07/03/2026
Filipiny od dawna były na szczycie naszej podróżniczej listy marzeń. W maju 2025 udało się kupić bilety i od tego momentu zaczęło się coś, co w takich wyjazdach lubimy prawie tak samo jak samo podróżowanie – planowanie.
Wieczorami zamiast meczów oglądaliśmy filmy podróżników 😜 Czytaliśmy fora, zadawaliśmy setki pytań ludziom, którzy już tam byli. Gdzie jechać? Której wyspy nie można przegapić? Ile dni zostać w jednym miejscu? Czy jest bezpiecznie? Jakie są ceny?
Po miesiącach czytania, oglądania i analizowania pod koniec 2025 powstał plan.
Ponieważ bilety mieliśmy z Londynu, nasza przygoda zaczęła się właśnie tam. Szybkie zwiedzanie miasta i obowiązkowy przystanek w Soho – w naszej ulubionej azjatyckiej restauracji. Kalmarki w kokosowej panierce, spring rollsy… idealne rozpoczęcie podróży 😋
Następnego dnia lotnisko Heathrow i start wielkiej wyprawy ✈️Londyn – Chiny – Manila – Bohol.
Po kilkunastu godzinach podróży w końcu docieramy na pierwszą filipińską wyspę. Naszą bazą został hotel Best Western – świetnie położony nad samą plażą. Blisko centrum, ale jednocześnie spokojnie. Wokół restauracje, masaże i tropikalny klimat, który od razu mówi: jesteście w Azji.
Na miejscu wynajęliśmy łódkę od lokalnego naganiacza – pierwsza lekcja Filipin: zawsze się targujcie. Ceny startowe potrafią być naprawdę zawyżone.
Rano czekała już na nas łódka. Wypływamy na pierwszą wyspę. Snorkeling na rafie… i nagle pojawia się on – ogromny żółw morski. Spokojnie przepływa kilka metrów od nas. Taki moment sprawia, że nagle wszystkie kilometry podróży mają sens.
Kolejnym przystankiem była Virgin Island. Biały piasek jak mąka, turkusowa woda i płytkie laguny, w których można chodzić kilometrami. Woda po kolana, ciepły piasek pod stopami i widoki jak z pocztówki.
Wycieczka kończy się około 17:00, a w drodze powrotnej trafiamy jeszcze na coś niezwykłego – setki rozgwiazd przy brzegu. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozsypał je po dnie morza.
Po kilku dniach żegnamy Bohol i przenosimy się na Cebu. Wczesna pobudka, prom i około dwugodzinny rejs.
Cebu okazało się dla nas najmniej atrakcyjnym miejscem. Dużo ludzi, hałas, tłok. Zrezygnowaliśmy też z popularnej atrakcji pływania z rekinami – uznaliśmy, że to zbyt komercyjna historia.
Za to hotel Costabella Tropicana bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Pyszne jedzenie i właśnie tam spróbowaliśmy deseru z ube – charakterystycznego fioletowego batata, który Filipińczycy uwielbiają.
Ale prawdziwy cel naszej podróży dopiero był przed nami – Palawan.
Lądujemy w Puerto Princesa. Tutaj od razu trzeba podjąć decyzję: w prawo czy w lewo. Odległości są ogromne, drogi w kiepskim stanie, więc kilka godzin jazdy to normalność.
Naszym kierunkiem było El Nido, ale chcieliśmy jak najszybciej uciec od dużych miast. I tak trafiliśmy do miejsca, o którym w internecie było bardzo mało informacji – San Vicente.
Po drodze, po około 2,5 godziny jazdy, zatrzymaliśmy się na noc w hotelu Astoria. Piękna plaża, świetne jedzenie, duże pokoje i… aquapark. Dzieciaki były w siódmym niebie, a my w sumie też 😄
Następnego dnia ruszamy dalej. Kolejne 2,5 godziny drogi i docieramy do San Vicente – miejsca, które okazało się jednym z największych pozytywnych zaskoczeń całego wyjazdu.
Naszą bazą został hotel Elizabeth, położony przy plaży ciągnącej się kilometrami. Palmy, złoty piasek i praktycznie pusto. Czasami mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na prywatnej wyspie.
Ciekawostka – Palawan już czwarty rok z rzędu jest wybierany jako jedno z najlepszych miejsc na świecie pod względem plaż.
Oczywiście nie mogliśmy odpuścić El Nido. Pobudka o 5 rano i po trzech godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Zarezerwowaliśmy wcześniej łódkę w Seatours Palawan i wybraliśmy słynną wycieczkę A.
Kajaki w lagunie, Miniloc Island, snorkeling, obiad na łódce… a nawet małe polowanie na ośmiornicę, którą Maksiu wypatrzył w skalnej grocie.
Widoki były spektakularne, ale samo El Nido okazało się trochę inne niż się spodziewaliśmy. Tłumy ludzi, bary, imprezy, zapach benzyny od łodzi. Trochę jak Phi Phi w Tajlandii – pięknie, ale bardzo turystycznie.
Dlatego z jeszcze większą przyjemnością wróciliśmy do San Vicente.
Stamtąd zorganizowaliśmy kolejną wyprawę łodzią w stronę Port Barton. I to była jedna z najlepszych decyzji. Wycieczka tańsza, ludzi dużo mniej, a miejsca… absolutnie magiczne.
Snorkeling na rafie był niesamowity – tak kolorowej rafy nie widziałem nawet w Egipcie czy Tajlandii. Po drodze mijaliśmy dziesiątki bezludnych wysp i kilometrowe puste plaże.
Prawdziwy raj.
Pod względem kosztów Filipiny potrafią zaskoczyć. Transport był dla nas najdroższy – przejechaliśmy setki kilometrów, a drogi są powolne i długie.
Noclegi można znaleźć bardzo tanie, ale można też wybrać wyższy standard w cenach podobnych do Polski. A wtedy dostajemy piękne hotele przy plaży, świetne jedzenie i komfort.
Jedzenie w restauracjach jest bardzo przystępne. Obiad dla sześciu osób – zupy, dania główne, deser, drinki czy piwo – nigdy nie przekroczył 100 zł na osobę. Nawet kiedy Maksiu zamawiał homara 😋
Ale to, co najbardziej zapamiętamy z Filipin, to ludzie.
Filipińczycy są niesamowicie życzliwi, pomocni i uśmiechnięci. A dzieci… dzieci skradły nasze serca. Uwielbiają zdjęcia i robi się je z nimi dla radości, nie dla pieniędzy.
Podczas tej podróży lecieliśmy 9 samolotami, płynęliśmy promem i przejechaliśmy setki kilometrów.
I zrobilibyśmy to wszystko jeszcze raz bez chwili wahania.
Bo Filipiny to nie tylko piękne plaże.To radość ludzi, natura, która wciąż potrafi być dzika, i miejsca, w których naprawdę można poczuć, że świat jest jeszcze ogromny.
Jeśli kochacie słońce, naturę, dobre jedzenie i miejsca, które wciąż nie są do końca odkryte – Filipiny są kierunkiem, który warto zobaczyć.
Filipiny – nasza zimowa podróż marzeń! 🌴Podczas tej wyprawy odwiedziliśmy kilka wysp: Bohol, Cebu oraz Palawan. Było island hopping, snorkeling na rafach, s...