19/03/2026
Wracam już, obładowana jak ten wielbłąd, co dźwigał moje toboły na Khovsgol'u. To, co się dało, założyłam warstwowo na siebie, biorąc pod uwagę ryzyko udaru cieplnego na lotnisku w Istambule. Tam grzeją bardziej niż w Ikei.
A zatem, pomijając merino gatki, to jadą na mnie: wełniane getry i 2 warstwy spodni, koszulka tiszert, merynos, sweter wełniak, gruba ozdobna bluza mongolska od Muggie, kurtka, czapka, rękawice po kieszeniach, dwa bufy i podwójne skarpety.
Starałam sie być jak najmniej zauważona przy kontroli, bo mam plecaczek przekraczający limit wagowy niemal o 100%, morin khuura w podwójnym pokrowcu i z częścią ciuchów pomiędzy nimi (w ramach amortyzatorów), szamański bęben w kształcie równobocznego trójkąta, gdzie a=60cm, w bębnie kolejny sweter, nerkę xxl pewnie 8l albo i lepiej oraz kurtkę-przemytniczkę - taki stary Mammut z pierdylionem kieszonek, w których poupychałam ciężkie gadżety typu mongolskie skamieniałe serki arule i sutejcaj w proszku.
Mój bęben nie mieścił się w tunelu, w którym prześwietlają bagaż i była konsternacja, jak go sprawdzić. Kazali otworzyć pokrowiec ale nie kwapili się do organoleptycznych oględzin. Może to respekt do szamańskich rekwizytów;) A bo to wiadomo, skąd go przytargałam? Prawda jest taka, że to zwykły bazarowy bębenek, ale ja go prezentowałam z dużym namaszczeniem, jakbym nie chciała uronić ani jednego zaklęcia. Puścili.
Tymczasem pechowo, akurat w moim bagażu głównym coś celnikom nie pasowało i wywołali mnie z tłumu. Kapnęłam się po trzecim wezwaniu że "Gruabnaw" to moje nazwisko.
Okazalo się, że piezoelektryczny zapalnik kuchenki gazowej wysłał jakiś elektryczny smog i wymagało to wybebeszenia jednej z toreb. Dobrze, że podzieliłam bagaż na kilka części i ten piezopierdółek był w najmniejszej z nich. Rozpiżyli strecz, który trzymał tobołek w jako takiej całości (i za który zapłaciłam na lotnisku 25 zł). Potem, po kontroli związywaliśmy to z urzędnikiem prowizorycznie starą folią, bo w mojej torbie jest walnięty zamek. Mam nadzieję, że nie rozpadnie się to przy przeładunku i nie pogubią moich śpiworów oraz elementów bielizny.
Przy okazji tej kontroli, obejrzeli wnikliwie mój bagaż podręczny (który wcześniej trochę ukrywałam podczas check-inu), który wygląda prawie jak główny, gdyby to wszystko zebrać razem. Wyjaśniłam, że na check-in się zgodzili (co prawda podczas innego lotu rok temu). Tym razem nie afiszowałam się instrumentami na wszelki wypadek. Dodałam, że regularnie latam z bębnem i końskimi skrzypcami, bo to mój zestaw koncertowy. Co z tego, że koncertów słucha tylko piesek Lisek u mnie w domu. Ten fakt zataiłam. Powiedziałam, że to delikatne instrumenty, dlatego ich nie wysyłam na taśmę bo już kiedyś połamali. Nawet nie skłamałam, bo owszem połamali, ale akurat nie moje skrzypce, tylko Batzoriga. Kiedyś mi o tym opowiadał.
Gdy myślałam, że przeszłam już wszystkie możliwe kontrole, nagle podczas boardingu, po zeskanowaniu mojego biletu zapalił się na pulpicie czerwony krzyżyk i niemiło zaburczał. To nie był dobry znak. Ktoś nie wprowadził do systemu informacji, że moja kupiona w Ułan Bator kuchenka gazowa typu jetboil (tylko chińska i o kilka stów tańsza) nie jest groźna dla naszego airbusa.
I znów, z pozorną obojętnością, czujnie śledziłam podejrzliwe spojrzenia mierzące moje bambetle. Czekając na uzupełnienie w systemie, starałam się miłym uśmiechem oraz rozmową rozwiać obliczenia stereometryczne związane z moim bagażem podręcznym. Co ciekawe, jeden Mongoł na bramce mówił po polsku, więc wybijanie mu z głowy wzoru na objętość brył było łatwiejsze.
W końcu machnęli ręką na mój bagaż podręczny, a jest on faktycznie podręczny, bo wzięłam wszystko, co było pod ręką.
A w Mongolii można sporo znaleźć.
Pozdrawiam z airbusa, z 11620 m n.p.m.
P.s. Jak ktoś się wybiera na Kolosy, to do zobaczenia w sobotę :)