Azja - subiektywne dzienniki z podróży

Azja - subiektywne dzienniki z podróży Relacja z podróży po; Singapur, Malezja, Sri Lanka, Tajlandia, Birma, Wietnam, Laos, Kambodża, Indie

Mumbaj przywitał nas konkretnym ciepłem i tym charakterystycznym duszno - slumsowym zapachem. Hotel, który zarezerwowali...
30/11/2025

Mumbaj przywitał nas konkretnym ciepłem i tym charakterystycznym duszno - slumsowym zapachem. Hotel, który zarezerwowaliśmy niedaleko lotniska w cenie noclegu miał transfer, zatem cierpliwie czekaliśmy na naszego kierowcę, który obiecał być 15:50 jednak pojawił się dopiero o 16:30. “Sorry sir, I’m so sorry, traffic” powtarzał jak mantrę, kiedy w końcu się spotkaliśmy.

Irshan jest Mumbajczykiem i pracuje jako kierowca w hotelu. “Jestem jedynym kierowcą w całym hotelu, pracuję 24 godziny siedem dni w tygodniu, z przerwą 3 czasami 4 godziny na sen” dumnie się przedstawił. Ma żonę, dwie córki - których zdjęcia w uroczych różowych sukienkach nam pokazał dziesięcio i dwulatkę - mieszka też z nimi jego ojciec. Angielskiego nauczył się oglądając filmy amerykańskie, bo jak mówi hollywood to jego ulubiona rozrywka. Poznając się, rozmawiając o Mumbaju i życiu tu, jechaliśmy z Terminalu I, gdzie lądują loty krajowe do oddalonego o 7 km hotelu.
Korki w Mumbaju to jest osobny temat, trudno znaleźć tu jakieś zasady poruszania się, poza jedną: kto pierwszy, większy i cwańszy ten lepszy. Ciężarówki, autobusy, auta, tuk tuki, rowery, skutery, ludzie, wszyscy na jednej drodze w ilości nie mającej szans na płynny ruch, bez zważania na innych prą do przodu. Prawie godzinę zajęło nam dotarcie do celu.

Hotel znajdował się w dzielnicy muzułmańskiej i był najlepszym co udało nam się znaleźć nie za miliony w najbliższej okolicy lotniska. Chociaż jak na warunki indyjskie i ceny noclegów wybieranych do tej pory i tak dość drogi - 4233 rupie za noc czyli 173 zł. Średnio w innych miastach tyle płaciliśmy za 3 noce.
Z hotelami blisko lotniska łatwo nie jest i tyczy się to zarówno Mumbaju jak i Delhi. Wiele z nich na Bookingu wygląda na wymarzony nocleg, gdzie wydaje się, że odpoczniecie przed lub po locie, a często w rzeczywistości jest totalną ruderą lub w ogóle go nie ma! Polecam zatem wnikliwość i ostrożność przy bukowaniu.

Od wejścia byliśmy zaopiekowani jak chyba jeszcze nigdy! Chłopacy od razu przybiegli, aby zabrać nasze bagaże, a przy recepcji miła Pani zameldowała nas i zostaliśmy zaprowadzeni do pokoju, który zaskoczył nie mniej niż serwis. Jak na Indie naprawdę czysto, wszystko działało i mocno europejsko! Po chwili dostaliśmy powitalny soczek, a jak wróciliśmy z kolacji z restauracji nieopodal - notabene należącej do tego hotelu - obsługa przyniosła nam talerz z owocami i ciasteczkami! Jedyny mankament to hałas dobiegający z zewnątrz do późnych godzin, zatem jak o 3:30 zadzwonił budzik, nie miałam wrażenia, żebym cokolwiek spała.
Na terminal II mieliśmy zaledwie 2 km, transfer z hotelu kosztował 350 rupii i po 10 minutach byliśmy na miejscu.

Było jeszcze ciemno, a oświetlone lampkami jak przed Bożym Narodzeniem lotnisko wyglądało magicznie.
Odprawa i lot minęły naprawdę dobrze i wygodnie. Ze wszystkich linii lotniczych, z jakich ostatnio korzystaliśmy, LOT mocno mnie przekonał, aby w przyszłym roku też skorzystać z ich usług.

A jak same południowe Indie?

Zdecydowanie południowa część tego kraju jest bardziej przyjazna dla turysty, przyjemniejsza dla oka i może nie być nawet złym pomysłem na pierwszą wyprawę do Indii.
Tu zdecydowanie polecałabym stan Kerala, który jest mega zielony i dość uporządkowany. Fort Kochin gdzie byliśmy na początku i Marari mocno przypominały Sri Lankę. Ruch jest mniejszy, jest mniej trąbienia, mieszkańcy wydają się bardziej wyluzowani i ogólnie jest spokojniej. Jedzenie przepyszne, ale to akurat tyczy się całych Indii. Ten kraj umie w karmę 😉

Ogólne wrażenia z tej podróży są dla mnie trudne do opisania, głównie dlatego, że połowa jej to była moja podróż wewnętrzna. Najpierw jogowa w Mysore, a potem advajtowa w Tiruvannamalai. Było powoli, spokojnie, do wewnątrz. Jak o tym nie myślę, nie potrafię ubrać tego w słowa, aby je Wam przekazać. Najchętniej wysłałabym Wam ciszę i spokój, tak mocny i przenikający, że nie trzeba nic więcej dodawać.
Nie ukrywam też, że mniej było w niej chęci kierowania uwagi na zewnątrz, zwiedzania, robienia zdjęć i pisania o tym. Tym razem wyszło inaczej i nie daję temu narracji, lepiej czy gorzej. Inaczej.

Niemniej jednak zebrałam kwoty, które mogą być przydatne i zachęcić do odwiedzenia tego nieoczywistego kraju.

Czas trwania 25 październik - 23 listopad.

Loty (za dwie osoby)

Lot Warszawa - Mumbaj - 4644,22 w dwie strony, jak się radośnie okazało z dwoma bagażami rejestrowanymi na powrót. Polecam polować na “szalone środy z LOT-em”.
Lot wewnętrzny Mumbaj - Kochin - 733 zł
Lot wewnętrzny Ćennaj - Mumbaj - 359 zł
Razem: 5736, 22 zł

Noclegi (za dwie osoby)

Fort Kochi Gloria Homestay 3 noce 3686 Inr - 150 zł
Marari Adonis Beach Villa 5 nocy ze śniadaniami - 9875 Inr - 403 zł
Mysore 9 nocy - 13600 Inr - 556 zł
Tiruvannamalai 5 nocy - 292 zł
Ćennaj 4 noce - 459 zł
Hotel Naaz Mumbaj (w cenie śniadanie i jeden transfer lotniskowy) 1 noc - 4233 Inr 173 zł
Razem: 2033 zł
Noclegi bukowane przez Booking lub Airbnb. Wszystkie warte polecenia i wszędzie bym ponownie wróciła.

Jedzenie (za dwie osoby)

Południe nas rozpieszczało i obdarzało wspaniale, jeżeli chodzi o restauracje i karmienie. Wybór wszędzie był spory: dania typowo indyjskie, czasami kuchnia europejska, ale też specjalności regionu, w którym akurat byliśmy. Przekąski na ulicach jak samosy, różne chaaty, świeże soki, lody, cukiernie, nic tylko jeść!
Kerala to przede wszystkim mleczko kokosowe, świeże owoce, ryby i owoce morza i tu fantazja nie miała końca. Curry, zupy, ryby czy ser paneer zawijany i pieczony w liściach bananowca, krewetki we wszelkich wariacjach, pysznie, świeżo i lekko.
Karnataka i Tamil Nadu to wszelkiego rodzaju curry, ale sosy te różniły się od tych jakie znamy ze środkowych czy północnych Indii. Były bardziej aromatyczne, doprawione, nie przesadnie ostre - pyszniutkie!

Za obiadokolacje płaciliśmy od 700 do maksymalnie 1500 rupii za dwie osoby czyli 30 - 60 zł.
Przekąski to koszt 20-40 Inr czyli 0,80-1,40 zł.
Świeży sok 40-150 Inr czyli 1,40-6 zł.
Słodkości np. torcik czekoladowy jeden kawałek 120-150 Inr to 4,90-6 zł, lody od 20 Inr (0,80 zł) na ulicy na patyku, do 100 Inr we włoskiej lodziarni - 4,20 zł.

Początkowo spisywałam wszystkie nasze wydatki, ale w pewnym momencie się rozjechało, zatem powiedzmy średnio przejedliśmy 1200 rupii dziennie co daje jakieś 1200 zł.

Transport (za dwie osoby)

z lotniska w Kochin do Fort Kochin - 342 Inr - 14 zł
transport Fort Kochin - Marari (tuk-tuk 150 Inr, autobus 115 Inr, tuk-tuk 200 Inr) = 465 Inr - 19 zł
wycieczka na backwaters 276 Inr - 11,26 zł
Allepy - Mysore nocny autobus 2700 Inr - 110 zł
Mysore - Bangalore - autobus 800 Inr - 32,70 zł
Bangalore - Tiruvannamalai - 400 Inr - 16,35 zł
Tiruvannamalai - Ćennaj 380 Inr - 15,55 zł
Tuk tuki zamówione w aplikacji Uber w Mysore i Ćennaj - 2300 Inr - 94 zł
tuk tuki z ulicy - 400 Inr - 16,35 zł
transfer na lotnisko w Mumbaju 350 Inr - 14,30 zł
Razem: 343,51 zł (może tu brakować kwot za autobusy miejskie, ale zazwyczaj były to grosze jak 5 czy 10 rupii (0,20-0,40 zł))

Wszystkie loty, spanie, jedzenie i transport wyniósł nas: 9312,73 zł.

Do tego należy dodać pamiątki, ciuchy, drobne zakupy, kosmetyki. To zostawiam już indywidualnie każdemu.

Dziękujemy za Wasze komentarze, czytanie nas, bycie z nami w tej drodze indyjskiej. 🙏
Jak macie jakieś pytania, chcecie wybrać się w ten rejon świata, śmiało piszcie do nas, z chęcią pomożemy.

Ściskamy ❤️

Ćennaj jakoś nie potrafił nas oczarować. Były momenty, ale tylko momenty. Miasto jest duże, odległości są wielkie, a tra...
22/11/2025

Ćennaj jakoś nie potrafił nas oczarować. Były momenty, ale tylko momenty.

Miasto jest duże, odległości są wielkie, a transport jakoś nie współpracował. Pomimo najlepszego na świecie logistyka - Buły vel Puri Bhaji - który mistrzowsko wiedział, gdzie mamy wsiąść, wysiąść, w którą jechać stronę, gdzie jest przystanek itp jakoś nie zawsze udawało się dotrzeć, tam, gdzie chcieliśmy.

Są tu miejskie autobusy, metro i pociągi.
Pociągi lokalne takie w stylu mumbajskim, jeżdżą spod naszego domu - dosłownie 20 m - ale mają ograniczony zasięg, podobnie metro, nie dojeżdża wszędzie, autobusy z kolei albo nie przyjeżdżają, albo stoją w gigantycznych korkach.

Warto natomiast wspomnieć o cenach za transport miejski. Autobusy albo 5 albo 7 albo 13 rupii (od 20 gr do 50 gr) - nie potrafimy znaleźć reguły, podobnie z tym kiedy ja muszę płacić za bilet. W Tamil Nadu panie jeżdżą za free, zatem czasami dostaje free ticket, a innym razem kasują mnie tak jak Bułę. Pociąg kosztuje 5 rupii za osobę, bez znaczenia ile stacji jedziemy. Metro od 20 do 50 rupii.
Są jeszcze tuk tuki, ale nie zachęcają, aby korzystać z ich usług.
Korzystamy z Ubera, ale czekanie aż ktoś zaakceptuje przejazd, a następnie zgodzi się jechać za stawkę pokazaną w aplikacji trwa średnio kilkanaście minut. Tuk tuk z ulicy krzyczy za przejazd 3 razy tyle co aplikacja.

Przez te 3 dni liznęliśmy trochę miasta głównie szwędając się bez jakiś większych celów.
Trochę miałam skojarzenia z moim pierwszym przylotem do Mumbaju, kiedy to ulice były za intensywne, za brudne i głośne. Są dzielnice, gdzie natężenie hałasu spada, jest zielono, są ładne budynki i jest przyjemnie, ale jednak większość miejsc, gdzie byliśmy była głośna, tłoczna, intensywna zapachowo i zaśmiecona.
Nasze poprzednie destynacje w tej podróży odzwyczaiły nas od rozpadających się budynków jakby wczoraj wybuchł w nich pożar, ton śmieci i ciężko strawnego dla oka bałaganu w koło.

Wybrzeże - tam gdzie udało nam się dotrzeć, też jakoś nie wiało optymizmem. Doszliśmy do niego w ogóle przez dzielnice slumsów, co ponownie przypomniało mi Mumbaj. Minęliśmy miejsce, gdzie odbywa się targ rybny - już było po handlu - i poszliśmy na plażę. Śmieci, bezdomne piesy i kupy. Są tu podobno ładne plaże, ale tym razem nie udało się ich zobaczyć.

Udało nam się za to wybrać na zakupy. Zakupy w indyjskim stylu, bo do typowo indyjskiego domu towarowego. Pan tuk tukarz śmiał się kiedy usłyszał, gdzie chcemy jechać i zdziwiony upewnił się dwa razy czy na pewno tam, gdzie Indusi robią zakupy.

Saravana to 8 piętrowy budynek z każdym z pięter dedykowanym innemu działowi zakupowemu. Zaczęliśmy od 8 piętra, gdzie jak sardynki w puszcze wjechaliśmy windą na dział spożywczy. Piętro niżej odzież męska, następnie rzeczy do domu, niżej odzież młodzieżowa i dziecięca, du****le, odzież damska, znowu du****le i kawiarnia z całym asortymentem soczkowym, przekąskowym, ryżowym itp. Ceny super niskie. Soczki od 20 rupii, przekąski średnio po 2 sztuki 20 rupii, dania z ryżem 20-30.
Oczywiście obeszliśmy każde z pięter i z siatami wyglądającymi jak worek z ryżem wracaliśmy do domu.

Po wizycie w tym miejscu miałam jedno skojarzenie w głowie, w Indiach zdecydowanie czas to nie pieniądz. Obsługa, kasowanie produktów, pakowanie trwało wieczność.
System jaki tam był warty jest zapisania. Każde z pięter ma osobne kasy i długą ladę. Najpierw podchodzimy do osoby, która nabija nasze produkty na kasę, po zapłacie kartą przechodzimy dalej, gdzie kolejna osoba sprawdza zgodność paragonu z kwotą z terminala - jak się zgadza stawia pieczątkę z czerwonym napisem "paid". Jak płacimy gotówką idziemy do kolejnej, która przyjmuje cash i pozwala iść do kolegi lub koleżanki obok. Sprawdzają dokładnie produkty na paragonie z tym co mamy w koszyku. Jak jest ok, kolejna osoba pakuje.
Idąc z workiem ryżu na kolejne piętro musimy zostawić pakunki w dypozycie, a jak nie chcemy się z nimi rozstawać osoba obsługująca maszynę do szycia - która jest na każdym piętrze- zszywa nasz worek i pozwala iść z nim między kilometrowe półki.

Poczta jest drugim takim przykładem, gdzie zegarek nie istnieje. Pominę już fakt, że dopiero po ponad trzech tygodniach udało nam się znaleźć pocztówki - i to takie średnio piękne.

Trafiliśmy na pocztę. Wzięliśmy z maszyny numerek - 89, jak zaczęliśmy wypisywać kartki wyświetlacz z kolejnością podchodzenia do okienka pokazywał numer 70.
Kiedy skończyliśmy 72 - a zajęło nam to jakieś 20 minut na pewno. Podeszłam zatem do Pana, od którego wcześniej pożyczyłam długopis i zapytałam, gdzie dostaniemy znaczki. Udało się, wskazano nam miejsce, gdzie mamy podejść. Miła Pani zaskoczona, że chcemy znaczki i mamy pocztówki do Polski, zawołała pana. Ten powiedział, że ok, ale mamy czekać. Nastąpiło poruszenie. Pani najpierw zabrała jedną pocztówkę i gdzieś poszła. Po jakimś czasie wróciła i zabrała kolejną, wyszła z budynku. Po jakimś czasie okazało się, że nie wiadomo ile kosztuje znaczek!
36 rupii z uśmiechem poinformował nas Pan, a pani niebawem wróciła. Dostaliśmy 40 znaczków o różnych nominałach. Po 4 na każdą kartkę. Kiedy już mieliśmy nadzieję, oddać przyklejone na kartki znaczki i wyjść, okazało się, że mamy iść z nimi na pierwsze piętro. Tutaj nikt nie mógł nam pomóc, bo ....wszyscy jedli lunch 😅
Czekaliśmy zatem cierpliwie, ale jak to w czasie lunchu, rozmowy, herbatki. A te ostatnie w Indiach szczególnie istotne. Pani, która nas obsługiwała na dole, chyba się domyśliła, że coś długo nas nie ma i przyszła nas uratować.

Dziś opuściliśmy Ćennaj. Co też nie obyło się bez dawki humoru, kiedy to okazało się, że nasza walizka, którą specjalnie tu kupiliśmy waży 28kg! Nie wiemy jak to możliwe, ale na szczęście linie lotnicze w Indiach w podstawowej cenie biletu oferują 15 kg bagaż rejestrowany i 7 podręczny, zatem musieliśmy się przepakować 🙈 Powrotny lot do domu oferuje nam trochę mniej kilo, zatem musimy rozkminić jak zmieścić się w limicie z jednoczesnym zabraniem wszystkiego ze sobą 🙈 A walizka miała nam ułatwić pakowanie, wrzucenie wszystkiego w jeden bagaż i wygodę. Chyba w tych workach po ryżu mieliśmy za dużo napakowane 😉

Żaden tuk tuk nie chciał nas zawieźć na dworzec autobusowy, skąd dalej łapaliśmy autobus do Ćennaj. Cena w Uberze nie za...
19/11/2025

Żaden tuk tuk nie chciał nas zawieźć na dworzec autobusowy, skąd dalej łapaliśmy autobus do Ćennaj. Cena w Uberze nie zachęcała kierowców do pracy.
Nasz gospodarz Balaji robił co mógł, aby nam pomóc, ale każdy kierowca dawał znać, że za sto rupii nie jedzie. Poszliśmy zatem pod Aśram, gdzie zatrzymują się autobusy miejskie za 10 rupii no i jest całe gniazdo tuk tukarzy. Po chwili siedzieliśmy w trójkołowcu na dworzec.

Pięć dni w Tiruvanamanali zleciało nam nie wiadomo kiedy. Większość czasu spędzaliśmy w aśramie Ramana Maharshi - Ramanasramam, gdzie medytowaliśmy, wyciszaliśmy się i po prostu byliśmy. Cisza tam panująca jest niesamowita, a miejsce to pozwala zatrzymać się, skierować uwagę do wewnątrz i prawdziwie odpocząć.

Byliśmy też na pielgrzymce! Giripradakszina lub Girivalam bo tak się nazywa, to 14 km boso zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół świętej góry Arunchala - która jest fizyczną manifestacją boga Śiwy.
Kurcze, wspaniałe doświadczenie. Chyba nigdy nie doświadczyłam Indii tak bardzo i tak bardzo nie widziałam ich piękna. Ten mix świętości - mijani sadhu, świątynie, kapliczki, palące się świece, kadzidła, mantry - i codzienności: żebracy, budki z samosą i herbatą, kolorowe sari, trąbiące tuk tuki, autobusy, psy, krowy, małpy, koguty, śmieci, sarenki, kupy, a w tym wszystkim setki jak nie tysiące pielgrzymów patrzących w prawo na Arunchale, a jednocześnie kontrolujących, gdzie stawiają bose stopy. Może nie brzmieć to zachęcająco, ale polecam to doświadczenie każdemu. Po paru kilometrach głowa puszcza, narracja ustaje, a wy po prostu idziecie. Uśmiechacie się do mijanych twarzy i sami nie wiecie co niesie Was dalej.

Bardzo cenny czas tu mieliśmy i wraz z Mysore zapisuję to miejsce do odwiedzenia na przyszły rok.

Teraz jesteśmy w Ćennaj. Nie planowaliśmy tego miasta, ale życie nas tu przywiodło. Dość długo, bo od 10:30 byliśmy w drodze, a dopiero przed 18:00 weszliśmy do mieszkania wynajętego od Rabeki przez airbnb. Nie obyło się bez przygód.

Jak wsiądziemy do autobusu mieliśmy dać znać, że jedziemy. Zatem po zapłaceniu za bilety 380 rupii za dwie osoby, napisaliśmy na WhatsApp, że jesteśmy w drodze i ok 16:00 - 17:00 będziemy w Ćennaj. Rabeka się trochę zdziwiła, bo nasz pobyt był zarezerwowany od 25 do 29 listopada, czyli tydzień później niż powinien.🙈 Nie wiem jak to się stało! Kiedy próbowałam zmienić daty w aplikacji na aktualne, okazało się, że pokój jest wolny dopiero od czwartku! Na szczęście mieszkanie okazało się dwupokojowe, a drugi pokój, mniejszy był wolny! Zatem widmo bezdomności szybko zniknęło.

Mały pokój okazał się być dość spory z prywatną łazienką i balkonem, do tego jest duży salon z huśtawką😄, duża kuchnia, pralnia (!) i taras. Rebeka jest super miłą i pomocną osobą, a Jej angielski sprowokował nas do zapytania czy na pewno jest z Indii. Okazało się, że uczyła się w katolickiej szkole, gdzie mówili po angielsku, a akcent szlifuje jeżdżąc do Stanów.

Ćennaj na razie nas nie rozpieszcza. Jest pochmurno i od kiedy tu jesteśmy pada, a bardziej precyzyjnie - leje! Miasto jest też dość spore, zatłoczone, zakorkowane, odległości do pokonania duże, a aplikacja Uber pomimo, że działa, nie jest zbyt respektowana przez kierowców, bo wyciągają od nas więcej kasy, niż pokazuje ekran telefonu!

Mysore nie chciało mnie wypuścić. Tym razem cierpliwość nie wystarczyła. Chociaż byłam jedyna wśród białych twarzy czeka...
14/11/2025

Mysore nie chciało mnie wypuścić. Tym razem cierpliwość nie wystarczyła. Chociaż byłam jedyna wśród białych twarzy czekających na poboczu, w ciemnościach, gdzie zatrzymują się wielkie sleepery, która ze spokojem mówiła: it will come. Nie przyjechał. O 21:00 przyszedł mail, że autobus został odwołany. Razem z nami na walizkach zostali Francuzi.

Ze spokojem wróciliśmy więc do naszego pokoju w dzielnicy Gokulam, rozkminiając co dalej. Brać jutro ten sam autobus zbyt ryzykowne, chociaż bym mogła wówczas iść rano na jogę. Już widzę minę mojego nauczyciela Shrikanthy. Żegnaliśmy się piękną rozmową o ashtandze jodze i praktyce. Nie było do widzenia, tylko do zobaczenia w przyszłym roku.
Ale wracając do naszej podróży…
Z samego rana pojechaliśmy na dworzec autobusowy i stąd najpierw dojechaliśmy do Bangalore, stolicy stanu Karnataka za 460 rupii za osobę czyli jakieś 18 zł. Dość sprawnie, tylko 2 godzinki i już wjeżdżaliśmy do wielkiego miasta. Ogarnęliśmy szybko śniadanie, fantastyczne puri masala - uwielbiam te indyjskie śniadania - i wskoczyliśmy w autobus do Tiruvanamanali. Koszt 210 rupii za osobę czyli 8,60.
Było przed 12:00, jak zapytałam pana biletera o której będziemy na miejscu powiedział 17:00. 200 km w 5 godzin?! Indie! 😆

Ponad godzinę wyjeżdżaliśmy z samego Bangalore. Ogromne jest to miasto, zakorkowane, zasmogowane, trąbiące i ciągnące się w nieskończoność. Kierowca nasz to kolejny spotkany niespełniony rajdowiec. Po 18:00 dotarliśmy na miejsce. Łącznie z drogą z Mysore - 350 km w 9 godzin.

Zatrzymaliśmy się w domu u Pana Balaji i jego żony. Mamy mieszkanko na parterze z osobnym wejściem, kuchnią, łazienką i sypialnią. Bardzo przyjemnie, dużo miejsca i super czyściutko. Z tarasu rozciąga się widok na Arunachalę - świętą górę.

Tiruvanamanali jest na naszej trasie nie przypadkiem, znajduje się tu aśram Ramana Maharishi, gdzie spędzimy kolejne dni. ❤️

Słyszymy się zapewne z Ćennaj.

“Go home, eat, rest and come back tomorrow” (“idźcie do domu, zjedzcie, odpocznijcie i wróćcie jutro”). Takimi słowami ż...
10/11/2025

“Go home, eat, rest and come back tomorrow” (“idźcie do domu, zjedzcie, odpocznijcie i wróćcie jutro”). Takimi słowami żegna nas Shrikantha, nasz nauczyciel ashtanga jogi w Mysore. Codziennie rano chodzę do jego shali na praktykę. Pot zalewa oczy, mięśnie robią niemożliwe, ale to niesamowite uczucie w tobie, kiedy po półtorej godziny wstajesz z maty nie da się niczym zastąpić ani opisać.

Życie opiekuje się tu nami znakomicie. Wszystko płynie i dzieje się jakby samo. Dzielnica nasza nie ma już przed nami żadnych tajemnic, poruszamy się jakbyśmy mieszkali tu od zawsze. Mamy ulubione miejsca na obiady i kolacje, sklepik pod domem, miejsce z masażem, które prowadzi starsze małżeństwo, jest tu blisko przystanek autobusowy, skąd można dojechać do centrum autobusem numer 119 za 18 rupii za osobę, piekarnia z nawet niezłym chlebem, dużo warzywniaków, straganów z owocami no i 10 minut drogi od domu spacerem jest moja jogowa shala - jest tu wszystko i jest wspaniale! W zasadzie to bardzo chętnie bym tu została!

Byliśmy ostatnio w kinie, no bo wiadomo i za każdym razem o tym piszę - będąc w Indiach nie można nie iść do kina. Z okazji urodzin największej gwiazdy indyjskiego kina czyli Shah Rukh Khana w wielu kinach grane są przez tydzień filmy z jego udziałem.
Padło na “Chennai Express” - oprócz Sharuka, na ekranie Deepika, największa piękność tego kraju. Film jak film, jest wątek miłosny, trochę komedii, drama, akcja, bijatyka i happy end, ale to co uwielbiam w kinie indyjskim to emocje. Emocje z jakimi widzowie oglądają film. Jak żywo reagują, wzruszają się, klaszczą, mówią kwestie razem z aktorami, a kiedy jest piosenka tańczą w fotelach. Piękne! To co mnie zaskoczyło tym razem, a z czym nie spotkałam się wcześniej, to, to, że w trakcie przerwy - która zawsze ma miejsce w indyjskim kinie w połowie filmu - między rzędami chodził Pan i zbierał zamówienia na jedzenie. “Would you like to order some food madame?” usłyszałam prawie w ciemnościach.

Byliśmy też na wsi, 12 km od Mysore. Na zaproszenie przyjaciela naszej przyjaciółki z Polski. Kupiliśmy czekoladki - tak, to zawsze dobry prezent dla indyjskiej rodziny - i arbuza. Dom znajduje się w pięknie położonej okolicy. W koło tylko zieleń - palmy kokosowe, pola ryżowe, absolutny spokój i cisza. Mieliśmy też okazję zobaczyć typowy indyjski dom z atrium pośrodku. Za domem gęsty, dziki ogród, z mnóstwem owocowych drzew, a na jego końcu shala do medytacji i praktyk duchowych. Cudne miejsce i super atmosfera! Tak samo jak cudni gospodarze, czas z nimi był niesamowity, spędzony na rozmowie i dużej ilości śmiechu. W drodze powrotnej przeszliśmy przez wioskę, co wzbudziło niemałe zainteresowanie. Nawet psy wybiegły i towarzyszyły nam w drodze na przystanek autobusowy. Od razu przysiadł się do nas pan w okularach i białej koszuli, który pochodzi z Mumbaju, a córka jego mieszka w Londynie, gdzie wyszła niedawno za mąż. To jest bardzo charakterystyczne, kiedy zaczynasz rozmowę z lokalsami. Opowiadają o swojej rodzinie, po czym dokładnie przepytują Ciebie z twojej. Jak temat rodziny się wyczerpie, wchodzi kolejny - praca. Tak samo było dziś kiedy jechaliśmy autobusem 201 na Chamundi Hill czyli wzgórze oddalone 13 km od Mysore. Pan bileter w autobusie dokładnie wypytał nas ilu członków rodziny liczy nasza, po czym zaczął opowiadać o swoich czterdziestu! Wyobrażacie sobie? Wigilię na 40 osób!?

A co do samego szczytu Chamundi to znany jest on z tego, że znajduje się tu świątynia Chamundeswari, a także jest podobno spektakularny widok na całe miasto. Szczerze powiedziawszy to widok tam był lekko rozczarowujący. Owszem świątynia jest i nawet weszliśmy do środka, za tłumem wiernych wąską ścieżką, gęsiego, boso, do głównego ołtarzu, gdzie można zostawić ofiarę pieniężną - bo jakże inną - dostać błogosławieństwo i prędko iść dalej, bo kolejka jest spora, a każdy chce dostać się do źródła i liczy na spełnienie tego co w sercu nosi.
Ale teren wokół to już typowe Indie. Śmieci, brud, chaos, żebracy, psy, krowy, małpy i taka dezorientacja, że zapomniałam już jak to jest być w Indiach. W koło pełno straganów z pierdołami, pamiątkami i innymi nikomu niepotrzebnymi rzeczami.
Widok na miasto lekko zamglony, żeby nie powiedzieć zasmogowany, zatem niewiele dało się zobaczyć.

Za to ciekawostką była droga powrotna. W południowych Indiach, a dokładnie w stanie Kerala (tu byliśmy), Karnataka (tu obecnie jesteśmy) i Tamil Nadu (tu będziemy) panie jeżdżą autobusami za darmo, co tłumaczy taką ich frekwencję w autobusach. Ale to jak do nich wsiadają może zaskakiwać. Nie dają nikomu szans na wyjście, przepychają się, przez otwarte okna wrzucają torebki, aby zająć miejsce, można odnieść wrażenie, że totalnie zawładnęły komunikacją miejską! Kiedy autobus podjechał, a gang kolorowych sari próbował dokonać zmasowanego ataku, pan bileter gwizdkiem i stanowczym ruchem ręki dał znak, że mają zaczekać i pozwolić najpierw wyjść z autobusu pasażerom.

Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.Nasza gospodyn...
07/11/2025

Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.

Nasza gospodyni pozwoliła nam wymeldować się później, przez co po 15:00 wyszliśmy z naszego domku w ogrodzie przy plaży, a nie o 11:00 jak powinniśmy zgodnie z regulaminem. Niestety nie było Jej w domu, zatem nie mamy pożegnalnego foto.
Złapaliśmy autobus do Alleppey, zjedliśmy obiadokolację i już dwie godziny przed czasem byliśmy na dworcu. Było już ciemno, ale sam dworzec, mimo że straszy starością, nawet był znośny. Dość zorganizowany, pozamiatany, nie było żebraków, bezdomnych psów. Dało się żyć. Tyle, że już ciemno.

Nie lubię chodzić w Indiach jak jest ciemno. Głównie dlatego, że ulice są mało oświetlone, jest dużo psów i ogólnie orientacja w terenie spada. W Marari, gdzie mieszkaliśmy przy plaży, po 18:00, po zachodzie słońca robiło się totalnie czarno. Bez latarki nie ma szans, aby się poruszać. Nic nie widzisz. NIC. Dlatego kiedy wybiła 20:30, a naszego autobusu nie było, a potem 20:45, 21:00, 21:30 zaczęłam zastanawiać się jaki scenariusz nas czeka....

Station Master - jak głosił napis na plakietce - czyli szef dworca z charakterystycznym indyjskim wąsem, przez cały czas bardzo zajęty i średnio chętny do pomocy, w tych okolicznościach wyszedł nawet ze swojego biura i w obstawie dwóch kolegów zaczął szukać sposobu, aby namierzyć nasz autobus. Alleluja! Przed 22:00 podjechał dwupiętrowy bardzo ładny i nowoczesny autokar. Miejsca były nadzwyczaj wygodne, fotele rozkładane do pozycji prawie leżącej, a nad nimi - na piętrze - łóżka. Chłopak z obsługi nawet zaoferował nam zmianę miejsc na leżące, ale odmówiliśmy. Kiedy ruszyliśmy okazało się to być dobrą decyzją, bo kierowca nasz okazał się być niespełnionym rajdowcem.

Do Mysore dotarliśmy około 10:00 rano.

Mieszkamy w dzielnicy Gokulam, która jest taką małą planetą ashtanga jogi. Znajduje się tu przede wszystkim shala - bo tak w Indiach nazywa się studia do jogi - K. Pattabhi Joisa, mekka dla wszystkich ashtangowców. Istna świątynia, miejsce niemalże święte. Nie ukrywam zatem wzruszenia jakie mnie dopadło i niepojęta radość z samego faktu bycia tuż obok. Poza tym jest tu dużo szkół jogi, medytacji, ajurwedyjskich sklepów, masaży, knajpek zrobionych w stylu zachodnim, kawiarni i białych turystów chodzących z matami, a to w jedną, a to w drugą stronę.
Dzielnica ta jest bardzo ładna, willowa, zielona, pod oknem mamy park, gdzie obserwujemy jak po ścieżce w koło parku codziennie kilometry przemierzają nasi sąsiedzi, a analogicznie za nimi całe gangi psów. Pod płotem i na uliczkach między domami pasą się krowy, jest tu dość spokojnie i tak domowo.

Dom nasz ma 4 pokoje, każdy z łazienką, ogólnie dostępną kuchnię, mini salon, taras, i najważniejsze co ludzkość wynalazła czyli pralkę! Poza nami mieszka tu chłopak z Francji, który przyjechał uczyć się masażu i raz widzieliśmy parkę Indusów. Poza tym czujemy się jakbyśmy mieli ten dom na wyłączność. Właściciele mieszkają w domu obok. Doskonale!

Od centrum dzieli nas jakieś 6 km, ale w aplikacji Uber tuk tuki są tak tanie, że aż płacimy ich kierowcom więcej, bo nam głupio tyle co aplikacja pokazuje - że poruszamy się w zasadzie tylko nimi. Średnio od 30 do 70 rupii czyli 1,5 - 3 zł.

Samo miasto jest dość zielone, dużo tu starych drzew, kolonialnych budynków, są kościoły, świątynie hinduistyczne, meczety, jest piękny i wypasiony pałac z końca XIX i początku XX wieku, w którym spędziliśmy trochę czasu. Zbudowany w stylu indo-saraceńskim z elementami hinduskimi, islamskimi, radżpuckimi i gotyckimi prezentuje się naprawdę zacnie. Wstęp dla nas 1000 rupii od osoby - 42 zł. W środku podziwiać można piękne wnętrza zdobione rzeźbionymi sufitami, witraże, pozłacane filary, rzeźbione drzwi, złoty tron, obrazy i inne elementy z tamtego okresu.

Byliśmy też w muzeum kolei. Fajnie zorganizowana przestrzeń na zewnątrz ze starymi lokomotywami, wagonami, muzeum, gdzie są stare kolejowe eksponaty, znaczki pocztowe z koleją itp. W cenie biletu można się też przejechać ciuchcią w koło muzeum, czego oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić.

Zwiedziliśmy też ryneczki - to jest coś co Indie mają super zorganizowane. Ogromne tereny podzielone tematycznie na chyba wszystkie możliwe działy. Od kwiatów, gdzie zapach powalał z nóg, przez owoce i warzywa, gdzie kolory mieniły nam się w oczach, przyprawy, kadzidła, noże, garnki, ubrania itd. Na rynkach można spędzać całe dnie, klimat tu jest niesamowity.

Prawie się tu zadomowiliśmy. Jest tak spokojnie, cicho, że momentami mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Jedyne co s...
03/11/2025

Prawie się tu zadomowiliśmy. Jest tak spokojnie, cicho, że momentami mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Jedyne co słyszymy to odgłosy ptaków, miauczenie kota, który przychodzi na żebry i szczekanie psów, broniących swoich terytoriów, a i wentylator, bo jest turbo gorąco. Zdecydowanie brak pełni sezonu ma swój plus.

Jedną z atrakcji Kerali są tzw. backwaters czyli rozlewiska. To ponad 900 km dróg wodnych, które ciągną się wzdłuż tego stanu. Pięć jezior zasilanych ponad trzydziestoma rzekami i niezliczoną ilością kanałów, a na nich niezliczone ilości łodzi, tych mniejszych, większych, mieszkalnych, prywatnych, państwowych. Wszystkie one oferują wycieczki turystom - godzinne, trzy, pięcio, ile kto chce. Od 700 rupii za godzinę (30 pln) do kilku tysięcy - paru stówek. W zależności od rodzaju łódki, wygód itd. Ale można też za 56 rupii za dwie osoby (2,30 pln) popłynąć łodzią do miasta obok czyli Kottayam i zamiast setek zapłacić grosze i przez 2,5 godziny podziwiać piękno prywatnego raju Boga. Bo tak o Kerali mówią jego mieszkańcy.
Z naszej wioski najpierw musieliśmy dostać się do oddalonego o 14 km Allepy. Przystanek mamy prawie za rogiem, bo pod kościołem. Niebieski państwowy autobus za 46 rupii w skocznych rytmach bollywood i z uśmiechniętym cały czas zagadującym nas panem bileterem w 40 minut dowiózł nas na stację autobusową w Allepy. Stąd 10 minutowym spacerkiem dotarliśmy nad przystań. Łódka do Kottayam już czekała. Po jakiś 10 minutach pojawiło się 4 panów w mundurach, którzy okazali się załogą i ruszyliśmy.
Początkowo kanał którym płynęliśmy był wąski, a po prawej i lewej mijaliśmy domy mieszkalne, a wraz z nimi toczące się życie. Pranie, sprzątanie, drobne roboty, łowienie ryb. Do tego niesamowita zieleń, palmy kokosowe, całe ptasie gangi. Ślicznie. Z czasem wpłynęliśmy na szersze wody, a wokół była tylko natura. Co jakiś czas łódka zatrzymywała się na małych przystaniach, a to ktoś wsiadał, wysiadał. Za rozlewiskami widać było pola ryżowe. Siedzieliśmy jak zahipnotyzowani. Nie dziwię się, że mieszkańcy widzą w tym rejonie rękę Boga, czy jak też słyszeliśmy raj Boga. “Bardzo tu bezpiecznie i spokojnie” - tak uzasadnił to określenie spotkany jednego dnia na przystanku kierowca tuk tuka, mieszkający nieopodal.
Z Kottayam do Allepy wróciliśmy autobusem za 128 rupii - 5,30. Czyli cała wyprawa kosztowała nas 276 rupii - 11,40 zł. Jesteśmy beznadziejnymi turystami. 🙈

Dwa dni temu było Święto Zmarłych, które także tutaj jest obchodzone. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy wysiedliśmy z autobusu pod kościołem, a tam istne Las Vegas. Pełno światełek migających i zmieniających kolory. Kościół wyglądał jak choinka, cały mienił się i migał różnymi kolorami, nie inaczej kapliczka zaraz po drugiej stronie ulicy i znajdujący się tuż obok cmentarz. Wzdłuż muru i wejścia paliły się lampeczki, a na cmentarzu był tłum odwiedzających. Groby zostały ozdobione girlandami z żółtych i pomarańczowych kwiatów, paliły się też świeczki i kadzidełka. Pięknie to wyglądało. Ciekawostką jest też to, że dopiero w Święto Zmarłych widzieliśmy w Kościele księdza, wcześniej msza święta leciała odtwarzana z głośników!

Fajna ta Kerala, ale jakoś mało mi tu indyjsko, trochę nudno - nie żebym nie umiała się nudzić, idzie mi całkiem nieźle i doceniam czas jaki mam na poranną praktykę jogi, niespieszne ogarnianie się i odpoczynek, ale czas przyśpieszyć i jechać dalej.
Dziś o 21 wsiadamy w Allepy w nocny autobus do Mysore. Mojego raju jogowego 🧘‍♀️🧘🧘‍♂️

Adres

Słupsk
Pomorskie

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Azja - subiektywne dzienniki z podróży umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij