05/10/2026
NA STALOWYCH RUMAKACH DO SŁAWY– 103 km przygody! Pałac, ruiny, historia, mączysty piach i… wietnamski POWER! 😂
Wczorajsza pogoda aż prosiła się o dłuższą wyprawę rowerową, a że od pewnego czasu chodziła nam po głowie Sława, decyzja mogła być tylko jedna. 😄
O 9:30 wraz z żoną Dorota Mikolajczyk spotkaliśmy się z Jerzy Sawa w Święciechowie i trzy stalowe rumaki ruszyły w drogę. Cel był znany – Sława. Ale o wszystkich atrakcjach po drodze wiedziałem tylko ja.😂
Pierwszą niespodzianką było Wincentowo i zabytkowa kapliczka braci Senfft, położona na trasie Wielkopolskiej Drogi św. Jakuba – Camino de Santiago.
Dalej ruszyliśmy do Osowej Sieni, gdzie już z oddali widać było wieżę przepięknego pałacu. Następnie Lgiń i obowiązkowy postój nad jeziorem. Przecież to miała być wyprawa dla przyjemności, a nie Tour de France. 😂 Tempo rekreacyjne, dużo postojów i pełen spokój.
Później ruszyliśmy trasą oznaczoną „Sława Rynek”. Oznakowanie świetne, za to nawierzchnia zmieniała się jak w kalejdoskopie – asfalt, bruk, szuter i oczywiście nasz dobry znajomy mączysty piach. 😂 W zasadzie zabrakło tylko błota i mielibyśmy pełen pakiet.
Po drodze trafiliśmy jeszcze nad urokliwe jeziorko w okolicy Nowego Strącza, gdzie zatrzymaliśmy się przy miejscu dla kamperów.
Kolejną niespodzianką był Przybyszów i ruiny dworu Rechenbergów z końca XVI wieku. Mimo upływu setek lat nadal można dostrzec na nim dawne zdobienia, herby i napisy.
Ale w Przybyszowie odwiedziliśmy również miejsce, przy którym humor się kończy.
Znajdowała się tam filia niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen – Schlesiersee I (Folwark Bänisch), utworzona w październiku 1944 roku. Trafiło tam około 2000 żydowskich kobiet deportowanych z Auschwitz. W styczniu 1945 roku, wobec zbliżającego się frontu, rozpoczęła się ewakuacja. Więźniarki pędzono pieszo w głąb Niemiec w tragicznym Marszu Śmierci. Spośród tysięcy kobiet tylko część przeżyła.
Staliśmy tam przez dłuższą chwilę w ciszy. Szkoda, że miejsce o tak tragicznej historii jest tak łatwe do przeoczenia i praktycznie nie prowadzi do niego żadna informacja na trasie rowerowej.
Po chwili zadumy ruszyliśmy już do Sławy, gdzie czekali na nas córka Klaudia Mikołajczyk z zięciem Oliwer Błaszak .
A po tylu kilometrach przyszedł czas na niezwykle ważny punkt wyprawy – obiad! 😂
Trafiliśmy do Ho No Tu Asian Food i muszę przyznać, że byliśmy tam pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. Jedzenie świeże, porcje naprawdę duże, niedrogie i efektownie podane na gorących żeliwnych talerzach. Danie trafia na stół i jeszcze skwierczy, jakby kucharz właśnie przed sekundą zdjął je z ognia. 🔥
Za nasze dania płaciliśmy po 31 zł. Mimo ogromnego ruchu właściciel znalazł czas, żeby z nami porozmawiać, a nawet postawił nam dwie karafki wody.
Na koniec spróbowaliśmy specjalnej wietnamskiej kawy. Właściciel powiedział:
„Po niej dostaniecie powera do dalszej jazdy!” 😂
I muszę przyznać – power był!
Na koniec zaprosił nas jeszcze do kuchni, przedstawił młodego szefa kuchni i mogliśmy zobaczyć, jak siedmioosobowa wietnamska ekipa uwija się przy przygotowywaniu kolejnych dań. Jeśli będziecie w Sławie, warto tam zajrzeć. My już wiemy, gdzie zjemy następnym razem. 😄
W końcu trzeba było ruszyć do domu. Oczywiście nie tą samą drogą, bo przecież byłoby za prosto. 😂 Powrót obraliśmy przez Wijewo i Włoszakowice.
Wietnamska kawa najwyraźniej naprawdę zrobiła swoje, bo kilometry zaczęły wpadać jeden za drugim.
90 km… 95 km… 100 km…
A ostatecznie na liczniku pojawiły się 103 km! 💯
Czyli miała być spokojna, rekreacyjna wyprawa do Sławy z dużą liczbą postojów, a zupełnie przypadkiem zrobiliśmy kolejną setkę. 😂
Co więcej, wydarzyła się rzecz niemal historyczna – po 103 km dotarliśmy do domu jeszcze przed zmrokiem! 😂 Czyli jednak potrafimy!
Było wszystko, co lubimy – piękne miejsca, jeziora, trochę historii, różne nawierzchnie, dobry obiad, dużo rozmów i przede wszystkim świetnie spędzony wspólnie dzień.
Dziękuję mojej wspaniałej ekipie – żonie i Jurkowi – za wspólnie przejechane kilometry, rozmowy, śmiech i świetne towarzystwo. ❤️
Mam tylko nadzieję, że moje kolejne „niespodzianki” po drodze i 103 km w nogach nie zniechęciły Was do następnych wypraw. 😂
Bo chyba już wiecie, że jeśli mówię:
„Jedziemy spokojnie i rekreacyjnie” – to najwyraźniej oznacza minimum 100 km.
🚴♂️ Do zobaczenia na trasie!
Ośrodek Sportu i RekreacjiAktywne MiastaLeszno - Rowerowa Stolica PolskiOrganizacja Turystyczna Leszno - RegionRowerowe PrzygodyRowerzysta-Podróżnik - biuro turystyki rowerowejŁączy nas rowerSkazani na RowerOddział PTTK w KościanieDynamo WilkowiceRoweroweLoveRowerem w oko cyklonuRoweromaniacy PLWyprawy rowerowe z sakwami