17/07/2026
🚛 Nie pamiętam swojej pierwszej zabawki. Pamiętam za to pierwsze ciężarówki.
Ojciec był kierowcą międzynarodowym. Kiedy tylko była taka możliwość, zabierał mnie ze sobą w trasę. To były czasy, kiedy po polskich drogach królowały Jelcze, Stary i LIAZ-y. A LIAZ... wtedy wydawał się już czymś lepszym. Czymś nowocześniejszym.
Najbardziej lubiłem postoje. Dla większości dzieci parking przy autostradzie był po prostu parkingiem. Dla mnie był największym salonem motoryzacyjnym na świecie. Godzinami chodziłem między ciężarówkami. Zaglądałem do środka, oglądałem felgi, zbiorniki, spojlery, kabiny. Każda z nich była inna, wyjątkowa. Każda miała swoją historię.
MAN F90. MAN F2000. Mercedes SK. Scania Serii 3. Volvo F12. Volvo FH12. Renault Major. Renault Magnum. DAF 95. Iveco EuroStar. EuroTech.
Dzisiaj to dla wielu tylko nazwy modeli. Dla mnie to kawał dzieciństwa. ❤️
To były czasy, kiedy kierowca zachodniej ciężarówki był kimś. Dostanie MAN-a, Scanii, Mercedesa czy Volvo było wyróżnieniem. Spełnieniem marzeń. Nie każdy miał możliwość usiąść za kierownicą zachodniego ciągnika.
Na parkingach i w przydrożnych barach każdy wiedział, kto czym przyjechał. Po wspólnym obiedzie nie wracało się od razu do kabiny. Szło się oglądać samochody. Zaglądało się do środka, porównywało wyposażenie, rozmawiało o silnikach, skrzyniach biegów, awaryjności, spalaniu i przygodach z trasy.
📵 Nie było smartfonów. Nie było Internetu. Nie było nawigacji. Był kierowca, jego ciężarówka, droga i paczka tarczek do tachografu, bo przecież tysiąc kilometrów dziennie nikogo specjalnie nie dziwiło. To nie był tylko zawód. To był styl życia.
Nie było YouTube'a ani forów internetowych. Wiedzę zdobywało się od kierowców. Dlatego wypytywałem tatę o wszystko.
Dlaczego ten ma zabudowy międzyosiowe? Dlaczego ten ma dwa zbiorniki? Czym różni się ta skrzynia od tamtej? Dlaczego jedni wolą MAN-a, a inni Scanię? Który silnik jest lepszy? Którym chciałbyś jeździć? Co jest wygodniejsze? A w przyszłości jakie mam kupić do swojej firmy?
Na ostatnie pytanie odpowiadał z uśmiechem na twarzy. Może trochę z niedowierzaniem, może z przymrużeniem oka, ale chyba gdzieś w głębi wiedział, że to nie są tylko marzenia małego chłopca. Wiedział, że to jest plan, który kiedyś zamienię w rzeczywistość.
Mógł opowiadać godzinami, a ja chłonąłem każde słowo. Był jeden samochód, o którym mówił zawsze z wyjątkowym błyskiem w oku.
Scania Serii 3 Streamline.
Ta z aerodynamiczną kabiną i pełnymi drzwiami zakrywającymi schodki. Dzisiaj może brzmi to śmiesznie, ale wtedy właśnie takie detale robiły ogromne wrażenie. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek miał okazję pojechać nią w trasę. Pamiętam za to, jak bardzo chciał.
Każda historia ma swój początek.
Jego przygoda z zachodnimi ciężarówkami miała swój początek od Iveco. Choć wcześniej miał już doświadczenie z innymi markami, to właśnie Iveco było pierwszą zachodnią ciężarówką, z którą został na dłużej. To był początek kolejnego etapu jego zawodowej drogi i poznawania świata ciężkiego transportu z zupełnie innej perspektywy.
Najpierw była krótka przygoda z EuroTechem 420. Jak dziś pamiętam, jak chwalił skrzynię Eaton Fuller. Mówił, że jest wyjątkowa.
😄 Ja z kolei przez cały dzień patrzyłem, ile razy trzeba przełączyć zakres, zmienić połówkę, ile razy usłyszeć charakterystyczne „psst...”, „cssss...”.
Po całym dniu byłem przekonany, że skoro tata potrafi obsługiwać taką skrzynię, to po jednej trasie będzie też umiał grać na akordeonie…
Później dostał TurboStara, którym jeździł na Rosję. Daleką Rosję. Niestety, tam nigdy mnie nie zabrał. Do dziś nie wiem, czy chciał mnie chronić przed trudami takich tras, czy po prostu uważał, że to nie miejsce dla dziecka.
Za to niedługo później dostał Iveco EuroTech 340. To była już nowsza konstrukcja. Samochód jeździł głównie na Zachód, więc znowu mogłem usiąść na prawym fotelu i oglądać Europę zza przedniej szyby.
Dzisiaj 340 KM kojarzy się raczej z samochodem dystrybucyjnym. Na drogach królują ciągniki mające minimum 450 koni, a 500 staje się standardem. Ale trzydzieści lat temu 420 KM było szczytem marzeń. Natomiast 340 KM spokojnie wystarczało do transportu międzynarodowego i nikt z tego powodu nie ładował mniej.
Do dziś pamiętam transport papieru do Niemiec, który sam pomagałem spinać pasami na naczepie. Ładunek ważył około 24 ton. Pod kabiną do dyspozycji całe 340 koni, a przed nami niemieckie autostrady.
Najbardziej utkwił mi w pamięci podjazd na A7 w okolicach Kassel.
Ciężarówka wspinała się pod górę coraz wolniej. Mała skrzynia. Ojciec jechał już praktycznie pasem awaryjnym, żeby nie blokować ruchu. Wydawało mi się, że symulujemy awarię. Prawa ręka cały czas spoczywała na lewarku, gotowa w każdej chwili wrzucić jeszcze niższy bieg, chociaż już jechaliśmy na pierwszym biegu i został nam tylko... wsteczny.
Siedział mocno pochylony nad kierownicą. Czoło prawie dotykało przedniej szyby. Jakby samo pochylenie do przodu mogło pomóc tej ciężarówce podjechać. Co chwilę zerkał na mnie i pokazywał, żebym też się pochylił.
Bo przecież wtedy będzie nam wszystkim łatwiej.
Oczywiście robiłem dokładnie to samo.
😄 Byłem święcie przekonany, że jeśli obaj pochylimy się do przodu, to pojedziemy szybciej.
20 km/h w połowie wzniesienia. I ten obraz mam przed oczami do dzisiaj. Spojrzałem w lusterko i zobaczyłem coś, czego wcześniej nie czułem – za nami został cały sznur ciężarówek, którego końca nie widziałem. Zakaz wyprzedzania, my z pełnym ładunkiem, silnik pracujący na granicy możliwości i wskazówka prędkościomierza zatrzymana na 20 km/h. A za nami korek jak na granicy w Świecku, jeszcze z czasów, kiedy Polska nie była w Unii Europejskiej.
Dopiero kiedy skończył się zakaz i kierowcy zaczęli nas wyprzedzać, zobaczyłem, jak bardzo byli „wdzięczni” za tę wspólną podróż pod górę. Pozdrawiali nas serdecznie, z czym to „serdecznie” to ładnie powiedziane. 😉
Dzisiaj wiem, że fizyki nie da się oszukać. Ale wtedy naprawdę wierzyłem, że pomagam tej ciężarówce zdobyć ten podjazd.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię wracać do tamtych czasów. Za prostotę. Za ludzi. Za emocje. Za pasję.
Bo wtedy kierowca nie był tylko pracownikiem. On tym żył, wracał do domu, ale już myślał o kolejnej trasie. Był bohaterem swojego szefa, bo za każdym razem, kiedy wracaliśmy na bazę, szef był pełen podziwu, że dał radę.
Kilka dni temu zobaczyłem zdjęcie MAN-a F90 w charakterystycznym biało-żółtym malowaniu. Zatrzymałem się. Patrzyłem na nie dobrą chwilę i uświadomiłem sobie coś, czego wcześniej nigdy nie zauważyłem.
Przecież nasze ciągniki MOVALOT mają bardzo podobne barwy. 💛
Nie planowałem tego. To chyba wspomnienia z dzieciństwa siedziały gdzieś głęboko w głowie i po prostu po latach same znalazły drogę na nasze samochody.
Ale ilekroć patrzę na nasze biało-żółte MAN-y...
..widzę małego chłopca, który biegał po parkingach w Niemczech, z zadartą głową patrzył na ciężarówki i marzył, że kiedyś będzie częścią tego świata.
I chyba właśnie dlatego ten świat do dziś mnie fascynuje.
Bo niektóre marzenia z dzieciństwa nigdy nie odchodzą. One po prostu... jadą z nami przez całe życie. 🚛💛