18/04/2026
Rozdział IV: Pierwsza wyprawa, czyli magia Gór Stołowych 🏔️🌲
Mam prawko, mam motocykl – pozostaje tylko jeździć! Na początek zaliczyłem kilka zlotów (Łódź, Częstochowa) i sporo „latanie wokół komina”. Te 650 cm³ pod zadkiem robiło już robotę. To zupełnie inny świat niż 125-tka. Czuć moc, można dynamicznie wyprzedzić tira i pod manetką wreszcie jest zapas.
Gdy tylko przyszła wiosna, wiedziałem, że czas na pierwszą dalszą podróż. Jeśli pamięć mnie nie myli (a po to właśnie piszę ten pamiętnik!), nasz pierwszy wyjazd padł na majówkę w Górach Stołowych. Bez zbędnego planowania: namiot, żonka „na plecy” i ruszamy!
Po paru godzinach wylądowaliśmy w Radkowie. Mówią, że nie liczy się cel, tylko droga. Ja powiem tak: Najlepsza jest droga u celu. Dopiero w górach zaczyna się magia. Drogi, które wcześniej znałem z samochodu, nagle nabrały zupełnie innego wyglądu. Piękno krajobrazu dostało „mnożnik x10”. Nie jesteś otoczony metalową puszką – czujesz i widzisz więcej.
Co musieliśmy zaliczyć?
Droga Stu Zakrętów (Radków–Kudowa): Absolutny must have każdego motocyklisty. Fantastyczna trasa z miejscami, gdzie po prostu trzeba się zatrzymać.
Góry Sowie: Po chłodnej nocy pod namiotem ruszyliśmy w stronę Przełęczy Sokolej. Motocykl został na parkingu w Sokolcu – podjazd pod schronisko „Orzeł” jest tak stromy, że pieszo można się nieźle zmęczyć, a co dopiero maszyną!
Wielka Sowa: Spacer na szczyt polecam każdemu.
W motocyklu najfajniejsze jest to, że nie musisz planować wszystkiego od A do Z. Widzisz z daleka zamek, który wygląda ciekawie? Po prostu tam jedziesz. Tak właśnie zrobiliśmy w drodze powrotnej.
Wszystko co dobre szybko się kończy, ale „ten pierwszy raz” w prawdziwych górach zostaje w pamięci na zawsze. 🏍️💨