07/11/2025
Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.
Nasza gospodyni pozwoliła nam wymeldować się później, przez co po 15:00 wyszliśmy z naszego domku w ogrodzie przy plaży, a nie o 11:00 jak powinniśmy zgodnie z regulaminem. Niestety nie było Jej w domu, zatem nie mamy pożegnalnego foto.
Złapaliśmy autobus do Alleppey, zjedliśmy obiadokolację i już dwie godziny przed czasem byliśmy na dworcu. Było już ciemno, ale sam dworzec, mimo że straszy starością, nawet był znośny. Dość zorganizowany, pozamiatany, nie było żebraków, bezdomnych psów. Dało się żyć. Tyle, że już ciemno.
Nie lubię chodzić w Indiach jak jest ciemno. Głównie dlatego, że ulice są mało oświetlone, jest dużo psów i ogólnie orientacja w terenie spada. W Marari, gdzie mieszkaliśmy przy plaży, po 18:00, po zachodzie słońca robiło się totalnie czarno. Bez latarki nie ma szans, aby się poruszać. Nic nie widzisz. NIC. Dlatego kiedy wybiła 20:30, a naszego autobusu nie było, a potem 20:45, 21:00, 21:30 zaczęłam zastanawiać się jaki scenariusz nas czeka....
Station Master - jak głosił napis na plakietce - czyli szef dworca z charakterystycznym indyjskim wąsem, przez cały czas bardzo zajęty i średnio chętny do pomocy, w tych okolicznościach wyszedł nawet ze swojego biura i w obstawie dwóch kolegów zaczął szukać sposobu, aby namierzyć nasz autobus. Alleluja! Przed 22:00 podjechał dwupiętrowy bardzo ładny i nowoczesny autokar. Miejsca były nadzwyczaj wygodne, fotele rozkładane do pozycji prawie leżącej, a nad nimi - na piętrze - łóżka. Chłopak z obsługi nawet zaoferował nam zmianę miejsc na leżące, ale odmówiliśmy. Kiedy ruszyliśmy okazało się to być dobrą decyzją, bo kierowca nasz okazał się być niespełnionym rajdowcem.
Do Mysore dotarliśmy około 10:00 rano.
Mieszkamy w dzielnicy Gokulam, która jest taką małą planetą ashtanga jogi. Znajduje się tu przede wszystkim shala - bo tak w Indiach nazywa się studia do jogi - K. Pattabhi Joisa, mekka dla wszystkich ashtangowców. Istna świątynia, miejsce niemalże święte. Nie ukrywam zatem wzruszenia jakie mnie dopadło i niepojęta radość z samego faktu bycia tuż obok. Poza tym jest tu dużo szkół jogi, medytacji, ajurwedyjskich sklepów, masaży, knajpek zrobionych w stylu zachodnim, kawiarni i białych turystów chodzących z matami, a to w jedną, a to w drugą stronę.
Dzielnica ta jest bardzo ładna, willowa, zielona, pod oknem mamy park, gdzie obserwujemy jak po ścieżce w koło parku codziennie kilometry przemierzają nasi sąsiedzi, a analogicznie za nimi całe gangi psów. Pod płotem i na uliczkach między domami pasą się krowy, jest tu dość spokojnie i tak domowo.
Dom nasz ma 4 pokoje, każdy z łazienką, ogólnie dostępną kuchnię, mini salon, taras, i najważniejsze co ludzkość wynalazła czyli pralkę! Poza nami mieszka tu chłopak z Francji, który przyjechał uczyć się masażu i raz widzieliśmy parkę Indusów. Poza tym czujemy się jakbyśmy mieli ten dom na wyłączność. Właściciele mieszkają w domu obok. Doskonale!
Od centrum dzieli nas jakieś 6 km, ale w aplikacji Uber tuk tuki są tak tanie, że aż płacimy ich kierowcom więcej, bo nam głupio tyle co aplikacja pokazuje - że poruszamy się w zasadzie tylko nimi. Średnio od 30 do 70 rupii czyli 1,5 - 3 zł.
Samo miasto jest dość zielone, dużo tu starych drzew, kolonialnych budynków, są kościoły, świątynie hinduistyczne, meczety, jest piękny i wypasiony pałac z końca XIX i początku XX wieku, w którym spędziliśmy trochę czasu. Zbudowany w stylu indo-saraceńskim z elementami hinduskimi, islamskimi, radżpuckimi i gotyckimi prezentuje się naprawdę zacnie. Wstęp dla nas 1000 rupii od osoby - 42 zł. W środku podziwiać można piękne wnętrza zdobione rzeźbionymi sufitami, witraże, pozłacane filary, rzeźbione drzwi, złoty tron, obrazy i inne elementy z tamtego okresu.
Byliśmy też w muzeum kolei. Fajnie zorganizowana przestrzeń na zewnątrz ze starymi lokomotywami, wagonami, muzeum, gdzie są stare kolejowe eksponaty, znaczki pocztowe z koleją itp. W cenie biletu można się też przejechać ciuchcią w koło muzeum, czego oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić.
Zwiedziliśmy też ryneczki - to jest coś co Indie mają super zorganizowane. Ogromne tereny podzielone tematycznie na chyba wszystkie możliwe działy. Od kwiatów, gdzie zapach powalał z nóg, przez owoce i warzywa, gdzie kolory mieniły nam się w oczach, przyprawy, kadzidła, noże, garnki, ubrania itd. Na rynkach można spędzać całe dnie, klimat tu jest niesamowity.