Azja - subiektywne dzienniki z podróży

Azja - subiektywne dzienniki z podróży Relacja z podróży po; Singapur, Malezja, Sri Lanka, Tajlandia, Birma, Wietnam, Laos, Kambodża, Indie

Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.Nasza gospodyn...
07/11/2025

Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.

Nasza gospodyni pozwoliła nam wymeldować się później, przez co po 15:00 wyszliśmy z naszego domku w ogrodzie przy plaży, a nie o 11:00 jak powinniśmy zgodnie z regulaminem. Niestety nie było Jej w domu, zatem nie mamy pożegnalnego foto.
Złapaliśmy autobus do Alleppey, zjedliśmy obiadokolację i już dwie godziny przed czasem byliśmy na dworcu. Było już ciemno, ale sam dworzec, mimo że straszy starością, nawet był znośny. Dość zorganizowany, pozamiatany, nie było żebraków, bezdomnych psów. Dało się żyć. Tyle, że już ciemno.

Nie lubię chodzić w Indiach jak jest ciemno. Głównie dlatego, że ulice są mało oświetlone, jest dużo psów i ogólnie orientacja w terenie spada. W Marari, gdzie mieszkaliśmy przy plaży, po 18:00, po zachodzie słońca robiło się totalnie czarno. Bez latarki nie ma szans, aby się poruszać. Nic nie widzisz. NIC. Dlatego kiedy wybiła 20:30, a naszego autobusu nie było, a potem 20:45, 21:00, 21:30 zaczęłam zastanawiać się jaki scenariusz nas czeka....

Station Master - jak głosił napis na plakietce - czyli szef dworca z charakterystycznym indyjskim wąsem, przez cały czas bardzo zajęty i średnio chętny do pomocy, w tych okolicznościach wyszedł nawet ze swojego biura i w obstawie dwóch kolegów zaczął szukać sposobu, aby namierzyć nasz autobus. Alleluja! Przed 22:00 podjechał dwupiętrowy bardzo ładny i nowoczesny autokar. Miejsca były nadzwyczaj wygodne, fotele rozkładane do pozycji prawie leżącej, a nad nimi - na piętrze - łóżka. Chłopak z obsługi nawet zaoferował nam zmianę miejsc na leżące, ale odmówiliśmy. Kiedy ruszyliśmy okazało się to być dobrą decyzją, bo kierowca nasz okazał się być niespełnionym rajdowcem.

Do Mysore dotarliśmy około 10:00 rano.

Mieszkamy w dzielnicy Gokulam, która jest taką małą planetą ashtanga jogi. Znajduje się tu przede wszystkim shala - bo tak w Indiach nazywa się studia do jogi - K. Pattabhi Joisa, mekka dla wszystkich ashtangowców. Istna świątynia, miejsce niemalże święte. Nie ukrywam zatem wzruszenia jakie mnie dopadło i niepojęta radość z samego faktu bycia tuż obok. Poza tym jest tu dużo szkół jogi, medytacji, ajurwedyjskich sklepów, masaży, knajpek zrobionych w stylu zachodnim, kawiarni i białych turystów chodzących z matami, a to w jedną, a to w drugą stronę.
Dzielnica ta jest bardzo ładna, willowa, zielona, pod oknem mamy park, gdzie obserwujemy jak po ścieżce w koło parku codziennie kilometry przemierzają nasi sąsiedzi, a analogicznie za nimi całe gangi psów. Pod płotem i na uliczkach między domami pasą się krowy, jest tu dość spokojnie i tak domowo.

Dom nasz ma 4 pokoje, każdy z łazienką, ogólnie dostępną kuchnię, mini salon, taras, i najważniejsze co ludzkość wynalazła czyli pralkę! Poza nami mieszka tu chłopak z Francji, który przyjechał uczyć się masażu i raz widzieliśmy parkę Indusów. Poza tym czujemy się jakbyśmy mieli ten dom na wyłączność. Właściciele mieszkają w domu obok. Doskonale!

Od centrum dzieli nas jakieś 6 km, ale w aplikacji Uber tuk tuki są tak tanie, że aż płacimy ich kierowcom więcej, bo nam głupio tyle co aplikacja pokazuje - że poruszamy się w zasadzie tylko nimi. Średnio od 30 do 70 rupii czyli 1,5 - 3 zł.

Samo miasto jest dość zielone, dużo tu starych drzew, kolonialnych budynków, są kościoły, świątynie hinduistyczne, meczety, jest piękny i wypasiony pałac z końca XIX i początku XX wieku, w którym spędziliśmy trochę czasu. Zbudowany w stylu indo-saraceńskim z elementami hinduskimi, islamskimi, radżpuckimi i gotyckimi prezentuje się naprawdę zacnie. Wstęp dla nas 1000 rupii od osoby - 42 zł. W środku podziwiać można piękne wnętrza zdobione rzeźbionymi sufitami, witraże, pozłacane filary, rzeźbione drzwi, złoty tron, obrazy i inne elementy z tamtego okresu.

Byliśmy też w muzeum kolei. Fajnie zorganizowana przestrzeń na zewnątrz ze starymi lokomotywami, wagonami, muzeum, gdzie są stare kolejowe eksponaty, znaczki pocztowe z koleją itp. W cenie biletu można się też przejechać ciuchcią w koło muzeum, czego oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić.

Zwiedziliśmy też ryneczki - to jest coś co Indie mają super zorganizowane. Ogromne tereny podzielone tematycznie na chyba wszystkie możliwe działy. Od kwiatów, gdzie zapach powalał z nóg, przez owoce i warzywa, gdzie kolory mieniły nam się w oczach, przyprawy, kadzidła, noże, garnki, ubrania itd. Na rynkach można spędzać całe dnie, klimat tu jest niesamowity.

Auto, cztery pociągi, trzy samoloty, autobus, metro, łódź i tuk tuk - tyle pojazdów wiozło nas od piątku po popołudniu d...
28/10/2025

Auto, cztery pociągi, trzy samoloty, autobus, metro, łódź i tuk tuk - tyle pojazdów wiozło nas od piątku po popołudniu do niedzieli do Fort Kochi, gdzie obecnie jesteśmy. Długo, ale cało i z uśmiechami dotarliśmy do Gloria Homestay.

Nie wiele ponad siedmiogodzinny lot LOT-em minął bardzo przyjemnie, a na pewno fajniej niż poprzedni Finair. Jedzenie ok, obsługa bardzo sympatyczna, fajna oferta filmów i zdecydowanie więcej miejsca na nogi i ułożenie ciała niż u fińskiego przewoźnika. Zatem polecam skorzystać.

W Mumbaju byliśmy o 3 nad ranem, kolejka do Immigration - gdzie sprawdzają wizę, biorą odciski palców, a i czasem wypytają bardzo wnikliwie o pobyt w kraju - przerosła nawet oczekujących w niej Indusów. Dłużyło się potwornie, a ludzi tylko przybywało. Lot wewnętrzny do Kochin mieliśmy o 8:50, ale zmiana terminala z drugiego na pierwszy, gdzie dostaliśmy się darmowym autobusem lotniskowym, następnie stanie w kolejce, aby ponownie wejść na lotnisko, a potem do oddania bagaży (Indigo w cenie biletu mają bagaż rejestrowany do 15kg) i kontrola bezpieczeństwa zajęło tak długo, że na boarding czekaliśmy tylko niecałą godzinę!

W Indiach, aby wejść na lotnisko trzeba mieć boarding pass lub wydrukowany bilet. Jak nie lecisz, nie ma potrzeby, abyś wchodził do środka. Zatem kolejki przed lotniskiem są spore, każdy musi zeskanować kartę pokładową lub okazać bilet, do tego paszport, a Pan w mundurze wszystko skrupulatnie sprawdza. Coś się nie zgadza, bramka nie otworzy się i na lotnisko nie wejdziesz. Do tego Indusi często podróżują z wielkimi tobołami, więc dłuży się to jeszcze bardziej. Stojąc w kolejce przypomniałam sobie jak ważne jest pilnowanie swojego miejsca i uważność, aby nie pojawiła się chociaż mała wolna przestrzeń, bo w mgnieniu oka, ktoś wepcha się przede mną. Z tym wpychaniem się też jest zabawnie, bo często osoby, które to robią, zachowują się jakby Cię w ogóle nie widziały, po czym kiedy spojrzysz na nie i chcesz już coś powiedzieć np. Pan tu nie stał! uśmiechają się i mają takie wielkie zdziwione oczy jakbyś nagle wyskoczył spod ziemi i nie ma możliwości, żeby widzieli Cię wcześniej. Taką właśnie minę miał Pan wpychający się przede mną do informacji na lotnisku.

Transfer mieliśmy w Bangalore, skąd po godzince byliśmy już w Kochin. Z lotniska do Fort Kochi można wziąć taxę od 1300 - 1800 rupii (55 -75zł) lub transport miejski łącznie za 15 zł... Tak, wzięliśmy miejski 😄
Najpierw jechaliśmy autobusem za 160 rupii, który w 40 minut spod lotniska zawiózł nas pod stację metra Aluva. Stąd za 100 rupii kupiliśmy bilety i 16 przystanków dalej wysiedliśmy na Maharaja's College. Przeszliśmy 10 minut i byliśmy na przystani łodzi miejskich Ernakulam, gdzie za 12 rupii płynęliśmy 15 minut stateczkiem na wyspę Fort Kochi. Stąd do homestay podjechaliśmy tuk tukiem, który chciał od nas tylko 70 rupii! Bardzo sprawnie i płynnie nam to poszło.

I tu zaczynają się moje pierwsze wrażenia z tego miejsca. Po pierwsze w drodze na łódkę nikt, ale to nikt nas nie zaczepił. Dwójki białych turystów z plecakami nie zaczepił żaden mijany tuk tuk!!! Nikt nas nie zapytał czy nas podwieźć NIKT. Po dotarciu do Fort Kochi cena jaką usłyszeliśmy za dowiezienie nas na miejsce była 70 rupii! Strzelałabym 300 wyjściowa i targowanie do 200. Niesamowite zaskoczenie.

Jesteśmy w stanie Kerala na południowym - zachodzie Indii. Wciąż trwająca pora deszczowa i padający deszcz sprawiają, że wszechobecna tu zieleń jest mega intensywna i mega zielona. Już z samolotu widziałam całą paletę odcieni tego koloru. Wygląda to pięknie. Małe uliczki całe otulone palmami, kwiatami – wiele z nich mamy w naszych domach w doniczkach, tu rosną ich całe kolonie, roślinności jest tu ogrom na każdym kroku. Zabudowa jest niska i często kolorowa. Kolonialne budynki - portugalskie, holenderskie i brytyjskie, którzy to kolejno kolonizowali to miejsce - nadają fotogeniczności i karmią oko. Często znajdują się w nich hotele, restauracje z typowymi dla tego regionu potrawami, kawiarnie, sklepy z rękodziełami, antykami, jedwabiem i galerie. Świątynie hinduskie są, ale liczebnością ustąpiły miejsca kościołom katolickim, których jest tu sporo, a także protestanckim, są też meczety, synagoga i w ogóle cała dzielnica żydowska. Miejsce, gdzie pierwotnie został pochowany Vasco da Gama czyli Kościół św. Franciszka, deptak nadmorski ze słynnymi sieciami chińskimi czyli sieciami rybackimi mające swą tradycję w XV wieku i wciąż używane tu do połowu. Są też pozostałości fortu portugalskiego, dzielnica arabska, trochę bezdomnych pieseczków, kotów, kozy, ale już mające właścicieli, jest bardzo wyspiarsko i czuję się jakbym była na Sri Lance!

Adres

Słupsk
Pomorskie

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Azja - subiektywne dzienniki z podróży umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij