1000krokow.pl

1000krokow.pl Podróże, zwiedzanie, wypoczynek... czyli subiektywnie o odkrywaniu świata… 🌎 Zobacz z nami świat.

Brazylia 🇧🇷12 godzin w Amazonii: dżungla, która uczy pokoryZ samego rana jedziemy do portu i wsiadamy do łódki. Wypływam...
01/12/2025

Brazylia 🇧🇷
12 godzin w Amazonii: dżungla, która uczy pokory

Z samego rana jedziemy do portu i wsiadamy do łódki. Wypływamy na Rio Negro. Ta rzeka zdobywa serce od pierwszej sekundy. Jest czarna jak atrament, ale jednocześnie czysta jak szkło. Nie ma komarów, bo jej kwaśna woda je odstrasza. Nie miesza się z Amazonką, jakby obie rzeki pochodziły z dwóch różnych światów. To tutaj żyją różowe delfiny, tu odbija się niebo, a o zachodzie słońca cała rzeka zamienia się w lustro światła. To też najdłuższy dopływ Amazonki. Jej kolor nie pochodzi od błota ani zanieczyszczeń. Jego przyczyną są garbniki (naturalne barwniki pochodzące z lasów), materia organiczna oraz rozkładające się liście i korzenie, które barwią wodę tak, jak liście herbaty barwią wodę w kubku.

Przecinamy Rio Negro i docieramy do jednego z wielu domów na palach. Tak się tu żyje. Wzdłuż Rio Negro domy nie stoją na ziemi. Stoją na palach, jakby były zawieszone między wodą a powietrzem. Poziom rzeki potrafi tu wzrosnąć o kilkanaście metrów, zalewając lasy i całe brzegi. Dom wyniesiony wysoko jest bezpieczny – nie wchodzi do niego woda, węże ani wilgoć. Można do niego dopłynąć łodzią, a kiedy rzeka opada, zostaje kilkumetrowa drewniana konstrukcja, która wygląda jak most na suchym lądzie. To nie kaprys architektury, tylko mądrość Amazonii.

Patrzę, na ciemne wody rzeki i zastanawiałam się, czym to miejsce różni się od wielu jakie dotychczas widziałam... Otaczające mnie domy na palach i panująca dookoła cisza sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem swojego życia... bo wyjątkowo głośno słychać tu własne myśli. Wsiadamy do kolejnej łódki, która bardziej przypomina kajak i płyniemy na treking po amazońskiej dżungli.

Szczerze, to zanim moja stopa tam stanęła zastanawiałam się po co mi to? Moje zamiłowanie do chodzenia po lesie jest takie jak do fizyki kwantowej. No ale jest za późno… zabieram butelkę wody i ruszam… początkowo jestem zawiedziona. Dżungla przypomina nasz nowohucki zagajnik za blokiem, który umiłowali sobie menele. Małe i drobne drzewka, które bardziej przypominają krzaki. Dziwne jest tylko to, że chodzi się jak po materacu… czuję jak ziemia się podemną ugina. Przewodnik opowiada jak rok w rok ten teren zalewany jest przez wody Rio Negro. I wszystko jasne… Ruszamy w głąb lasu. Co chwilę zatrzymujemy się i słuchamy o roślinach…

Przewodnik pokazuje nam Akai, które znam tylko jako super food z półek sklepowych, fogo, które tu używa się na skaleczenia i ukąszenia, drzewo mentolowe, którego gałązki pachną jak maść Vick, guaranę, której ziarna pobudzają bardziej niż kawa... Patrzę na drzewo mahoniowe… złoto Amazonki. Drzewo, na którym budowano fortuny. Jego drewno trafiało do Europy, by ozdabiać salony. Dziś te giganty są tak rzadkie, że w dżungli spotyka się je prawie jak tropikalne duchy – milczące, imponujące, ukryte wysoko między koronami innych drzew. Kiedyś wycinane na potęgę, dziś te naturalnie rosnące są chronione. Rośnie tu też pau ferro (iron tree), czyli żelazne drzewo… tak twarde, że po uderzeniu wydaje dźwięk jak metal, w wodzie tonie, a przy obróbce potrafi stępić narzędzia.

Nic jednak nie robi takiego wrażenia jak… ptasznik amazoński. Widziany nie przez szkło terrarium, lecz kilka kroków obok… siedzi na liściach, małe, włochate i przerażające! To największy pająk Amazonii. Niby jego jad nie jest śmiertelny dla człowieka, ale w przypadku bliższego spotkania z nim raczej bałabym się, że umrę na zawał.

W lasach Amazonii żyje ponad 400 gatunków ssaków (ponad 2,5 miliona gatunków owadów, z czego nie wszystkie są jeszcze odkryte). Setki gatunków gadów, płazów i ptaków… jeżeli jednak człowiek myśli, że będzie jak na Safari to grubo się myli. Poza pająkiem, mrówkami, termitami i komarami resztę mieszkańców lasu mogliśmy co najwyżej usłyszeć… a przepraszam! Kto miał wprawne oko i refleks, mógł zauważyć w konarach drzew małpy.

Wyprawa do dżungli to nie zwyczajny spacer po lesie… wilgotność jest tak duża, że po kilku krokach czuję jak zaczyna się ze mnie lać! Dosłownie! W żadnej saunie nigdy tak się nie pociłam. Woda spływała ze mnie stróżkami, a ja mam wrażenie, że idę w deszczu. Do tego bardzo ciężko się oddycha. Męczy nawet powolne chodzenie po równym. Oddychanie staje się wysiłkiem, czuję jakbym była otoczona gorącą, wilgotną mgłą z niską zawartością tlenu. Lokalni mówią na to „ciężkie powietrze dżungli”, a ja mam wrażenie, że zaraz zemdleje. Ratuje nas… ulewa. Przez pierwsze kilka minut przez gęste korony drzew krople nas nie dosięgają. Chwilę później wszyscy zakładamy peleryny. Deszcz jest jak wybawienie, przynosi ulgę w oddychaniu. Co za paradoks — Amazonia zwana płucami ziemi okazuje się miejscem, w którym trudno jest złapać oddech.

Towarzyszy mi myśl, że to nie jest dobre miejsce dla człowieka, że nas tu po prostu nie powinno być, że jesteśmy jak obcy i wrogowie, których las usilnie chce z siebie wypluć. Amazonia nie jest cicha, to my mamy być cicho, bo nasze rozmowy są słyszane, a dźwięk niesie się niewyobrażalnie daleko. Mam wrażenie, że pękające pod stopami gałęzie słychać jakby ktoś pogłośnił dźwięk w radiu. Co chwilę włażę w jakieś pajęczyny snujące się nad ścieżką, zahaczam o wystające korzenie, ślizgam się na mokrych liściach. Czuję ulgę jak po prawie trzech godzinach wracamy do łódki. Jestem mokra, brudna, niedotleniona i pogryziona, ale mam za sobą jedno z najbardziej emocjonujących przeżyć.

Płyniemy do domu na palach, gdzie mamy chwilę na załadowanie baterii i obiad. Serwują nam przyrządzoną lokalnie rybę — Tambaquii, dla mnie najwspanialszy smak Amazonii. Obiad, mimo że bardzo prosty jest przepyszny. Ponownie pakujemy się do łódki i płyniemy zobaczyć delfiny różowe.

W Amazonii nie ma zwierzęcia bardziej niezwykłego niż różowy delfin, zwany tu boto-cor-de-rosa. To jeden z najbardziej tajemniczych ssaków wodnych świata – żyje wyłącznie w rzekach Amazonki i Rio Negro, a jego obecność stała się częścią folkloru, mitów i amazońskiej codzienności. Ich kolor nie jest stały. Młode są szare, a dopiero dorosłe samce stają się różowe – czasem intensywnie, jak koral. To największe delfiny słodkowodne, dorastają do 2,5 metra i potrafią ważyć 200 kg. Różowe delfiny są znane z tego, że same podpływają do łodzi, badają ludzi i przedmioty.

Wchodzimy do wody Rio Negro. Przy jednym z domów zrobiony jest podest, na którym można stanąć. Woda jest niesamowicie ciepła i… brązowa. Jest tak brązowa, że nic w niej nie widać. W oddali zauważamy wynurzające się z wody delfiny. Są paręnaście metrów od nas. Po chwili czuję, jak coś ociera mi się o nogi… przedziwne uczucie, bo nic nie widzę. Zaraz coś mnie szturcha. Pod powierzchnią pojawia się różowa skóra, ale zaraz znika. I tak co chwilę… delfiny są przyjazne i ciekawe, ale ich zęby wglądają dość groźnie. Jest obok nas przewodnik i zastanawia mnie czy pilnuje on bardziej nas, czy delfinów. Kiedy odpływają stuka ręką w taflę wody aby zachęcić je do powrotu. Przypomina mi się pływanie z delfinami wielorybimi na Filipinach… one też przypływały codziennie o tej samej porze nauczone, że w wodzie pojawi się dodatkowy, darmowy pokarm. Tutaj też w dłoni przewodnika pojawia się ryba. Trochę zgrzyt, bo wiadomo, że darmowe smaczki kuszą. Przypominam sobie jak chwilę wcześniej nasz przewodnik zaniósł do dżungli torbę pełną owoców. Powiedział, że w ten sposób pomagaj zwierzętom przerwać porę, w której jest mnie jedzenia. Czy to dbanie o braci mniejszych, czy człowiek ma w tym interes? Wszakże my też w zimie dajemy ptakom ziarno, a w lasach wystawiamy paśniki. Delfiny jednak średnio zainteresowane są rybami. Po niedługim czasie odpływają, a my z Liwką siadamy na pomoście i patrzymy jak wynurzają się w oddali.

Wracamy do łódki i powoli przemierzamy ciemne wody Rio Negro. Chwilę później każdy dostaje do ręki kij z żyłką zakończoną haczykiem i kawałek ryby. Zaczyna się polowanie na piranie. Piranie nie lubią ciszy więc aby je zwabić, trzeba zrobić trochę szumu. Piranie w Amazonii nie są krwiożerczymi potworami. W większości to płochliwe ryby, które uciekają, zanim człowiek zdąży zanurzyć stopę w wodzie. Mają jednak zęby jak noże chirurgiczne i błyskawiczny refleks – dlatego polowanie na nie staje się jedną z najzabawniejszych i najbardziej zaskakujących atrakcji w dżungli.

Wcale nie jest je łatwo złapać. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie są już nakarmione i mają nas gdzieś. W końcu udaje się złowić pierwszą rybę Wojtkowi, a zaraz potem Liwii. W moim przypadku piranie zjadają tylko mięso z haczyka i znikają, zanim zdążę poczuć szarpnięcie. Siedzę więc tak dobrą godzinę, patrzę jak innym się udaje. Sama czuję sie jakbym znowu dokarmiała dzikie zwierzęta.

Nad wodami Rio Negro zapada zmierzch. Robi się przyjemnie i wreszcie znośnie. Leniwie toczymy się z prądem. Przewodnik wyciąga latarkę i świeci pod zaroślami u brzegu rzeki. Co chwilę widać tam blask oczu — to kajmany.

Noc w Amazonii zaczyna się naprawdę wtedy, gdy na wodzie pojawiają się dwie czerwone iskierki. To oczy kajmana, odbijające światło latarki. Drapieżniki potrafią znikać i pojawiać się tak cicho, że trudno uwierzyć, że patrzy się na zwierzę, które rządzą tutejszymi wodami od tysięcy lat. Kajmany nie przepadają za ludźmi, są płochliwe i nieagresywne. Nie to ich kuzyni mieszkający w Nilu. Nasz przewodnik używając wiosła co rusz podpływa w miejsca, gdzie przed chwilą błyskały oczy. Kajmany jednak nie mają najmniejszej ochoty na kontakt z nami i szybko, a także bezszelestnie znikają, zanim do nich podpłyniemy. Kiedy uświadamiam sobie, że one mogą osiągać 4 metry długości, to zastanawiam się, czy takie podpływanie do nich jest bezpieczne. Po kilku próbach nasz przewodnik odpuszcza. Płyniemy w ciemnościach Rio Negro i uświadamiam sobie, że jest to jedno z ciekawszych doświadczeń w życiu. Jest ciemno, nad głową świeci księżyc, dookoła cisza i ta myśl, że jest się w lesie, który jest wielości Europy. Wracamy na ląd… to koniec naszego spotkania z Amazonią. To było tylko 12 godzin… tylko czy aż? W życiu nie sądziłam, że kiedyś uda mi się zobaczyć to miejsce…

Brazylia 🇧🇷Wodospady Iguaçu — gdzie ziemia kończy się hukiem wody…Na styku Brazylii, Argentyny i Paragwaju, tam, gdzie r...
26/11/2025

Brazylia 🇧🇷

Wodospady Iguaçu — gdzie ziemia kończy się hukiem wody…

Na styku Brazylii, Argentyny i Paragwaju, tam, gdzie rzeka Iguaçu przecina tropikalną dżunglę, natura urządziła jeden z najbardziej spektakularnych pokazów swojej mocy... Wodospady Iguaçu rozlewają się na granicy dwóch krajów – Brazylii i Argentyny – tworząc ogromny półkolisty system kaskad położony w otoczeniu wilgotnych lasów.

Z brazylijskiego Foz do Iguaçu i argentyńskiego Puerto Iguazú do wodospadów jest zaledwie kilkanaście kilometrów. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można rano wypić kawę w Brazylii, a po godzinie stać na kładkach po stronie argentyńskiej, mając przed sobą ścianę wody o mocy żywiołu.

Historia Iguaçu zaczyna się około 150 milionów lat temu, gdy potężne erupcje wulkaniczne pokryły ten region warstwami bazaltu. Przez miliony lat rzeka Iguaçu żłobiła sobie drogę wśród skał. Kluczowy moment przyszedł wtedy, gdy – wskutek ruchów tektonicznych – część terenu gwałtownie się zapadła. Rzeka, zamiast łagodnie płynąć dalej, została zmuszona spaść do powstałej szczeliny. Tak narodziły się Cataratas do Iguaçu – „wielkie wody”.

Iguaçu to nie jest jeden wodospad, lecz system 275 kaskad rozciągnięty na 2,7 km, który geolodzy nazywają największym wodospadowym amfiteatrem świata. I coś w tym jest… oto garść liczb:

- wodospad rozciąga się na długości 2,7 km

— Składa się z 275 kaskad i jest to największy system wodospadów na świecie.

— Wysokość kaskad wynosi od 60 do 82 metrów (jest wyższy niż Niagara, ale niższy od Wodospadów Wiktorii).

- Największa Kaskada to Gardziel Diabła, która ma 150 metrów szerokości i 80 metrów wysokości. Woda spada tu z taką mocą, że rzeka na dole całkowicie przysłonięta jest chmurą wody.

Pierwsze podejście do wodospadów robimy od strony brazylijskiej. To krótsza, bliższa i łatwiejsza trasa. Nie mamy dużo czasu, bo o 14:00 mam egzamin, który muszę napisać zdalnie. Ale jak to zwykle — ruszamy za późno. Do tego GoogleMaps prowadzi jakimiś opłotkami, bo nie widzi głównej drogi, na której jest remont. Za kasami jest duży parking, szybko kupujemy bilety (117 BRL, czyli jakieś 80 PLN) i stajemy w kolejce do autobusu. Jedzie on wzdłuż trasy i na każdym z przystanków można z niego wsiąść (lub wsiąść do niego).

My wysiadamy na przystanku Thrilta das Cataratas i wąską ścieżką ruszamy w stronę wodospadów. Jest przyjemnie, bo idzie się w cieniu, a w punktach gastronomicznych można uzupełnić płyny. Końcowy etap spaceru to wejście na najbardziej znaną kładkę – Passarela do Garganta do Diabo.

Jest masa ludzi (niedziela) i bardzo mokro. Zostaje sama więc mam z tego miejsca tylko jakieś sweet focie. Słońce oślepia więc zdjęcia robię na wyczucie. Ludzi jest tyle, że ciężko się przecisnąć do barierki, a woda tak się rozbryzguje, że po chwili jestem cała mokra. Ten taras wysunięty nad rzekę to niesamowicie fajna sprawa! Stoisz u stóp wodospadu i możesz z tej niecodziennej perspektywy oglądać ten spektakl. Ja wracam cała mokra, reszta ekipy jest za to najedzona, bo zdążyli odwiedzić restaurację. Za niecałą godzinę mam egzamin i już wiem, że nie zdążę na niego do hotelu.

Kiedy docieramy do bramy parku zostaje mi 5 minut do rozpoczęcia testu. Potrzebuje Internetu, trochę ciszy (jak na złość wszędzie gra jakaś muzyka) i spokojnego miejsca, żeby usiąść i włączyć kamerę. Pędzę więc do samochodu, który nagrzany jest jak piekarnik. Nie mam już czasu, aby go odpalić, bo zaczyna się egzamin… Jest tak gorąco, że telefon parzy mnie w dłonie, a ja modlę się, żeby nie wyłączył się z przegrzania. Mało nie dostaje udaru! No ale udaje mi się napisać i co ważniejsze — zdać!

Na następny dzień wybieramy się na stronę Argentyńską i to już jest trudniejsze logistycznie. Przez granicę można tylko przejechać, a my nie mamy dokumentów i zgody na przekroczenie granicy samochodem z wypożyczalni. Zgodnie ze wskazówkami postanawiamy zostawić go po stronie Brazylijskiej i przejechać do Argentyny autobusem. Pierwszy problem to brak parkingu przy granicy. Kiedyś chyba był, ale jest remont i wszystko jest rozkopane. Pod samym budynkiem przejścia granicznego znajdujemy mały parking… Przez chwilę przyglądam się innym i zauważam, że każdy, kto tu parkuje, odjeżdża zaraz po załatwieniu formalności... ale cóż! Może nikt nie zauważy stojącego przez cały dzień małego Fiacika. Niestety zauważają… po powrocie za wycieraczką mamy wielki nakaz zapłaty na kwotę około 2000 PLN!

Ale jeszcze nieświadomi opuszczamy Brazylię i stajemy na przystanku autobusowym. Bez większych problemów przejeżdżamy przez argentyńską granicę (po drugiej stronie mostu) i wracamy do autobusu. Tak, tu miejscowe autobusy czekają aż pasażerowie przejdą kontrolę. Po stronie argentyńskiej kierowca wyrzuca nas na rozwidleniu dróg więc uznajemy, że trzeba złapać autobus do samych wodospadów. Kończy się na taksówce, która za 10 USD zawozi nas pod kasy. Po stronie Argentyńskiej bilety kosztują 45000 ARS, czyli jakieś 116 PLN.

Po tej stronie granicy zwiedzanie wodospadów wygląda podobnie tyle, że zamiast autobusów, dowozi nas pociąg z wagonikami. Też można wsiadać i wysiadać gdzie się chce. My jak zwykle jedziemy do końca… zależy mi na tym, aby zobaczyć Diabelską Gardziel od wewnątrz. Metalowymi kładkami idziemy ponad kilometr wgłąb rzeki, aż do momentu, kiedy jej gładka i spokojna toń znika w przepaści.

A teraz sobie wyobraź...

Wchodzisz na ostatni fragment kładki i… cały świat znika w bieli. Mgła unosi się jak para z ogromnego kotła, osiada na rzęsach, na ubraniu, na skórze. Woda spada tu z prawie 80 metrów, z siłą, która sprawia, że barierki drżą, a rozmowy stają się niemożliwe. Tęcze pojawiają się i gasną w ułamku sekundy... patrzysz na jeden z siedmiu przyrodniczych cudów świata...

Niestety radość z rozkoszowania się tym miejscem ginie w tłumie przepychających się osób. Może dobrze, że niewiele słychać, bo pewnie w powietrzu wisiałoby kilka słów powszechnie uważanych za wulgarne. Mimo to jest pięknie… monumentalnie. Po raz kolejny natura pokazuje swoje piękno.

To nie jest zwykły punkt widokowy. To serce Gardzieli Diabła — miejsce, gdzie czujesz, że stoisz na granicy dwóch światów: ludzkiego i tego, w którym rządzi tylko żywioł. Jest pięknie, głośno i mokro…

A potem wchodzimy w świat motyli… jest ich tu pełno. Latają dookoła jakby nie bały się ludzi. Liwia jest zachwycona. Poi motyle wodą, wsiada z nimi do pociągu. One odlatują i wracają… niektóre są wielkości dłoni.

Wracamy pociągiem w stronę miasta. Tu jest wiele więcej tras. Można zejść pod wodospad, pływać łódką, spacerować kładkami między kolejnymi kaskadami. Liwia jednak chce iść na basen. Boi się pływania pod wodospadami. Postanawiamy więc wracać — autobusem do miasta, potem kolejnym przez granicę. Przechodzimy kontrolę paszportową po stronie Argentyńskiej, ale przez granicę Brazylii autobus przejeżdża bez zatrzymania... I w tej chwili orientujemy się, że mamy pieczątki wyjazdowe z Brazylii, ale nie mamy wbitego wjazdu… zatrzymujemy więc kierowcę i… wracamy na granicę. Pierwszy raz w życiu wracam na przejście graniczne będąc już w kraju docelowym aby prosić o pieczątkę wjazdową.
No, a potem znajdujemy ten mandat... już nie wiem, czy mam śmiać się, czy płakać. Na szczęście udaje nam się zamienić go na pouczenie.

I tak oto kończy się nasza przygoda z wodospadami Iguazu... ja mam niedosyt. Brakło mi jeszcze spaceru, powolnego delektowania się tym miejscem... i trochę tej łódki, ale może uda się następnym razem...

🇧🇷 Salvador — serce BrazyliiDzień 4 i 5 naszej podróży… Kiedy czytałam, że będąc w Brazylii, trzeba koniecznie odwiedzić...
23/11/2025

🇧🇷 Salvador — serce Brazylii
Dzień 4 i 5 naszej podróży…

Kiedy czytałam, że będąc w Brazylii, trzeba koniecznie odwiedzić Salvador, nie rozumiałam co tak wyjątkowego ma w sobie to miasto. Szybko przekonałam się, że to jednak prawda i podpisuję się pod nią obiema rękami… Może i Rio to wizytówka tego kraju, ale prawdziwa jego dusza to właśnie Salvador... To miejsce, w którym Brazylia zaczęła oddychać. Pierwsza stolica kraju, port słynący z kolonialnych pałaców i afrykańskiej duchowości, miasto, które od pół tysiąca lat nie zwalnia tempa. Przesiąknięte muzyką, zapachem dendê (używany w tutejszej kuchni olej palmowy), kolorami Pelourinho i energią, której nie da się z niczym porównać.

Salvador powstał w 1549 roku, gdy Portugalczycy zakładali swoją administrację w Nowym Świecie. Przez ponad 200 lat (do 1763 r.) był stolicą Brazylii, centrum handlu, cukru i niewolnictwa. To tutaj przypływały statki z Afryki, a zderzenie trzech światów – europejskiego, afrykańskiego i rdzennych kultur – stworzyło tożsamość dzisiejszej Bahii. Miasto było też miejscem walk o wolność: powstań niewolników, buntów i ruchów niepodległościowych. Być może dlatego Salvador ma w sobie tę charakterystyczną dumę i pierwotną energię.

Największy skarb Salvadoru to jego kolonialne centrum – Pelourinho. Pastelowe kamienice, barokowe kościoły, bruk i elewacje, które wyglądają, jakby ktoś rozlał na nie farby. Kiedyś, przez prawie trzydzieści lat stał tu pręgierz do karania niewolników. Pelourinho było miejscem egzekucji i kar – dziś symbolicznie zmieniło się w przestrzeń wolności i sztuki. Cała dzielnica znajduje się na liście UNESCO co nieco zmusiło państwo do zainwestowania w tę część miasta. Odnowiono więc fasady kamienic, otwarto sklepy i restauracje. Jest tu w miarę bezpiecznie zapewne dlatego, że na każdym rogu widać tu policję.

Salvador w czasach swojej świetności musiał być przepiękny. Pełen ociekających złotem kościołów (ponoć jest ich w mieście aż 365), pałaców portugalskiej szlachty, starych latarni, fortów i malowniczych zaułków. Dziś niestety odnosi się wrażenie jakby chwilę temu zakończyła się tu wojna… budynki — zwłaszcza poza ścisłym centrum są bardzo zniszczone, często to ruiny. Ma się wrażenie jakby miasto umierało… szkoda, bo jego potencjał jest ogromny, a piękne miejsca można znaleźć także poza centrum.

Spędziliśmy tu tylko dwa dni. Zamieszkaliśmy w jednej ze starych, kolorowych kamienic. Pogoda nas nie rozpieszczała bowiem cały ten czas padał deszcz. Za to od pierwszego momentu miasto rozpieszczało nas… muzyką. Jeszcze zanim otworzyłam oczy dźwięk bębnów odbijał się od ścian kamienic… a później cały dzień podążał za człowiekiem. Wszakże to tu odbywa się największy karnawał na świecie i stąd wywodzi się samba — reggae i słynny bębniarski zespół Olodum.

Salvador zapada w pamięć kolorami — niesamowite odcienie kamienic, barwne stroje kobiet, wstążeczki powiewające na wietrze i smakami: tu kuchnia ma zdecydowanie inny wymiar. Smak Moqueca Baiana zostanie ze mną na dłużej… to jedno z najbardziej znanych dań Brazylii – ale to wersja z Bahii jest tą „oryginalną” i najbardziej aromatyczną. To gulasz z ryby lub owoców morza, na mleku kokosowym, oleju dendê, z cebulą, papryką, kolendrą i pomidorami. Smak — nieziemski!

I pomimo tego, że nie ma tu gdzie zaparkować, ktoś obił nam wypożyczony samochód, a Wojtas kierując się odruchem serca został naciągnięty na cztery porcje jedzenia dla bezdomnego i jego rodziny to nadal każdemu, kto będzie się wybierał do Brazylii będę powtarzać - jeżeli chcesz poczuć ten kraj i jego kulturę to jedź do Salvadoru. To tutaj bije serce Brazylii.

Standardowo dla tych co nie lubią czytać lub nie mają na to czasu wrzucam galerię zdjęć. Dźwięk bębnów można usłyszeć klikając w relacje… miłego oglądania…

Brazylia w teledysku…Kto pamięta słynny kawałek Michaela Jacksona? Wiecie, że został w połowie nagrany w fawelach Rio? D...
22/11/2025

Brazylia w teledysku…
Kto pamięta słynny kawałek Michaela Jacksona?
Wiecie, że został w połowie nagrany w fawelach Rio? Druga jego część powstała w brazylijskim mieście Salvador! Do tego bębniarze, którzy występują w teledysku to słynny zespół Olodum! Często to właśnie oni otwierają karnawał w Rio.
O fawelach już było… następny post będzie o Salwadorze. A my lecimy właśnie zobaczyć wodospady Iguazu…

Official Video for "They Don't Care About Us" by Michael JacksonListen to more of your favorites by Michael Jackson: https://MichaelJackson.lnk.to/_listenYDS...

🇧🇷 Brazylia dzień 3 Favele Rio – miasto, które żyje na zboczach.Rio de Janeiro to miasto składające się z dwóch części —...
20/11/2025

🇧🇷 Brazylia dzień 3

Favele Rio – miasto, które żyje na zboczach.

Rio de Janeiro to miasto składające się z dwóch części — eleganckiej i nowoczesnej oraz tej ciemniejszej, niepokojącej, przestępczej… to świat rządzący się własnymi prawami, nazywany przez Brazylijczyków „favelas”.

Fawele - poza posągiem Jezusa Chrystusa i Głową Cukru, to trzecie słowo kojarzone z Rio. Prawie każdy słyszał o fawelach — brazylijskich slumsach, w których rządzi mafia i do których lepiej się nie zapuszczać. Dzielnicach biedoty, skrajnego ubóstwa, walki o swoje prawa i godne życie. Fawele to jednak kawał historii Rio i to tej prawdziwej, ludzkiej, z obliczami cierpienia, biedy i walki o lepsze jutro.

Pierwsza fawela powstała w listopadzie 1897 roku w Rio de Janeiro, na jednym ze wzgórz niedaleko centrum, na którym rosła roślina o nazwie „favela". Założyli ją żołnierze — weterani, którzy powrócili z wojny Canudos. Rząd obiecał im wsparcie, opiekę i domy... jednak okazało się, że to tylko obietnice. Nie mając schronienia ani środków do życia założyli improwizowane obozowisko i tak już zostali na tym zboczu...

Kolejne fale mieszkańców przybyły do Rio po zniesieniu niewolnictwa w 1888 roku. W teorii wolni, w praktyce bez niczego. Miasto rosło szybciej, niż ktokolwiek był w stanie je zaplanować. Na dole – marmur, złoto, teatry, eleganckie kawiarnie. Na wzgórzach – drewno, karton i blacha... Domy pnące się po stromych skałach były najpierw chwilowe, a potem – jedyne.

W latach 60. i 70. Rio weszło w czas modernizacji. Burzono stare domy w centrum, poszerzano bulwary, przygotowywano się do przyszłości. Fawele nie pasowały do tej wizji. Wyburzano je masowo, zwłaszcza te znajdujące się „za blisko piękna”: przy Ipanemie, Copacabanie czy centrum miasta. Ludzi przenoszono na nowe osiedla na obrzeżach jak słynne Cidade de Deus („Miasto Boga” znane książki czy filmu o tym samym tytule). Jednakże to były przenosiny bez pracy, bez nadziei, bez planu. Nagle okazywało się, że aby dotrzeć do pracy, niektórzy muszą jechać kilka godzin. Wielu więc wracało. Inni budowali nowe domy. Fawele – zamiast zniknąć – rozmnażały się. Tym bardziej, że nowe osiedla budowali ci, którzy za pracą przybyli do Rio i powiększyli społeczności mieszkańców faweli.

Od lat 80 w fawelach pojawił się nowy element miasta: gangi narkotykowe. Potężne siatki, które rządzą terytoriami, czasem z brutalnością, czasem z pewną formą „opieki”. W niektórych miejscach państwo było tylko gościem. W innych – nie pojawiało się wcale. Przemoc, walki o władzę, strzelaniny – Rio zna ten rytm równie dobrze, jak rytm samby. Wystarczy jeden dzień, aby zrozumieć, dlaczego mieszkańcy wzgórz mówią, że Rio ma dwa światy.

W 2008 roku, gdy Rio przygotowywało się do Mistrzostw Świata i Igrzysk Olimpijskich, rząd próbował odwrócić bieg historii programem „pacyfikacji”. W niektórych fawelach pojawiła się nowa stała policja, UPP. Wybudowano szkoły, otwarto hostele, próbowano ściągnąć turystykę. Ale po igrzyskach budżet stopniał, UPP zaczęły znikać. Wiele faweli wróciło do starych reguł.

Dziś fawele Rio to nie tylko bieda. To mozaika kolorów, kultur, muzyki. To życie, które nie mieści się w prostych słowach typu „trudna dzielnica”. Tu mieszkają nauczyciele, sprzedawcy, taksówkarze, kucharki, artyści. Ludzie, którzy zaczynają dzień wcześniej niż reszta Rio – czasem już o czwartej, schodząc po schodach, które pamiętają więcej historii niż niejeden przewodnik.

Kiedy patrzy się na Rio z punktu widokowego Mirante do Leblon albo z Głowy Cukru, widać to wyraźnie: Rio to miasto dwóch światów splecionych jak palce dłoni. Jedna dłoń trzyma szklaną fasadę apartamentowców. Druga – czerwone dachy, przewody elektryczne jak pajęczyny, dzieci biegające po stromych uliczkach. A między nimi cały czas płynie muzyka. Bo fawele, zanim stały się symbolem nierówności, były symbolem życia, oporu, społeczności. I tym pozostają – nawet jeśli świat widzi w nich tylko filmy akcji i nagłówki o przemocy.

Z jednej strony chcieliśmy poznać to miejsce, z drugiej - pamiętając o zamieszkałych cmentarzach w Manili nie mieliśmy ochoty patrzeć na "ludzkie zoo". Poza tym ja jak zawsze optowałam za zorganizowaną wycieczką z przewodnikiem... niektórzy zaś nie zważając na ostrzeżenia chcieli wyruszyć samemu lub z typem spotkanym w nocy na plaży. Na szczęście wygrała moja opcja i ruszyliśmy zwiedzić największą fawele w Rio - Rocichne. Według różnych źródeł zamieszkuje ją obecnie około 200 tysięcy osób. Na powierzchni nieprzekraczającej kilometra kwadratowego!

Jak wygląda poznawanie faweli? W umówionym miejsce spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem Leandro. Opowiedział krótko co chce nam pokazać i, że najpierw dostaniemy się na górę faweli, a później pieszo będziemy schodzić w dół. No ale jak to na górę? Fawele stoją na prawie pionowym wzniesieniu, a głównym środkiem transportu są tam moto taksówki. Każdy dostał swojego kierowcę i ruszyliśmy w górę…

I nigdy nie przeżyłam czegoś takiego na motocyklu… jazda pod górę, wyprzedzanie na piątego, w sznurze innych motocykli, samochodów i autobusów… omijanie, jazda na czołówkę i to na ostrych zakrętach, strome podjazdy, nawrotki, rozmowy z innymi motocyklistami… Ale gdy mój kierowca wyciągnął telefon i zaczął odpisywać na wiadomości to już mi się słabo zrobiło… nigdy czegoś takiego nie przeżyłam i pewnie nigdy bym się nie odważyła, ale było to coś niczym sceny akcji z filmu sensacyjnego…

A potem zaczęła się opowieść o tym o czym pisałam wyżej… i spacer w dół… W fawelach nie wolno robić zdjęć ani nagrywać, aby nie dokumentować działalności przestępczej, jaką się tam odbywa… Leandro mówił nam, gdzie wolno fotografować, a gdzie kategorycznie trzeba schować telefon.

I było takie miejsce… kazał wszystko schować i trzymać się blisko. Weszliśmy w wąską uliczkę pełną sklepów i straganów… ledwo mijały się dwie osoby… a te które nas mijały były uzbrojone niczym żołnierze i nie była to broń krótka… na jednym z mijanych straganów leżały w woreczkach owoce. Siedzący za stołem mężczyzna porcjował i pakował kolejny towar… a temu było już bliżej do mąki niż papai…

Z jednej strony normalne życie, z drugiej świat przestępczości, lewych interesów, gangów… Tak właśnie jest w fawelach… Dla tych, którzy tam mieszkają to bezpieczna przestrzeń, codzienność… dom. Nasz przewodnik mówi, że nigdzie indziej nie czuje się tak dobrze, jak tutaj i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. A niedogodności? Rząd podciągnął wodę, prąd, jest tam służba zdrowia, szkoły, kościoły… i jasno sprecyzowane zasady. Rządzi mafia i jej struktura jest jasno określona. Zaczyna się od najniższych szczebli… jednak czy jesteś w jej strukturach, czy nie Mafia dba o to, aby w fawelach nie zjawiała się policja, więc jakiekolwiek czyny przestępcze poza fawelą są surowo karane przez rządzących. Każdy ma dbać o to, aby nie ściągać społeczności na głowę problemów. Tak samo jest wewnątrz — wszelkie konflikty rozwiązuje grupa rządząca, to oni są policją i sądem.

Fawele to jedna wielka samowola budowlana. Domy są do siebie przyklejone tworząc niesamowitą mozaikę. Ma się wrażenie, że zaraz się to wszystko zawali. Do niewielkiej ilości budynków da się dojechać samochodem. Do reszty prowadzą wąskie przejścia i schody niczym labirynty. Bez przewodnika nie ma szansy się w nich nie zgubić… mija mnie matka z małym dzieckiem, chłopczyk z plecakiem, starsze kobiety z zakupami… toczą się rozmowy, handel, usługi… miasto w mieście… osobny twór… takich miejsc w Rio jest około 1000! 1000 małych społeczności wykluczonych z „normalnego” funkcjonowania i zepchniętych na margines miasta.

Leandro pokazał nam względnie bezpieczne i przyjazne miejsce, które rządzi się swoimi prawami. Ale czy na pewno? Skąd więc te historie o biedzie, narkotykach, nastoletnich matkach muszących zarabiać na ulicy, codziennych strzelaninach, korupcji i walce o wpływy? Czy to już tylko historia i fawele stają się atrakcją turystyczną, podczas której będziemy oglądać podziurawione kulami ściany i słuchać jak to kiedyś gangi walczyły o wpływy…

Adres

Kraków
30-612

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy 1000krokow.pl umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do 1000krokow.pl:

Udostępnij