wszystko. Od jedzenia, ciuchy, elektronikę po motocykl. Coś jak u nas giełda tylko większe. W centrum miasta byłem na klasycznym mercado. Taki wielki dom towarowy tylko zrobiony na mercado. W Mexico jeszcze nie mają kebabów za to mięso pieką na takim rożnie jak u nas na kebsa. Potem z tego robią tacos. To jedna z najpopularniejszych potraw tutaj.. Nawet niezłe! Imponujący był też park w tym mieście a raczej jego mieszkańcy. Wiewiórki same przychodziły i domagały się jedzenia. Są do tego stopnia oswojone, że jak siadłem na ławce z chlebem w ręce, to na mnie wchodziły żeby mi go zabrać! Gryzoń nawet sympatyczny ale widząc jego wybryki już mi tak wesoło nie było. Miejska starówka, katedra robiły wrażenie za dnia i nocą. Super podświetlone. Guadelajara ma też dobra komunikację miejską - nawet rowery miejskie i ścierki rowerowe. Nie chciało mi się stąd wyjeżdżać ale pora zobaczyć kolejną metropolią. Kierunek Mexico City!!!

Następnego dnia po trekingu trzeba było jechać dalej. Nogi bolały, ale tylko przy chodzeniu. Jak wsiadłem na rower to na...
20/01/2023

Następnego dnia po trekingu trzeba było jechać dalej. Nogi bolały, ale tylko przy chodzeniu. Jak wsiadłem na rower to nawet dawały radę. Do Gyadelajary miałem ok. 130 km po w miarę płaskim - do zrobienia w jeden dzień. Jednak po 60 km nie chciało mi się kręcić. Jak już Wam kiedyś pisałem, w Mexico zazwyczaj do jednego celu prowadzą dwie drogi: jedna ta stara – Libre, druga nazywa się Cuota (autostradka albo eksperesówka – płatna), do Guadelajary była typowa autostradka.
W Polsce nie do pomyślenia jest, żeby rowerem nawet wjechać na ekspresówkę. Zaraz oburzenie kierowców i długo nie trzeba by czekać, żeby ktoś doniósł na policję. Mandat murowany a do tego gadanie farmazonów jakie to niebezpieczne! W Mexico to nikomu nie przeszkadza. Ani trochę. Tak samo jak to, że na motorze jeździ się bez kasku. Albo przewozi pasażerów na pace. Pasy bezpieczeństwa? A po co? Mnie się to akurat bardzo podoba! Po takiej autostradzie jedzie się spokojnie pasem serwisowym, po prawej stronie. Nikomu się nie przeszkadza.
A jak się łapie stopa na autostradzie i to z rowerem ? Bardzo prosto! Trzeba dojechać do bramek, gdzie się płaci. Albo proszę kogoś, dosłownie parę metrów przed bramkami, żeby mnie zabrał, albo znajduję kogoś, kto się zatrzymał zaraz za bramkami i też to działa. W Mexico dużo jeździ pick up'ów i nie ma problemu na pakę wrzucić rower. Tym razem stop złapał się prawie sam. Miły Pan sam zapytał mnie czy mnie nie podwieźć. W kabinie miejsca nie było to mykk... na pakę. Prawie jak w kabriolecie . Dojechanie do mojej host w Guadelajarze proste nie było. Aglomeracja liczy około 10 milionów mieszkańców, to drugie, największe miasto w Mexico. Koleżanka, co mnie przyjęła, była super. Jeszcze wieczorem poszliśmy coś zwiedzić i na piwko. Następnego dnia zabrała mnie do wąwozu koło miasta. Wow, jaki wielki, szkoda że nie zeszliśmy na sam dół. Zobaczyliśmy jeszcze kilka dzielnic miasta. Poszliśmy nawet do galerii sztuki! Były tam obrazy jakiegoś sławnego meksykańskiego artysty. Oczywiście zapomniałem jak się nazywa. Wieczorem do koleżanki mieli przyjść znajomi. Już dawno nic nie gotowałem. Pora pokazać Meksykańcom że w PL też się smakowite potrawy je! Zrobiłem im potrawkę z cukinii, pomidorów, cebuli, papryki i marchewki. Do tego dobre mięsko. Mniam! Wszystkim oczywiście smakowało. Potem graliśmy w grę - coś w stylu scrabble. Do tego wino. Może jak by wina było mniej to bym ograł tych Meksykańców. Ale i tak szło mi nieźle! Zwłaszcza z winem. Bo jak się głównie pedałuje to potem parę lampek i już znakomity efekt przychodzi. U fajnych ludzi czas zawsze szybko leci i zaraz trzeba było jechać dalej. Jednak w Guadelajara jest tyle do zobaczenia, że chciałem tam zostać jeszcze. Coś trzeba było wykombinować 😉

Jednym z miasta które chciałem odwiedzić w Mexico była Guadelajara. Miałem jeszcze do niej kawałek. Po drodze widziałem ...
17/01/2023

Jednym z miasta które chciałem odwiedzić w Mexico była Guadelajara. Miałem jeszcze do niej kawałek. Po drodze widziałem i czułem, że teren się zdecydowanie podnosi. Droga prowadziła kolo Nevado Colima - 4260m n.p.m. Po drodze w Ciudad Gizman zatrzymałem się u mojego hosta i hostówy. Oprócz nich był tam jeszcze Nathan - ziomeczek że Stanów Zjednoczonych. Kolejnego dnia chciał właśnie wejść na Nevado Colima. No pewka, że też idę! Wieczorem szybkie zakupy, zrobienie jedzenia na trasę i nasz przemiły gospodarz razem ze swoją dziewczyną specjalnie wstali przed 6 rano żeby podwieść nas ponad 30km do szlaku. Szczególnie doceniam, bo około połowa trasy była po parszywej drodze beż asfaltu. Zaczęliśmy wspinaczkę na ok 2400m n.p.m. Na szlaku byliśmy o 7:30. Na początku szło się przez las, o tej godzinie dalej był szron na trawie. Zimno! Im wyżej roślinność stawała się coraz rzadsza a nam oddychało coraz ciężej. Było bardzo stromo a szlak prawie w ogóle nie był oznaczony. Często wchodziliśmy po prostu po piachu, który usuwał się spod stóp. Bliżej szczytu szlak w ogóle zanikł a my musieliśmy kombinować jak by się wdrapać na górę. Wchodziliśmy po skałach, ściankach. W Tatrach w takich warunkach byłyby już łańcuchy, klamry i inne ułatwienia. Ale nie w Meksyku. Tu im się nawet nie chciało oznaczeń szlaku namalować. I dobrze. Dzięki temu prawie nikt tam nie chodzi. Dużym wysiłkiem dotarliśmy na szczyt. Po drodze widoki były niesamowite a ze szczytu to już w ogóle! Widać było naprzeciwko czynny Wulkan. Chwilę tam posiedzieliśmy i czekało na nas trudniejsze zadanie. Wrócić... Zasięgu nie ma. Ludzi na szlaku spotkaliśmy tego dnia dwa razy. Powrót zaplanowaliśmy łatwiejszą ale dłuższą drogą. Najpierw zejście z drugiej strony góry do drogi teoretycznie przejezdnej samochodem. Potem już schodzenie nią aż... No właśnie... zasięgu nie ma. Po naszego gospodarza i tak się nie zadzwoni. Łudziliśmy się, że jeszcze ktoś na stopa nas weźmie, może akurat będzie jechał. Gdzie tam! Nie dziś. Do miejsca, gdzie zaczęła się droga przejezdna autem, mieliśmy jeszcze 24 km i ponad 2500m w pionie do zejścia do drogi asfaltowej. Szybko zapadła noc i tak jeszcze 3,5 godziny z czołówką razem z Nathanem szliśmy w dół. Wyszło około 43km marszu. Jeszcze na tym wyjeździe tak się nie zmęczyłem. To, że nogi wchodziły mi w dupę, to mało powiedziane. Dobrze ze szliśmy razem. Nathan był super kompanem. Opowiadaliśmy sobie o naszych najbardziej szalonych akcjach, przygodach. Uwierzcie, przez tyle lat naszego szwendania się po świecie, każdy miał co opowiadać. Na drodze asfaltowej w pobliskiej wiosce turbo fartem (jak zwykle) złapaliśmy stopa i dojechaliśmy do naszego gospodarza. Już mówił, że liczył że coś się nam stało, nie wrócimy i sprawdzał ile mój rower jest wart. Niestety, ja zawsze wracam w jednym kawałku. Nie tym razem! Na pocieszenie i pokrzepienie kupiłem po drodze tanie wino kartolino. Śmiechu było jeszcze więcej kiedy się okazało że... dziewczyna gospodarza była Francuską, jej rodzice mają we Francji winnicę i robią niezłe wino. No cóż... tym z kartonu też nie pogardziła

Wcale nie jest tak łatwo zdecydować gdzie jechać, co zobaczyć. Meksyk jest naprawdę wielki, ok 6,5 razy większy niż Pols...
15/01/2023

Wcale nie jest tak łatwo zdecydować gdzie jechać, co zobaczyć. Meksyk jest naprawdę wielki, ok 6,5 razy większy niż Polska. Z północy na południe to będzie gdzieś tak, jak z Zielonej Góry do Lizbony. Poważnie. Za Tepic jeszcze kawałek jechałem wybrzeżem. Udało mi się po drodze szybko zwiedzić Puerto Vallarta - duży ładny kurort nad oceanem. Jak zwykle po drodze z miejscem na noc prosto nie było. Wpadłem na genialny pomysł zapytania miło wyglądającej pani czy nie mógł bym rozbić namiotu na jej farmie. Od razu wyjaśniłem skąd jestem, co tu robię i że rano szybko uciekam. Jak zwykle tubylcy byli mili i się udało.
W jednej małej miejscowości po drodze, poprosiłem o wodę lokalsów. Zamiast tego miły Pan zaprosił mnie na kokosa a nawet dwa. Okazało się, że jest ich producentem. Lubię pogadać, posłuchać jak się tam ludziom żyje. To właśnie jeden z najciekawszych aspektów jeżdżenia rowerem samemu przez świat. Meksykanie są bardzo ciekawscy. Chętnie opowiadają o sobie i pytają mnie skąd jestem, co robię i jak to jest w tej Polsce i Europie.
Ostatnim miastem które chciałem odwiedzić na wybrzeżu było Manzanillo. Jest tam największy port w Meksyku po stronie Pacyfiku. Miasto w sumie jest dość małe, plaża nie za ciekawa, za to jest tam słynny pomnik ryby. Sami mieszkańcy się z niego śmieją jaki on brzydki. Mówią, że bardziej przypomina krewetkę niż rybę Do tego ponoć kosztował fortunę...
Mnie już wystarczy tego wybrzeża. Nie dość że zrobiło się stanowczo za gorąco i wilgotno to jeszcze płasko...

Jednym z punktów na trasie, koniecznym do zobaczenia był Parque Natural Mexiquillo. Jest on położony na prawie 3000m npm...
09/01/2023

Jednym z punktów na trasie, koniecznym do zobaczenia był Parque Natural Mexiquillo. Jest on położony na prawie 3000m npm co powoduje, że jest tam dość zimno. Żeby móc go zwiedzić zostawiłem bagaż w pobliskim miasteczku w hostelu i pojechałem zobaczyć co się tam wyprawia. Najpierw jedzie się przez Jardin de Piedras - ogród skalny. Są ta ciekawe formacje skalne, rozciągają się na dużym terenie, co robi wrażenie. Dalej są wodospady i wąwozy. Niestety w porze suchej nie są już tak imponujące, bo wody jest bardzo mało. W nocy temperatura spada tam sporo poniżej zera a w hostelowym pokoju było nie wiele ciepłej niż na zewnątrz. Takie luksusy za 300 peso... już lepiej jest w namiocie spac🤣.
Dalsza trasa wzdłuż wybrzeża była płaska i szybka. Zrobienie ponad 400 km w 3 dni poszło prosto. Jedynie ciężko było znaleźć miejsce na nocleg. W jednym miejscu to już totalnie nie było gdzie się zatrzymać na noc, albo pola uprawne albo wioski. Każdy teren ogrodzony, nie ma gdzie się schować. Robiło już się powili ciemno i jedyną opcją okazało się... zatrzymanie na cmentarzu. Spoko, przynajmniej sąsiedzi byli bezproblemowi i nie hałasowali w nocy.
Tak dotarłem do Tepic. Całkiem ładne miasto. Udało mi się tam znaleźć super hasta - Rubi. Koleżanka, kiedy się dowiedziała, że mam urodziny, to nawet ciacho mi upiekła. Mieszkała nad sklepem monopolowym prowadzonym przez jej rodzinę. Czasem musiała pomóc i obsługiwać klientów. Akurat to wypadło na moje urodziny. Całkiem fajnie, ona obsługiwała klientów, a ja piłem piwko. Udało się nam wybrać na jeden dzień na wybrzeże. Jakie tam są plażę! Woda cieplutka, temperatura w sam raz, słońce! Wow! Niestety trzeba było jechać dalej. Wcale mi się nie chciało bo w Tepic było super

Piwo to moje paliwo😅, tak mógł bym określić moc po dniu plażowo-piwnym. Noga zapodawała jak szalona. Pierwsze parędziesi...
05/01/2023

Piwo to moje paliwo😅, tak mógł bym określić moc po dniu plażowo-piwnym. Noga zapodawała jak szalona. Pierwsze parędziesiąt kilometrów było zresztą proste, dość płaskie. Schody, a raczej podjazd zaczoł się ok 60dziesiątego kilometra.
Jadąc z Mazatlan do Durango można wybrać 2 drogi. W Meksyku bardzo często jest że jedna droga to tzn. Libre - bezpłatna która zazwyczaj jest stara, wąska, w gorszym stanie i z dużą ilością miejscowości po drodze. W wioskach tych zawsze są Tope - olbrzymie progi zwalniające i to co chwilę.
Jak się komuś spieszy to lepiej brać Cuota - droga o zdecydowanie wyższym standardzie (coś jak u nas drogi typu S) ale płatna.
Słyszałem, że obie te trasy są bardzo ładne widokowo i dość mało uczęszczane. Ekspresówką miało być zdecydowanie bliżej. Jade nią! Na odcinku około 130km droga wznosiła się o ponad 2700m w pionie. Ci co po górach nie jeździli - tak to dużo 😅.
Jednak moc była, zapał jeszcze większy i 250km między tymi miejscowościami zrobiłem w 2 dni.
Do Durango dojechałem już w nocy, jeszcze mój host mieszkał na wypizdziewie na końcu miasta😅. Mimo zmęczenia jasne ze chciałem iść na miasto. Jedzonko, piwko, drineczek... Tego się nie odmawia😅.
Następnego dnia zwiedziłem miasto. Całkiem tam ładnie i zdecydowanie zimniej niż na wybrzeżu. Jednak zawsze najciekawsze są spotkania z lokalsami a od nich się dowiedziałem, że tam gdzie chce jechać lepiej się nie zapuszczać. Prowincja Zacatecas obecnie jest najniebezpieczniejszą w Mexico. Ściera się tam parę karteli i inne żezimieszki. Jest sporo ofiar a co gorsza turyście tez mogło by się oberwać. Znając swojego farta pewnie bym przejechał, przeżył i jeszcze jakaś fajną przygodę tam miał ale lepiej nie nadużywać za często szczęścia.
Dlatego wracam tą samą ale inną drogą😅 czyli Libre.
Okazała się ona jeszcze ładniejsza i już w ogóle pozbawiona ruchu. Po ok 80km zobaczyłem na poboczu motocyklistę. Widzę że mu motor nie chce odpalić - słyszę ze akumulator rozładowany. Mowie mu, że też tak miałem. Sugeruję żeby wrzucił II bieg, trzymał sprzęgło. Ja go popcham i jak się moto trochę rozpędzi niech puszcza sprzęgło i doda gazu. Od razu odpalił i pojechał.
Po niecałej pół godzinie jazdy widzę że ten Pan stoi przy drodze z czymś w ręku i chyba właśnie na mnie czeka.
Zatrzymuje się, od razu dostaje browarka na przywitanie i zaproszenie na grilla do niego i jego ziomeczków. Mówi mi że już tam chwilę stał a nikt inny się nie zatrzymał. Do tego sygnału w telefonie tam nie było... A ja Polaco jedyny pożądny chłop co stanoł😊.
Melanż był super. Tubylcą bardzo sie podobał mój akcent. Zwłaszcza kiedy uczyli mnie nowych dla mnie przekleństw Meksykańskich😂. Ale mieli ze mnie bekę.
Jeszcze gospodaż zaprosił mnie na noc do domu! I to jakiego! Wow, takiej chałupy to nawet w PL nie widziałem.
Do późna pogadaliśmy. Dowiedziałem się kolejnych "ciekawych" informacji o tym jak dla mnie cudownym kraju 😉

Moi drodzy! Bądźcie dla wszystkich tacy jak byście chcieli żeby inni byli dla was.
Dobro wraca!

Kolejnym przystankiem na mojej trasie było Mazatlan. To spore miasto na wybrzeżu z bardzo ładną plażą i ciekawym starym ...
31/12/2022

Kolejnym przystankiem na mojej trasie było Mazatlan. To spore miasto na wybrzeżu z bardzo ładną plażą i ciekawym starym miastem.
Odległości w tym mieście były naprawdę duże. Sama plaza to ponad 15km dlatego zwiedziłem je z roweru jeszcze pierwszego dnia po przyjechaniu.
Następnego skupiłem się na czym innym - piciu piwa na plaży! Meksykański browar moim zdaniem nie jest tak pyszny jak nasz Polski ale... Nie ma co wybrzydzać!
Nowością dla mnie w Meksyku są buteleczki o pojemności 190ml. Wow, otwiera się takiego browca i już go zaraz nie ma. Fajnie się go pije. Jest to jedna z dwóch pojemności butelek w Meksyku które są zwrotne (jeszcze są litrowe).
Dlatego powiedzenie że wypiło się 10 piw nabiera zupełnie innego znaczenia🤣
Od czasu do czasu taki dzień na plaży z piwkiem to nawet lepsze niż jeżdżenie rowerem😁.
Tylko na mariscos trzeba było iść do centrum, na mercado. Na plaży ceny jak zazwyczaj - ze 2 razy wyższe.
Fajnie było tam odpocząć. Kolejne dni zapowiadają się naprawdę górskie! Będzie co jechać 😉. Już nudzi mi się jazda po płaskim.

Po przejechaniu przez pasmo górskie dotarłem do Los Mochis, zwiedziłem miasto i okolicę. Mój gospodarz, kiedy powiedział...
29/12/2022

Po przejechaniu przez pasmo górskie dotarłem do Los Mochis, zwiedziłem miasto i okolicę. Mój gospodarz, kiedy powiedziałem mu którędy jechałem, bardzo się zdziwił. Mówił, że tam się raczej ludzie nie zapuszczają, bo jest to miejsce gdzie hoduje się trawę i robi inne specyfiki. Kto nie musi tamtędy jeździć - nie jeździ. Zresztą droga (choć to za dużo powiedziane) nie ułatwiała podróży. Mój gospodarz spytał mnie czy ktoś mnie na tej trasie zatrzymywał. Tak, ze 3 razy goście na motorach. Pytali skąd jestem, gdzie jadę. Wtedy wydawało mi się to ciekawością tubylców. Goście Ci wyglądali jak typowi Meksykanie z prowincji. Sprawiali dobre wrażenie. W rzeczywistości byli to ludzie z kartelu pilnujący kto im się pod nosem kręci. Na szczęście mój wizerunek plus dziwny akcent nie wzbudzały w nich podejrzeń
W okolicy Los Mochis najbardziej podobało mi się pobliskie miasto Topolobampo. Położone za wzgórzu z kolorowymi domkami. Smakowite mariscos jedzone w portowej knajpie smakowały tam jeszcze lepiej.
Po kolejnych 220km dojechałem do Culiacan. To stolica stanu Sinaloa – tak, tak, tego z którego pochodzi najsłynniejszy meksykanin na świecie - El Chapo. Stan ten, mimo że jest siedzibą paskudnego kartelu Sinaloa, jest całkiem bezpieczny. Narkosy nie są zainteresowani rozgłosem a parę dolców czy peso, które mam w torbach, też nie są dla nich kuszące . Mój gospodarz z Culiacan, jak od niego wyjeżdżałem, podwiózł mnie na wylotówkę z miasta. Wpierw jednak zajechaliśmy na... cmentarz. Ale jaki!!! To miejsce gdzie chowają wszystkich narkosów. Wiele z grobów, a raczej grobowców, były większe niż standardowy piętrowy dom! Oczywiście bogato zdobione, wszystko na wypasie. To na wypadek jakby jakiś nieboszczyk czasem "wstał z martwych" i musiał gdzieś mieszkać. Bo już i takie jaja się tutaj zdarzały. Na samym końcu miasta, gdzie za chwilę miałem wysiadać, zobaczyłem... trupa. Obok niego parę paru policjantów i żandarmeria nacional. Mój gospodarz spokojnie powiedział mi, że to raczej na pewno efekt porachunków narkosów niż pospolitej przestępczości. Więc mogę być spokojny i bezpiecznie jechać dalej

Adres

Zielona Góra
65-012

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 09:00 - 18:00
Wtorek 09:00 - 18:00
Środa 09:00 - 18:00
Czwartek 09:00 - 18:00
Piątek 09:00 - 17:00
Sobota 09:00 - 14:00

Telefon

+48693024666

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Rowerem przez Amerykę Południową umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Rowerem przez Amerykę Południową:

Udostępnij