01/12/2025
Brazylia 🇧🇷
12 godzin w Amazonii: dżungla, która uczy pokory
Z samego rana jedziemy do portu i wsiadamy do łódki. Wypływamy na Rio Negro. Ta rzeka zdobywa serce od pierwszej sekundy. Jest czarna jak atrament, ale jednocześnie czysta jak szkło. Nie ma komarów, bo jej kwaśna woda je odstrasza. Nie miesza się z Amazonką, jakby obie rzeki pochodziły z dwóch różnych światów. To tutaj żyją różowe delfiny, tu odbija się niebo, a o zachodzie słońca cała rzeka zamienia się w lustro światła. To też najdłuższy dopływ Amazonki. Jej kolor nie pochodzi od błota ani zanieczyszczeń. Jego przyczyną są garbniki (naturalne barwniki pochodzące z lasów), materia organiczna oraz rozkładające się liście i korzenie, które barwią wodę tak, jak liście herbaty barwią wodę w kubku.
Przecinamy Rio Negro i docieramy do jednego z wielu domów na palach. Tak się tu żyje. Wzdłuż Rio Negro domy nie stoją na ziemi. Stoją na palach, jakby były zawieszone między wodą a powietrzem. Poziom rzeki potrafi tu wzrosnąć o kilkanaście metrów, zalewając lasy i całe brzegi. Dom wyniesiony wysoko jest bezpieczny – nie wchodzi do niego woda, węże ani wilgoć. Można do niego dopłynąć łodzią, a kiedy rzeka opada, zostaje kilkumetrowa drewniana konstrukcja, która wygląda jak most na suchym lądzie. To nie kaprys architektury, tylko mądrość Amazonii.
Patrzę, na ciemne wody rzeki i zastanawiałam się, czym to miejsce różni się od wielu jakie dotychczas widziałam... Otaczające mnie domy na palach i panująca dookoła cisza sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem swojego życia... bo wyjątkowo głośno słychać tu własne myśli. Wsiadamy do kolejnej łódki, która bardziej przypomina kajak i płyniemy na treking po amazońskiej dżungli.
Szczerze, to zanim moja stopa tam stanęła zastanawiałam się po co mi to? Moje zamiłowanie do chodzenia po lesie jest takie jak do fizyki kwantowej. No ale jest za późno… zabieram butelkę wody i ruszam… początkowo jestem zawiedziona. Dżungla przypomina nasz nowohucki zagajnik za blokiem, który umiłowali sobie menele. Małe i drobne drzewka, które bardziej przypominają krzaki. Dziwne jest tylko to, że chodzi się jak po materacu… czuję jak ziemia się podemną ugina. Przewodnik opowiada jak rok w rok ten teren zalewany jest przez wody Rio Negro. I wszystko jasne… Ruszamy w głąb lasu. Co chwilę zatrzymujemy się i słuchamy o roślinach…
Przewodnik pokazuje nam Akai, które znam tylko jako super food z półek sklepowych, fogo, które tu używa się na skaleczenia i ukąszenia, drzewo mentolowe, którego gałązki pachną jak maść Vick, guaranę, której ziarna pobudzają bardziej niż kawa... Patrzę na drzewo mahoniowe… złoto Amazonki. Drzewo, na którym budowano fortuny. Jego drewno trafiało do Europy, by ozdabiać salony. Dziś te giganty są tak rzadkie, że w dżungli spotyka się je prawie jak tropikalne duchy – milczące, imponujące, ukryte wysoko między koronami innych drzew. Kiedyś wycinane na potęgę, dziś te naturalnie rosnące są chronione. Rośnie tu też pau ferro (iron tree), czyli żelazne drzewo… tak twarde, że po uderzeniu wydaje dźwięk jak metal, w wodzie tonie, a przy obróbce potrafi stępić narzędzia.
Nic jednak nie robi takiego wrażenia jak… ptasznik amazoński. Widziany nie przez szkło terrarium, lecz kilka kroków obok… siedzi na liściach, małe, włochate i przerażające! To największy pająk Amazonii. Niby jego jad nie jest śmiertelny dla człowieka, ale w przypadku bliższego spotkania z nim raczej bałabym się, że umrę na zawał.
W lasach Amazonii żyje ponad 400 gatunków ssaków (ponad 2,5 miliona gatunków owadów, z czego nie wszystkie są jeszcze odkryte). Setki gatunków gadów, płazów i ptaków… jeżeli jednak człowiek myśli, że będzie jak na Safari to grubo się myli. Poza pająkiem, mrówkami, termitami i komarami resztę mieszkańców lasu mogliśmy co najwyżej usłyszeć… a przepraszam! Kto miał wprawne oko i refleks, mógł zauważyć w konarach drzew małpy.
Wyprawa do dżungli to nie zwyczajny spacer po lesie… wilgotność jest tak duża, że po kilku krokach czuję jak zaczyna się ze mnie lać! Dosłownie! W żadnej saunie nigdy tak się nie pociłam. Woda spływała ze mnie stróżkami, a ja mam wrażenie, że idę w deszczu. Do tego bardzo ciężko się oddycha. Męczy nawet powolne chodzenie po równym. Oddychanie staje się wysiłkiem, czuję jakbym była otoczona gorącą, wilgotną mgłą z niską zawartością tlenu. Lokalni mówią na to „ciężkie powietrze dżungli”, a ja mam wrażenie, że zaraz zemdleje. Ratuje nas… ulewa. Przez pierwsze kilka minut przez gęste korony drzew krople nas nie dosięgają. Chwilę później wszyscy zakładamy peleryny. Deszcz jest jak wybawienie, przynosi ulgę w oddychaniu. Co za paradoks — Amazonia zwana płucami ziemi okazuje się miejscem, w którym trudno jest złapać oddech.
Towarzyszy mi myśl, że to nie jest dobre miejsce dla człowieka, że nas tu po prostu nie powinno być, że jesteśmy jak obcy i wrogowie, których las usilnie chce z siebie wypluć. Amazonia nie jest cicha, to my mamy być cicho, bo nasze rozmowy są słyszane, a dźwięk niesie się niewyobrażalnie daleko. Mam wrażenie, że pękające pod stopami gałęzie słychać jakby ktoś pogłośnił dźwięk w radiu. Co chwilę włażę w jakieś pajęczyny snujące się nad ścieżką, zahaczam o wystające korzenie, ślizgam się na mokrych liściach. Czuję ulgę jak po prawie trzech godzinach wracamy do łódki. Jestem mokra, brudna, niedotleniona i pogryziona, ale mam za sobą jedno z najbardziej emocjonujących przeżyć.
Płyniemy do domu na palach, gdzie mamy chwilę na załadowanie baterii i obiad. Serwują nam przyrządzoną lokalnie rybę — Tambaquii, dla mnie najwspanialszy smak Amazonii. Obiad, mimo że bardzo prosty jest przepyszny. Ponownie pakujemy się do łódki i płyniemy zobaczyć delfiny różowe.
W Amazonii nie ma zwierzęcia bardziej niezwykłego niż różowy delfin, zwany tu boto-cor-de-rosa. To jeden z najbardziej tajemniczych ssaków wodnych świata – żyje wyłącznie w rzekach Amazonki i Rio Negro, a jego obecność stała się częścią folkloru, mitów i amazońskiej codzienności. Ich kolor nie jest stały. Młode są szare, a dopiero dorosłe samce stają się różowe – czasem intensywnie, jak koral. To największe delfiny słodkowodne, dorastają do 2,5 metra i potrafią ważyć 200 kg. Różowe delfiny są znane z tego, że same podpływają do łodzi, badają ludzi i przedmioty.
Wchodzimy do wody Rio Negro. Przy jednym z domów zrobiony jest podest, na którym można stanąć. Woda jest niesamowicie ciepła i… brązowa. Jest tak brązowa, że nic w niej nie widać. W oddali zauważamy wynurzające się z wody delfiny. Są paręnaście metrów od nas. Po chwili czuję, jak coś ociera mi się o nogi… przedziwne uczucie, bo nic nie widzę. Zaraz coś mnie szturcha. Pod powierzchnią pojawia się różowa skóra, ale zaraz znika. I tak co chwilę… delfiny są przyjazne i ciekawe, ale ich zęby wglądają dość groźnie. Jest obok nas przewodnik i zastanawia mnie czy pilnuje on bardziej nas, czy delfinów. Kiedy odpływają stuka ręką w taflę wody aby zachęcić je do powrotu. Przypomina mi się pływanie z delfinami wielorybimi na Filipinach… one też przypływały codziennie o tej samej porze nauczone, że w wodzie pojawi się dodatkowy, darmowy pokarm. Tutaj też w dłoni przewodnika pojawia się ryba. Trochę zgrzyt, bo wiadomo, że darmowe smaczki kuszą. Przypominam sobie jak chwilę wcześniej nasz przewodnik zaniósł do dżungli torbę pełną owoców. Powiedział, że w ten sposób pomagaj zwierzętom przerwać porę, w której jest mnie jedzenia. Czy to dbanie o braci mniejszych, czy człowiek ma w tym interes? Wszakże my też w zimie dajemy ptakom ziarno, a w lasach wystawiamy paśniki. Delfiny jednak średnio zainteresowane są rybami. Po niedługim czasie odpływają, a my z Liwką siadamy na pomoście i patrzymy jak wynurzają się w oddali.
Wracamy do łódki i powoli przemierzamy ciemne wody Rio Negro. Chwilę później każdy dostaje do ręki kij z żyłką zakończoną haczykiem i kawałek ryby. Zaczyna się polowanie na piranie. Piranie nie lubią ciszy więc aby je zwabić, trzeba zrobić trochę szumu. Piranie w Amazonii nie są krwiożerczymi potworami. W większości to płochliwe ryby, które uciekają, zanim człowiek zdąży zanurzyć stopę w wodzie. Mają jednak zęby jak noże chirurgiczne i błyskawiczny refleks – dlatego polowanie na nie staje się jedną z najzabawniejszych i najbardziej zaskakujących atrakcji w dżungli.
Wcale nie jest je łatwo złapać. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie są już nakarmione i mają nas gdzieś. W końcu udaje się złowić pierwszą rybę Wojtkowi, a zaraz potem Liwii. W moim przypadku piranie zjadają tylko mięso z haczyka i znikają, zanim zdążę poczuć szarpnięcie. Siedzę więc tak dobrą godzinę, patrzę jak innym się udaje. Sama czuję sie jakbym znowu dokarmiała dzikie zwierzęta.
Nad wodami Rio Negro zapada zmierzch. Robi się przyjemnie i wreszcie znośnie. Leniwie toczymy się z prądem. Przewodnik wyciąga latarkę i świeci pod zaroślami u brzegu rzeki. Co chwilę widać tam blask oczu — to kajmany.
Noc w Amazonii zaczyna się naprawdę wtedy, gdy na wodzie pojawiają się dwie czerwone iskierki. To oczy kajmana, odbijające światło latarki. Drapieżniki potrafią znikać i pojawiać się tak cicho, że trudno uwierzyć, że patrzy się na zwierzę, które rządzą tutejszymi wodami od tysięcy lat. Kajmany nie przepadają za ludźmi, są płochliwe i nieagresywne. Nie to ich kuzyni mieszkający w Nilu. Nasz przewodnik używając wiosła co rusz podpływa w miejsca, gdzie przed chwilą błyskały oczy. Kajmany jednak nie mają najmniejszej ochoty na kontakt z nami i szybko, a także bezszelestnie znikają, zanim do nich podpłyniemy. Kiedy uświadamiam sobie, że one mogą osiągać 4 metry długości, to zastanawiam się, czy takie podpływanie do nich jest bezpieczne. Po kilku próbach nasz przewodnik odpuszcza. Płyniemy w ciemnościach Rio Negro i uświadamiam sobie, że jest to jedno z ciekawszych doświadczeń w życiu. Jest ciemno, nad głową świeci księżyc, dookoła cisza i ta myśl, że jest się w lesie, który jest wielości Europy. Wracamy na ląd… to koniec naszego spotkania z Amazonią. To było tylko 12 godzin… tylko czy aż? W życiu nie sądziłam, że kiedyś uda mi się zobaczyć to miejsce…