26/04/2026
Rugia🚴♀️🚴🇩🇪🐟🌊🚢🏝️
Dzień 2
Drugi dzień naszej podróży rozpoczęliśmy od otwarcia hotelowego okno celem weryfikacji pogody. I o dziwo mamy pozytywne informacje. Siła wiatru chodź duża, nie wzbudza w nas zdziwienia. Wieje. W końcu jesteśmy nad morzem, więc musi wiać. Aplikacja pokazuje 55km/h zamiast zapowiadanych 70km/h, a to też dobra informacja. Zasiadamy więc do królewskiego śniadania i ze spokojem snujemy plan na ostatni odcinek naszej drogi. Ma on doprowadzić nas do najciekawszych miejsc na południowo wschodnim wybrzeżu Rugii, a następnie do czekającego na nas w Sassnitz auta.
Z Bergen auf Ruegen wyjechaliśmy tuż przed godziną 10:00 i wykorzystując prawa fizyki, a dokładnie siłę wiejącego w plecy wiatru; udaliśmy się do Selling.
Sellin - to jeden z najbardziej eleganckich i malowniczych kurortów na niemieckiej wyspie Rugia. Miejscowość słynie przede wszystkim z unikalnej architektury uzdrowiskowej oraz najbardziej charakterystycznego molo nad Bałtykiem. My zwiedzanie rozpoczęliśmy od portu jachtowego leżącego w południowej części miasta. To tu mieliśmy pierwszy raz tego dnia zaobserwować siłę żywiołów jakimi są woda i wiatr.
Rasender Roland czyli Pędzący Roland - Przez Sellin przebiega trasa zabytkowej, wąskotorowej kolei parowej, która łączy kurorty na wschodnim wybrzeżu wyspy (m.in. Binz, Sellin, Göhren). Jadąc ulicami Sellin wzdłuż torów mieliśmy okazję zaobserwować przejeżdżający pociąg z lokomotywą parową i zabytkowymi wagonami, wypełnionymi po brzegi turystami.
Molo Seebrücke Sellin - kolejną, a w zasadzie główną atrakcją dla której postanowiliśmy odwiedzić Selling jest największa ikona miasta, czyli mierzące 394 metrydługości molo. Po dojechaniu na koniec głównej alei Seelin, nasze oczy ujrzały przepiękną, znaną z internetowych zdjęć architektoniczną budowlę. Na molo znajduje się elegancki budynek restauracji, który mimo silnie wiejącego wiatru postanowiliśmy uwiecznić dronem. Swoją drogą warto wspomnieć, że po raz kolejny zagadnęli nas zainteresowani tym cudem chińskiej techniki niemieccy turyści, dopytując o cenę i zasadę działania tego latającego potwora. Chwilę później udaliśmy się na koniec molo, gdzie zamontowano gondolę zanurzeniową (Tauchergondel), która pozwala zjechać 4 metry pod poziom morza i obserwować podwodny świat Bałtyku.
Himmelsleiter czyli Schody do nieba - to strome schody liczące 87 stopni prowadzące z wysokiego klifu bezpośrednio na molo, skąd rozpościera się słynny widok na całą konstrukcję. Warto dodać, że tuż obok zainstalowana jest sunąca po pochylni bezpłatna winda, która jest dużym udogodnieniem dla kuracjuszy. Tuż obok znajduje się również trasa zjazdowa dla rowerów, prowadzącą do skalistej części plaży. My wybraliśmy tym razem windę. Aaa co? Pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu.
Wracając już w kierunku lądu, warto wspomnieć o jeszcze jednej atrakcji.
Wilhelmstraße - czyli główna aleja łącząca molo z centrum miasta. Jest to zapierająca dech w piersiach ulica kurortu, przy której stoją piękne, białe wille z przełomu XIX i XX wieku. Charakteryzują się one drewnianymi balkonami i werandami reprezentujące tzw. styl Bäderarchitektur, czyli mówiąc po polsku, architekturę uzdrowiskową. Zafundowaliśmy tutaj sobie szybki przelot dronem nad dachami budynków i udaliśmy się w kierunku lasów prowadzących nas do kolejnej nadmorskiej miejscowości jaką jest Binz.
Jadąc lasem zboczyliśmy z głównego szlaku z nadzieją, że uda nam się uchwycić wspomnianą wcześniej kolej Roland, a przy okazji dojechać do położonego nieopodal Zamku Myśliwskiego. Cel zrealizowany w 100%. Nie wiedzieliśmy jednak, że droga którą jedziemy, poprowadzi nas przez górzysty teren, co zmusiło nas do nie lada wysiłku.
Jagdschloss Granitz czyli Pałac Myśliwski Granitz - to kolejna atrakcja jaką odwiedziliśmy. W sumie planowana, ale trochę nieświadomie. Nieświadomie gdyż nie wiedzieliśmy, że zamek położony jest na wzgórzu Tempelberg o wysokości 107 m n.p.m. Niby z po przejechaniu Szlaku Orlich Gniazd powinniśmy mieć w głowach, że jak zamek to na wzniesieniu. Tym razem wyparliśmy to jednak z świadomości i stanowiło to element zaskoczenia. Sam zamek to neogotycka budowla z lat 1837–1851, którą wyróżnia pięć krenelażowych wież oraz centralna, 38-metrowa wieża widokowa. Roztacza się z niej panoramiczny widok na całą Rugię. Wiemy, bo mimo silnie wiejącego wiatru odpaliliśmy nasze chińskie cudo techniki, wznosząc się wyłącznie na bezpieczną wysokość.
Binz - to kolejny na naszej mapie nadmorski kurort, który postanowiliśmy odwiedzieć. Największy, ale po Sellin ciężko było nam się nim zachwycić. Oczywiście znajduje się w nim wspomniana już architektura uzdrowiskowa, jest molo o długości 370m, główna stacja kolei Pędzący Roland. My już głowami byliśmy w innym miejscu, które dużo bardziej nas ciekawiło. A jest nim Prora.
Prora - znana również jako Kolos z Rugii to gigantyczny, niedokończony nazistowski ośrodek wypoczynkowy położony kilka km za Binz. Jego budowa ruszyła w 1936 roku z inicjatywy organizacji Kraft durch Freunde czyli Siła przez Radość. Celem było zapewnienie tanich wczasów dla 20 000 robotników III Rzeszy, a przy okazji szerzenie ideologii nazizmu. Jego budowa została przerwana przez wybuch II wojny Światowej co było przecież zaplanowane. Tym samym wiadomym było, że Prora jako kompleks, nie ma szansy powstać do wybuchu wojny. W trakcie działań wojennych miała stanowić szpital, co rzeczywiście miało miejsce. O losach kompleksu długo by pisać. Zapraszamy na fascynujące opowieści czy to na poświęconych tej tematyce kanałach YouTube czy na stronach internetowych. Jadąc wzdłuż ciągnących się przez 4,5km budynków, obserwowaliśmy wyremontowaną elewację. Jedynie ostatnie skrzydło i centrum rozrywki niesie jeszcze ślady dawnych lat. Jadąc wzdłuż morza, obserwowaliśmy jeszcze ukryte w gęstwinie drzew ruiny kompleksu, które po zakończeniu || Wojny Światowej zaczęła burzyć Armia Czerwona. De fakto to ona doprowadziła w latach powojennych cały kompleks do ruiny pozbawiając go wszelkich wartościowych rzeczy, a zostawiając wyłącznie mury.
Tuż za Prora odwidzieliśmy jeszcze plażę. Była to dobra decyzja, gdyż ujrzeliśmy piękny widok na port Mukran/Sasnitz. Przez chwilę obserwowaliśmy walczące z wiatrem mewy i ruszyliśmy na ostatnie 3km naszej trasy. Drugi rowerowy dzień, to 48km i cała masa atrakcji, co mimo wiatru dało nam poczucie dobrze wykorzystanego czasu.
Straslund - do miasta potocznie zwanego Bramą Rugii udaliśmy się już autem. Naszym głównym celem było oceanarium. Celu jednak nie udało nam się zrealizować, gdyż przy kasach stanęliśmy o godzinie 16:01. Pani kasjerka z uśmiechem na twarzy oświadczyła nam, że rozliczyła już sprzedaż dnia gdyż bilety sprzedaje wyłącznie do godziny 16:00, mimo że oceanarium funkcjonuje dk godziny 17:00. Nie pomogły też prośby. Taka sytuacja. Poszliśmy więc na starówkę, a ta przepiękna. Mimo przenikliwego zimna, odwiedzaliśmy boczne uliczki, zachwycając się ich urokiem. Zabytkowe Stare Miasto w Stralsundzie nie bez przypadku, zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Robi niesamowite wrażenie.
W Straslund zakończyliśmy zwiedzanie. A wyspa Rugia? Czy warto? Zdecydowanie tak. Zalecamy fokus na główne jej nadmorskie atrakcje, czyli jej wschodni i północny kraniec. My ze względu na silny wiatr odpuściliśmy wyspę Hidensee, ale nie wykluczone, że na Rugię jeszcze wrócimy i postawimy swoje stopy i na Wyspie Artystów.
Z rowerowym pozdrowieniem
Maja on the bike