jestem w terenie

Wskazówki dojazdu

jestem w terenie ▶️ 56 ultramaratonów (24 275km) 🎬 filmowe relacje
to pasja odkrywania niezwykłych miejsc - to ludzie, emocje, przygoda!

Jadąc drogą „N-260z” w stronę „Besalú”, zobaczyłem „Castellfollit de la Roca”. Z daleka wyglądało, jakby domy wyrastały ...
06/10/2026

Jadąc drogą „N-260z” w stronę „Besalú”, zobaczyłem „Castellfollit de la Roca”. Z daleka wyglądało, jakby domy wyrastały prosto ze skały.

Stara część „Castellfollit de la Roca” stoi na krawędzi bazaltowego klifu wysokiego na około 50 metrów i ciągnącego się niemal kilometr. Samo miasteczko leży na wysokości 296 m n.p.m. Dopiero z tej perspektywy zobaczyłem, jak wąski jest skalny cypel pod zabudowaniami.

Klif powstał z dwóch nałożonych na siebie spływów lawy. Później „Fluvià” i „Toronell” wyżłobiły doliny po jego obu stronach, odsłaniając ścianę bazaltu. To dlatego domy stoją dziś tak blisko urwiska, a widok z drogi robi takie wrażenie.

Pierwsze pisemne wzmianki o miejscowości pochodzą z 1096 roku. W XV wieku trzęsienia ziemi dwukrotnie ją zniszczyły. Na końcu skalnego cypla stoi dawny kościół „Sant Salvador”.

Do zobaczenia w terenie!
Robert 👊🙂

ULTRA Duch Jabłoni na dystansie gravel 240 km za mną.11 godzin 35 minut. To mój zdecydowanie najszybszy przejazd na taki...
04/10/2026

ULTRA Duch Jabłoni na dystansie gravel 240 km za mną.
11 godzin 35 minut. To mój zdecydowanie najszybszy przejazd na takim dystansie.
Tym razem pojechałem bardziej sportowo. Bez relacji na Instagramie, bez zbierania materiału na film i bez przystanków na zdjęcia. Skupiłem się na jeździe.

A ta trasa aż zachęcała, żeby kręcić. Mało uczęszczane asfalty, lekkie szuterki, nawierzchnia prima sort. Szybko, dynamicznie i z ogromną przyjemnością. Jak na mazowieckie rejony, naprawdę bardzo szybka traska. Michał Bors, dzięki za jej ułożenie! Świetna robota.

Noga też dobrze podawała. Po Pirenejach była przyzwyczajona do długich podjazdów i dużo trudniejszych warunków. Tutaj odruchowo czekałem, kiedy zacznie się wspinaczka, która potrwa dłużej. Tymczasem zanim zdążyłem się porządnie rozkręcić na "podjeździe", już byłem na jego końcu. Jechało mi się świetnie.

Pireneje zresztą nadal mocno siedzą mi w głowie. Trudno mi jeszcze przestawić się z tamtej wyprawy na lokalne starty w Polsce.

Fajnie też było spotkać część z Was na starcie i na trasie, zamienić kilka słów i wspólnie pokręcić. Dzięki za te spotkania i za to, że jesteście też tutaj.

Dzięki organizatorom i wszystkim, z którymi mogłem spędzić ten dzień.

Do zobaczenia w terenie
Robert

PROJEKT PIRENEJE Dzień 13Obudziłem się wcześniej i zabrałem się za koło. Powietrze znów z niego uciekło, więc wyjąłem dę...
03/10/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 13

Obudziłem się wcześniej i zabrałem się za koło. Powietrze znów z niego uciekło, więc wyjąłem dętkę, zanurzyłem w hotelowym zlewie ale nic nie znalazłem. Uszkodzenie musiało być naprawdę niewielkie. Nie chciałem poświęcać na to całego poranka, więc założyłem nową i mogliśmy ruszać.

Najpierw pojechaliśmy pod „Teatre-Museu Dalí” w „Figueres”. Miałem nadzieję, że uda się wejść, ale przed muzeum stała spora kolejka, a wejścia wyglądały na organizowane o wyznaczonych godzinach. Odpuściliśmy i skierowaliśmy się do pobliskiego domu, w którym urodził się Salvador Dalí.

„Figueres” okazało się strzałem w dziesiątkę. To stolica „Alt Empordà”, z historycznym centrum i „Ramblą”, ale mnie najbardziej zaciekawiło, jak mocno życie Dalíego jest wpisane w jej ulice. Między teatrem-muzeum a domem jego narodzin można przejść w kilka minut. Miasto wytyczyło nawet trasę po miejscach związanych z artystą, oznaczoną symbolami mrówek na płytkach chodnika. Cieszyłem się, że dzięki noclegowi mieliśmy czas zatrzymać się tu na dłużej.

Bartek zapytał pracownika „Casa Natal Salvador Dalí”, czy możemy gdzieś zostawić rowery. Pokazał nam mały magazynek, w którym zmieściły się oba. Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy na zwiedzanie. Multimedialna opowieść o życiu Dalíego była tak ciekawa i bogata w informacje, że wyszedłem stamtąd z głową pełną wrażeń.

Dalí był jedną z najważniejszych postaci surrealizmu. Swoje muzeum stworzył w rodzinnym „Figueres”, nadając mu formę osobnego dzieła sztuki. Podczas zwiedzania szczególnie uderzyło mnie jednak to, jak mocno był związany z tutejszym krajobrazem. Krajobraz „Cadaqués” uważał za najpiękniejszy na świecie, a „Empordà” i „Cap de Creus” powracały w jego sztuce. Jako dziecko z dachu tego domu widział równinę i pasmo „Sant Pere de Rodes”. Tego samego dnia mieliśmy jechać właśnie w tamtą stronę. Cieszę się, że udało mi się zajrzeć do miejsca, w którym zaczęła się jego historia.

Po zwiedzaniu opuściliśmy „Figueres” i pojechaliśmy przez równinę „Alt Empordà”, trzymając się zaplanowanego śladu.

Do zobaczenia w terenie
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 12Obudziliśmy się około piątej rano, na najwyżej położonym noclegu całej wyprawy, prawie 2000 m n...
02/10/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 12

Obudziliśmy się około piątej rano, na najwyżej położonym noclegu całej wyprawy, prawie 2000 m n.p.m. Chcieliśmy zwinąć namiot, zanim do maszyn stojących niżej przyjadą leśnicy. Gdy kończyliśmy pakowanie, nadjechał ich samochód. Spaliśmy na dziko, więc woleliśmy ich nie spotkać. Nie był to skalny szczyt, lecz wysoko położone pastwisko. Zeszliśmy drugim zboczem, nadłożyliśmy kilkaset metrów pod górę w linii prostej ale niezauważeni wróciliśmy na szlak.

Dopiero tam wymieniłem dętkę. Ruszyliśmy ku przełęczy „Collet de la Gralla”, położonej na wysokość około 2050 m n.p.m. Zobaczyliśmy tam parking i kampera. Wyjaśniło się, skąd poprzedniego wieczoru brały się światła. Potem czekał nas długi zjazd po gruzie. Było szybko i technicznie, zatęskniłem za amortyzatorem, porządnie nas wytrzęsło, ale miałem z tej jazdy niezłą frajdę. W „Llanars” zjedliśmy śniadanie. Lubię takie miejsca z dala od popularnych szlaków: było niespodziewanie pysznie i tanio.

Dalej jechaliśmy doliną do „Túnel de Collabós”. Liczyliśmy na skrót, ale przed tunelem stał znak zakazu ruchu rowerów. Zawróciliśmy i pojechaliśmy przez „Coll de Capsacosta”. Podjazd nie był długi, za to bardzo stromy. Droga była dobrze przygotowana: na łagodniejszych fragmentach szuter, na najostrzejszych beton. Za przełęczą czekał długi, kręty zjazd, który rozgrzał emocje i tarcze hamulcowe.

W „La Roureda” zatrzymaliśmy się przy kraniku w małym parku. Te kraniki to rewelacja, zwykle znajdowaliśmy je właśnie wtedy, gdy potrzebowaliśmy wody. Uzupełniliśmy zapasy i schłodziliśmy się w upale. Tam też zrezygnowaliśmy z górzystego wariantu prowadzącego bardziej na północ. Wybraliśmy skrót przez równinę Empordà do „Figueres”. Mieliśmy go w zapasie, gdyby zabrakło czasu na dojazd do „Portbou” na Costa Brava.

W „Besalú” przejechaliśmy przez stare miasto i kamienny „Pont Vell” z wieżą. Ta wielokrotnie odbudowywana średniowieczna przeprawa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Do „Figueres” dotarliśmy wieczorem i tam zostaliśmy na noc. Następnego dnia czekała na nas jeszcze jedna atrakcja!

Do zobaczenia w terenie!
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 11cz.2W „Ribes de Freser” zjedliśmy obiad w „Bar Restaurant Can Mercè”. Obok był sklep i mały skw...
01/10/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 11
cz.2
W „Ribes de Freser” zjedliśmy obiad w „Bar Restaurant Can Mercè”. Obok był sklep i mały skwer urządzony nad rzeczką, między budynkami. Wyglądało to tak, jakby ktoś poszerzył most i urządził na nim plac ze skrzyżowaniem. Kupiliśmy zapasy, a na barierkach rozwiesiłem namiot.

Poprzedniej nocy rozłożyliśmy tropik, żeby osłonić się przed chłodem i mniej rzucać się w oczy. Rano materiał był mokry od skroplonej pary. Słońce w „Ribes” załatwiło sprawę, a my mogliśmy ruszyć dalej z suchym namiotem.

Postanowiliśmy, że nie kończymy jeszcze dnia. Przed nami był długi podjazd: ponad 1000 metrów w pionie. W dolinie panował upał i duchota. Przez chwilę obawiałem się deszczu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wspinaliśmy się powoli, zostawiając miasteczko coraz niżej za sobą.

Przed zachodem słońca poczułem, że rower prowadzi się inaczej. Najpierw uznałem, że to zmęczenie podjazdem. W końcu sprawdziłem tylne koło. Powietrza było zdecydowanie za mało.
Dopompowaliśmy oponę z nadzieją, że wytrzyma do noclegu. Nie wytrzymała. Bartek pojechał przodem szukać miejsca na namiot, a ja zacząłem prowadzić rower pod górę. Wśród stromych zboczy i drzew trudno było znaleźć choćby kawałek płaskiego terenu.

Dopiero w rejonie „Coll de Meianell” Bartek wypatrzył łąkę na wysokim wzgórzu, niewidoczną z drogi. Miejsce było dobre, jeśli nie liczyć krowich placków. Krowy pasły się niedaleko, więc ostrożnie wybraliśmy kawałek trawy dla siebie.

Namiot rozstawialiśmy już po ciemku. Po drugiej stronie doliny, w dalszej części naszej drogi, widzieliśmy światła, więc staraliśmy się nie używać lampek, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Później okazało się, że był tam parking i ktoś nocował w kamperze.

Ustawiliśmy aparaty do nocnych zdjęć i timelapsów. Nad łąką rozciągało się rozgwieżdżone niebo, a my byliśmy niespełna 2000 metrów nad poziomem morza. Spojrzałem jeszcze na tylne koło. Wymiana dętki wymagałaby światła, więc zostawiłem ją na rano.

To był nasz najwyżej położony nocleg na całej wyprawie. Spaliśmy tak blisko gwiazd, jak tylko się dało.

Do zobaczenia w terenie.
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 11Noc była spokojna i zaskakująco jasna. Księżyc świecił tak mocno, że na trawie widzieliśmy włas...
30/09/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 11

Noc była spokojna i zaskakująco jasna. Księżyc świecił tak mocno, że na trawie widzieliśmy własne cienie. Rano spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę „Sansor”.

Znaleźliśmy tam miejsce stworzone dla ludzi w drodze: kran, koryto z wodą oraz kamienny stół z siedziskami. Do pobliskiego śmietnika wyrzuciliśmy opakowania, które wieźliśmy od poprzednich postojów. Potem wyciągnęliśmy kuchenkę i przygotowaliśmy liofilizowane śniadanie. Obok rosła śliwa, więc na stół trafiły też owoce prosto z drzewa.

Przyglądał nam się jeden z mieszkańców. W końcu podszedł i zagadał. Kiedy opowiedzieliśmy mu, jak długą trasę pokonujemy przez Pireneje, wyraźnie go to zaskoczyło.

Niedługo później, w rejonie „El Pla”, czekała nas mała zagadka. Ślad GPX prowadził prosto na prywatne podwórko z niedawno wybudowanym domem. W tę samą stronę wskazywały znaki szlaku turystycznego. Wyglądało na to, że ani trasa w GPS, ani oznaczenia nie nadążyły za zmianami w terenie, więc musieliśmy poszukać objazdu.

Za „Alp” zatrzymaliśmy się w dużym barze przy drodze. Wodę mieliśmy już uzupełnioną, więc przyszła pora na uzupełnienie kofeiny w człowiekach. Po kawie zaczęliśmy podjazd na „Collada de Toses”.

Na przełęczy minęliśmy hotel „La Collada”. Tuż za nim mieliśmy skręcić w prawo, ale przy wjeździe stała tablica z zakazem. Kolejny raz tego dnia zaplanowana droga okazała się niedostępna. Znaleźliśmy inną trasę i wkrótce rozpoczęliśmy ponad dwudziestokilometrowy asfaltowy zjazd do „Ribes de Freser”.

To był jeden z tych odcinków, dla których lubię jazdę po górach. Po długim podjeździe mogliśmy po prostu sunąć w dół, patrzeć na Pireneje i cieszyć się drogą. W „Ribes de Freser” czekał na nas obiad, chwila odpoczynku i decyzja, czy na tym kończymy dzień.

Do zobaczenia w terenie.
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 10cz.2Po zwiedzeniu Andory ruszyliśmy dalej przez hiszpańską część Pirenejów. Pierwszym większym ...
29/09/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 10
cz.2
Po zwiedzeniu Andory ruszyliśmy dalej przez hiszpańską część Pirenejów. Pierwszym większym miastem za granicą było „La Seu d’Urgell”. Nazwa od razu skojarzyła mi się z biskupem Urgell, jednym z dwóch współksiążąt Andory.

Zatrzymaliśmy się na jedzenie i odpoczynek w cieniu. Trafiliśmy tuż obok informacji turystycznej, gdzie przemiła pracownica pomogła nam znaleźć możliwe noclegi na dalszej trasie.

Gdy zamknęła biuro na sjestę, nad naszymi głowami zaczęły krążyć sępy. Dosłownie. Uznaliśmy, że pora ruszać. Pojechaliśmy na wschód doliną Segre. Trzymaliśmy się drogi przy rzece, a wysoko ponad nami pojawiały się kamienne miejscowości: „Arsèguel”, „Bar”, „Toloriu” i „Aristot”. Za „Arsèguel” wznosiła się wapienna „Serra del Cadí”. Patrząc na domy przyczepione do zboczy, zastanawiałem się, jak prowadzą do nich drogi.

W „Martinet” chcieliśmy zjeść coś konkretniejszego, lecz bary były zamknięte. Był poniedziałek, kiedy wiele lokali odpoczywa po pracowitym weekendzie. W sklepie kupiliśmy wodę, prowiant i oczywiście mrożoną kawę. Kto mnie zna, ten wie, że kawa to dla mnie podstawa! Sprawdziliśmy też planowany kemping. Wyglądało na to, że przyjmuje gości tylko do dziewiętnastej, a my dotarlibyśmy godzinę później. Odpuściliśmy pośpiech i nocleg na kempingu. Liczyliśmy, że znajdziemy spokojne miejsce na dziko.

W „Bellver de Cerdanya” trafiliśmy na otwartą pizzerię, ale zdjęcia dań bardziej przypominały rozdeptane zapiekanki niż pizzę. Nabraliśmy więc tylko wody, a w pobliskim sklepie kupiliśmy po bułce i jogurcie. Kolacja była gotowa.

Za miejscowością, przy małym moście nad „Torrent de la Fou de Bor”, znaleźliśmy czysty, płytki strumień z wygodnym zejściem. Umyliśmy się po całym dniu jazdy w słońcu. Zaczynało się ściemniać, więc rozglądaliśmy się też za miejsce na nocleg i kilkaset metrów dalej trafiliśmy na cichą łąkę z dala od drogi. Rozbiliśmy namiot pod rozgwieżdżonym niebem. Tym razem nie było śladów dzików, a ciszę przerywało tylko cykanie świerszczy.

Do zobaczenia w terenie.
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 10Po dwóch przełęczach powyżej dwóch tysięcy metrów i dotarciu do Andory wreszcie pozwoliliśmy so...
28/09/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 10

Po dwóch przełęczach powyżej dwóch tysięcy metrów i dotarciu do Andory wreszcie pozwoliliśmy sobie dłużej pospać. W „La Massana” zjedliśmy skromne hotelowe śniadanie i bez pośpiechu przygotowaliśmy rowery do drogi. Tego dnia zależało mi przede wszystkim na poznaniu Andory.

Na początek podjechaliśmy do kościoła „Sant Iscle i Santa Victòria”. Potem skierowaliśmy się w stronę stolicy, częściowo jadąc ścieżką „Camí Ral” wzdłuż rzeki. Wśród zieleni i drewnianych kładek trafiliśmy na kamienny most „Pont de Sant Antoni de la Grella”.

Im dłużej jechaliśmy, tym większe wrażenie robiła na mnie Andora. Góry zostawiają tu mało miejsca, a jednak nawet w ciasnej dolinie znalazła się przestrzeń na ścieżki, wygodne przejścia i miejsca do odpoczynku.

W „Andorra la Vella” zatrzymaliśmy się przy rzeźbie Salvadora Dalí „La Noblesse du Temps” z charakterystycznym miękkim zegarem. Niedaleko był też „Pont de París” z wielkim napisem ANDORRA LA VELLA.

Podjechaliśmy jeszcze pod „Casa de la Vall”, dawną siedzibę parlamentu. Stamtąd oglądaliśmy panoramę stolicy i „Set Poetes”, siedem postaci ustawionych na placu poniżej.

Z „Casa de la Vall” wiąże się niezwykła historia ustroju Andory. W 1278 roku biskup Urgell i hrabia Foix uzgodnili wspólne zwierzchnictwo nad tym obszarem. Od tamtej pory Kolumb dotarł do Ameryki, powstawały i upadały imperia, Europa przeżyła dwie wojny światowe, a idea dwóch współksiążąt przetrwała. Dziś Andora jest niezależnym państwem z własną konstytucją, parlamentem i rządem. Jej współksiążętami są biskup Urgell i prezydent Francji, którzy wspólnie pełnią funkcję głowy państwa.

W drodze na południe zatrzymaliśmy się przy kościele „Santa Coloma”, jednym z najstarszych zabytków Andory. Jego początki sięgają VIII-IX wieku, a okrągłą dzwonnicę dobudowano później.

Na granicy stały posterunki i bramki celne, lecz nikt nas nie zatrzymał ani nie sprawdził dokumentów. Andora leży poza Unią Europejską i strefą Schengen, więc mogliśmy trafić na kontrolę. Warto mieć przy sobie ważny dowód osobisty albo paszport.

Do zobaczenia w terenie.
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 9cz.3Za „Tor” zaczynał się trudny podjazd na przełęcz „Port de Cabús” (2302 m n.p.m.). Droga była...
27/09/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 9
cz.3
Za „Tor” zaczynał się trudny podjazd na przełęcz „Port de Cabús” (2302 m n.p.m.). Droga była miejscami mocno zgruzowana i stroma. Z obciążeniem jechało się wtedy szczególnie trudno. Większość odcinka przejechaliśmy, ale na dwóch czy trzech fragmentach musiałem zejść i pchać rower pod górę.

Jechaliśmy w pełnym słońcu, przy temperaturze grubo powyżej 20°C. Po drodze nie było kranów ani sklepów. W razie potrzeby mogliśmy przefiltrować wodę ze strumienia, ale wystarczyło nam to, co zabraliśmy z „Alins”. W sumie każdy z nas wypił na tym podjeździe około trzech litrów. Na przełęczy bidony były już niemal puste.

Niedaleko szczytu trafiliśmy na małe stado krów, spędzane przez pasterza w starej terenówce. Przez otwarte okno trzymał kij i od czasu do czasu poganiał nim zwierzęta. Przy całym zmęczeniu ten widok mnie rozbawił. Pomyślałem: współczesny pasterz na czterech kołach, z tradycyjnym kijem w łapie.

Na przełęcz wjechaliśmy po 19:00, tym samym przekraczając granicę między Hiszpanią a Andorą. Był to też najwyżej położony punkt całej wyprawy. Po stronie Andory droga chowała się już w cieniu, a termometr pokazywał około 16°C. Znowu wyciągnąłem cieplejsze ubrania, bo czekał nas długi asfaltowy zjazd. Już po kilku zakrętach drogę zablokowało kolejne stado krów. Stały na jezdni niewzruszone, podczas gdy samochody czekały na przejazd.

Na dole, już w Andorze, od razu rzuciło mi się w oczy, jak mocno w sezonie letnim stawia się tam na turystykę rowerową. Charakterystyczne wieszaki na rowery przy barach, sklepy i bilbordy.

Na nocleg wybraliśmy hotel. O dziwo, ceny były zdecydowanie niższe niż w Hiszpanii. Było też dedykowane pomieszczenie na rowery, ale recepcjonistka sama zaproponowała, że możemy zabrać je do pokoju. Nie musieliśmy dzięki temu zdejmować sakw. Obładowany Demon ledwo zmieścił się w windzie. Trochę się nagimnastykowałem, zanim pojechałem na górę.

Podsumowując cały dzień jednym zdaniem, udało nam się zrealizować ambitny plan. 108 kilometrów, dwa zdobyte dwutysięczniki i Andora!

Do zobaczenia w terenie.
Robert 👊🙂

PROJEKT PIRENEJE Dzień 9cz.2W „Llavorsí” znów spotkaliśmy rowerzystę ze zjazdu. Jechał poziomym rowerem marki Flevobike ...
26/09/2026

PROJEKT PIRENEJE Dzień 9
cz.2

W „Llavorsí” znów spotkaliśmy rowerzystę ze zjazdu. Jechał poziomym rowerem marki Flevobike z napędem poprowadzonym wewnątrz ramy. Bardzo ciekawa konstrukcja z własnymi autorskimi poprawkami. Wiózł bagaż i panel słoneczny. Powiedział nam, że jest Niemcem i stamtąd też przyjechał. Patrzyłem na ten rower i próbowałem sobie wyobrazić, jak pokonał nim „Port de la Bonaigua”.

Kiedy ruszyliśmy w stronę Andory, za raz za "Llavorsí" przy poboczu stała rodzina z dwójką dzieci. Ojciec wskazał im nasze obładowane rowery i cała czwórka zaczęła nam kibicować. Trwało to kilka sekund, ale takie chwile bardzo motywują i są niezmiernie miłe.

W „Alins” zatrzymaliśmy się przy publicznym kraniku i napełniliśmy bidony. Obok był bar, więc kupiłem sobie kawę. Podczas postoju przygotowałem też telefon do wjazdu do Andory. Kupiłem i uruchomiłem eSIM z pakietem 5 GB danych, bo po przekroczeniu granicy nie mogłem korzystać z unijnego roamingu na zasadach obowiązujących w Hiszpanii.

Za „Alins” jechaliśmy wzdłuż doliny i wąwozu w kierunku „Tor”. Droga przez większą część tego odcinka była jeszcze utwardzona. Dopiero przed wioską pojawił się szuter. Przed nami pozostawała wspinaczka do drugiej przełęczy tego dnia.

„Tor” wyglądało niemal jak opuszczona wioska. Stare domy, cisza i położenie w górach zrobiły na mnie duże wrażenie. Zatrzymaliśmy się na zdjęcia. Nie wiedziałem wtedy, że „Tor” ma tak niezwykłą historię.

Do „Tor” nigdy nie doprowadzono sieci elektrycznej. Dowiedziałem się o tym dopiero później, gdy zaciekawiony wioską zacząłem o niej czytać w internecie. Wtedy przypomniał mi się pracujący przy jednym z domów agregat. Przeczytałem też, że w 1896 roku trzynaście rodzin uznało się za współwłaścicieli otaczającej wioskę góry. Aby zachować prawo do ziemi, trzeba było mieszkać w „Tor” przez cały rok, czyli utrzymywać ogień w domu. Późniejsze spory o górę trwały dziesięciolecia i wiązały się ze śmiercią trzech osób.

Za „Tor” kończył się łatwiejszy odcinek drogi. jutro wam opowiem o drodze na najwyższą przełęcz na trasie „Port de Cabús”.

Do zobaczenia w terenie.
Robert 👊🙂

Adres

Ger

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy jestem w terenie opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij