04/02/2026
Jak byłem dzieciakiem w latach 90., świat był czymś odległym.
Większość krajów wymagała wiz. Na dziesiątki wniosków przechodził jeden. Nawet wyjazd do Niemiec nie był oczywisty. Zdarzało się, że znani podróżnicy, sportowcy czy himalaiści nie dostawali zgody na opuszczenie kraju.
W tamtym czasie wielki świat znało się z globusa i kolorowych książek o zwierzętach.
Był równie realny jak skrzydła u człowieka — ładny, fascynujący, ale kompletnie abstrakcyjny.
Z czasem pojawił się internet. Ogromna baza danych, która wtedy jeszcze niewiele zmieniała w głowie.
A potem przyszła strefa Schengen. Coś, czego nie dało się pojąć.
Przekraczasz granicę bez zatrzymywania auta. Bez kontroli. Bez pieczątek.
Pamiętam pierwszy wyjazd. Francja.
Stoję nad rzeką o nienaturalnie intensywnym, „niebieskim Powerade” kolorze i prawie mam łzy w oczach.
Bo nagle dociera do mnie, że te wszystkie rzeczy z książek naprawdę istnieją.
I co więcej — są blisko.
Mam 18–19 lat. 50 euro na całą autostopową podróż po Europie.
Mapa samochodowa zamiast GPS-u.
Jaki telefon? Jaki internet? 😅
Listopad 2019 - znasz wizy dla Polaków do USA.
To coś jak pierwszy krok na księżycu.
Od 1 podróży za granicę mija 15/17 lat i około 60 krajów na świecie.
Jestem znowu w Afryce. Stoję na najstarszej pustyni świata.
I nagle coś się we mnie zatrzymuje.
Patrzę na popękane, wyschnięte błoto i czuję, że to miejsce jest znajome.
Dokładnie takie samo było u babci na wsi, na żwirowni, gdzie jako dzieciaki udawaliśmy, że jesteśmy na pustyni.
Bo tak wyglądała w książce.
Z antylopą o prostych rogach.
I wtedy przychodzi to uderzenie:
nieświadomie stoisz w miejscu, które oglądałeś mając 6–8 lat.
Nie w wyobraźni. Nie na obrazku.
Naprawdę.
O K***a.
Rozumiesz, o co chodzi?