Nierozpakowani

Nierozpakowani Podróże rodzinne z muzyką w tle.

NOKIA (Dzień 19-21): Knoxville, Pigeon Forge, Great Smoky Mountains, Blue Ridge Parkway, Boone, Buchanan, Charlottesvill...
09/12/2023

NOKIA (Dzień 19-21): Knoxville, Pigeon Forge, Great Smoky Mountains, Blue Ridge Parkway, Boone, Buchanan, Charlottesville.

No więc ogólnym celem przelotu przez pół Stanów była trasa Blue Ridge Parkway. Zanim jednak do niej doszło, znaleźliśmy się w Knoxville, Tennessee. Nikt normalny nie wie gdzie jest Knoxville, a tu się nagle okazuje, że to jakaś metropolia jest, całkiem udana, że dodam coś od siebie. Czas jednak naglił, bo w związku ze zmianą lotniska docelowego pojawiła się szansa na zobaczenie Great Smoky Mountains, których w oryginalnym planie nie było.

W planie nie było też Pigeon Forge. Nikt normalny nie wie gdzie jest Pigeon Forge, a tu się nagle okazuje, że Dolly Parton zrobiła tam park rozrywki i jest to lokalny fenomen, pełen kowbojów i muzyki country. I mają tam Hard Rocka, co skwapliwie wykorzystuję.

Wtem - góry. Komitet, który zaproponował nazwę tego pasma - Great Smoky - musiał być złożony z samych pragmatyków, bo rzeczywiście góry są spore i zamglone. Co jest całkiem fajne widokowo, a jeszcze poboczem łażą misie. Zauroczeni sytuacją dojeżdżamy do potężnego znaku - Blue Ridge Parkway.

Z nazwą tą spotkałem się kilka razy, ale dawno. Chyba nawet nie wiedziałem na 100% gdzie to i jak toto długie. Zuza wiedziała więcej i to ona kategorycznie żądała przejazdu, ale - żeby była jasność - żądanie to nie spotkało się z niechęcią , nawet sobie zdjęcie przy wjeździe zrobiłem.

BRP ma ponad 750 km i nie jest w żaden sposób odizolowana na Googlu. Jako droga o dość podrzędnej szerokości nie znajduje uznania w oczach algorytmów wyznaczających trasy i nie da się ocenić ile będziemy jechać. A w dodatku co 300 m jest punkt widokowy, bo trasa (jak sama nazwa wskazuje) prowadzi po grani pasma Apallachów. My na początku wychodzimy na każdym, bo widoki są zdecydowanie odmienne od czegokolwiek, co do tej pory widzieliśmy. Z tym, że... są ciągle takie same. Po pierwszych 200 km, częstotliwość zatrzymań gwałtownie spada, a samą końcówkę bez żalu odpuszczamy. Czy warto więc? Tak! Zdecydowanie! Ale wystarczy pierwszy odcinek (od Cherokee do Boone, przez nasz ulubiony las o nazwie Pisgah).

Po drodze napatoczyły się dość przyjemne mieściny: Boone - miasto uniwersyteckie o całkiem uprzejmej infrastrukturze, Buchanan - ze starym mostem i młodym pracownikiem jedynej w okolicy knajpy (fantastyczna Tammie's Place), który zdążył mi się po 5 minutach rozmowy zwierzyć ze swych problemów sercowych i chęci podróżowania poza stan Wirginia oraz Charlottesville - siedziba szanowanego Univeristy of Virginia oraz restauracji Oakhurst Inn z najlepszym burgerem tego wyjazdu.

Tymczasem - po raz pierwszy podczas tej podróży pojawił się deszcz. Na szczęście przelotny, więc i my lecimy dalej, I-81 na północny wschód...

NOKIA (Dzień 15-18): Las Vegas, Valley of Fire. Po ostatnim pobycie, dziecko zaczęło odczuwać perwersyjny pociąg do Las ...
08/28/2023

NOKIA (Dzień 15-18): Las Vegas, Valley of Fire.

Po ostatnim pobycie, dziecko zaczęło odczuwać perwersyjny pociąg do Las Vegas. Ja ją w tym wspieram, Zuza to zwalcza, jest 2:1, lecimy.

Vegas miało być kilkudniowym odpoczynkiem od objazdów, a nic się do tego nie nadaje lepiej niż hotel z basenem w upale. Ale my już trochę Vegas znamy. Hotele to oni mają gigantyczne, tylko baseny w nich mikre. Stąd wybór padł na Mandalay Bay, który ma basenów stado, w tym jeden z falami.

Jak się dość szybko okazało, był to basen z falą. Spory w sumie akwen w połowie był odcięty od możliwości pływania, wokół było 17 (liczyłem) ratowników, a fala była generowana raz na 5 minut i miała siłę chuderlawego informatyka. Jak tylko się ta fala pojawiała, ratownicy przybierali postury łowców rekinów, gromko pokrzykując na 3-letnie dzieci, których ta fala nie mogła powalić, choćby chciała. Przyznaje - dawno nie widziałem, żeby się jakiś hotel tak strasznie bał pozwów sądowych.

Ale ogólnie było śmiesznie, zwłaszcza w 46 stopniach, gorzej było wieczorami, jak chcieliśmy połazić po Stripie. No więc się nie da dłużej niż 5 minut, wiec sobie pozwiedzaliśmy wnętrza tych architektonicznych koszmarków, co miało ten walor, że wygrałem kasę i, że namówiliśmy dziecko na show na bazie piosenek Michaela Jacksona, który to show niszczy Bogu ducha winnych widzów.

Jako się rzekło, Vegas trochę znamy, wiec Zuza zażądała atrakcji - pierwszą był Arts District wraz z podawanymi tam obłędnym stekami, a drugą Valley of Fire. Jest to park stanowy zawierający takie skalne cuda, że nawet 46 stopni nas nie powstrzymało, chociaż tabliczki z napisem „You might DIE” nieco zaburzały rozkosz.

4 dni zleciały szybko, czas lecieć dalej. Siedzimy sobie w samolocie, kołujemy, widać Strip, mija 20 minut, mijają 2 godziny, pan kapitan opowiada, że nieopodal są burze, i że on robi wszystko, po kolejnych 30 minutach mówi, że on już chce do domu, więc wracamy do rękawa i możemy (jak chcemy) poszukać innego pilota. Nikomu z nas się to nie udaje, linie Spirit zatem odwołują lot i zapraszają po odbiór pieniędzy lub na lot w środę (a jest niedziela). Bardzo rozbawieni takim podejściem pasażerowie proponują pracownikom linii wielorakie stosunki seksualne, niekoniecznie w parach, ja tymczasem sprawdzam swoją wiedzę geograficzną, szukając kontropcji dla Atlanty. Udaje mi się znaleźć lot kolejnego dnia, są 4 miejsca, system nie chce przyjąć karty, dołączam swoje propozycje stosunków, trzecia karta działa.

Musimy jednak spędzić jeszcze jedną noc w Vegas, czemu najbardziej niechętna jest Zuza, gotowa spać na lotnisku (zwłaszcza, że lot o 6.30). Udaje się ją jednak przekonać i to był błąd, bo hotel Planet Hollywood należy zburzyć. I w dodatku przegrałem tę kasę, com ją uprzednio wygrał.

Na szczęście lot do Knoxville wystartował bez problemu 🙂

NOKIA (Dzień 13-14): Edmonton.Edmonton to ja znałem z NHL i to właściwie tyle. W różnych kręgach pojawiały się opinie, ż...
08/21/2023

NOKIA (Dzień 13-14): Edmonton.

Edmonton to ja znałem z NHL i to właściwie tyle. W różnych kręgach pojawiały się opinie, że tam nic nie ma, ale są sprawy, które trzeba ocenić samemu. Pierwsze kroki skierowaliśmy ku dzielnicy chińskiej w nadziei na dobre mięsko z ryżem, podjeżdżamy pod lokal, a tam atmosfera jakaś taka roszczeniowo-krzykliwo-odorowa. Tubylcy bowiem domagają się zwiększenia ich stanu posiadania, krzycząc na wyimaginowane osoby i roztaczając specyficzny kartonowy fetor.

Dziecko jest tej atmosferze niechętne i żąda Londynu, żona w obawie o swój stan posiadania rozważa powrót na z góry upatrzone pozycje, ja zjadam obiad, udając, że to taki folklor lokalny.

Żeby załagodzić sytuację, proponuję dzielnicę murali - Strathcona. Dzielnica okazuje się ładna, bunt w rodzinie chwilowo odroczony, zwłaszcza gdy w bonusie dorzucam centrum handlowe. Centrum handlowe ma w sobie rzekę z łodzią piracką, gigantyczny wodny park (na szczęście już nieczynny) i sklepy z kosmetykami - te jego cechy zdają się wystarczające.

Następnego dnia lekko podminowani jedziemy na śniadanie, a tu nagle ładna i pachnąca dzielnica - Crestwood - posiadająca dodatkowo w swej ofercie Starbucksa, co jest informacją w naszej rodzinie ważną. Rozochocony, brawurowo proponuję most, za mostem muzeum oraz drugi most i to całe Edmonton nieco polepsza swój nadszarpnięty wizerunek. Nie jest to miasto światowego formatu, pozostaje raczej na uboczu szlaków turystycznych, ale przy spojrzeniu z mostu lub w trakcie łażenia po nowoczesnej bibliotece miejskiej można ostatecznie przymknąć oko na opisywany wyżej miejscowy folklor i wyjechać bez poczucia bezowocnej straty czasu. A - no i tu był Boston w The Last Of Us. Trochę ujma dla Bostonu, no ale co począć 🙂

🇨🇦

NOKIA (Dzień 11-12): Jasper National Park.Nazwy Banff i Jasper są na ogół podawane na jednym wydechu i odmieniane przez ...
08/09/2023

NOKIA (Dzień 11-12): Jasper National Park.

Nazwy Banff i Jasper są na ogół podawane na jednym wydechu i odmieniane przez te same przypadki, głównie wołacz. Do miasteczka Jasper dojechaliśmy wieczorem, prezentowało się skromnie, ale nie ubogo, czas był tylko na strawę i godzinę jazdy do Hinton (bo w Jasper nie było wolnych miejsc). Nawiasem mówiąc Hinton nie. Naprawdę nie. Nie dyskutujcie ze mną w tym temacie, OK?

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w kasie kolejki gondolowej (oni tu mają jakiś fetysz tych kolejek), bo byliśmy lekko opóźnieni w stosunku do godziny na bilecie i nie chciano nas wpuścić tak z buta. Pani w kasie też nie chciała współpracować i zaproponowała wjazd za 3 godziny. Po gwałtownej wymianie inwektyw w różnych narzeczach pojechaliśmy w kierunku jakichś jezior, by przeczekać.

Jeziora Patricia i Pyramid, leżące dość blisko Jasper, są nad wyraz malownicze, ale ich główny problem polega na tym, że trzeba było je oglądać zanim zobaczyło się jeziora w Banff. Poza tym - niestety - Jasper padło ofiarą tych samych dymów, które przesłaniały Calgary. No widoczność była średnia. Przed powrotem na kolejkę pojechaliśmy jeszcze kawałek Icefields Parkway, żeby sprawdzić jak wygląda o innej porze dnia niż wczoraj i - niestety - nie zobaczyliśmy za wiele.

To samo spotkało nas na szczycie Whistlers. W normalny dzień przewróciłbym się pewnie z wrażenia siedem razy, niestety większość widoków była zasmogowana, więc główną atrakcją stały się lokalne gryzonie oraz stawanie nad przepaściami i podnerwianie Zuzy.

Dzień chylił się już ku końcowi, ale nam mało jezior. Jedziemy więc w kierunku akwenów Medicine i Maligne. Jedziemy, jedziemy, lecz nagle stajemy (wraz z innymi), bo drogą idzie sobie misio. Potem drogą idzie sobie jeleń. Potem lisek, a może kojot. Bobry stawiają tamy. Sarny patrzą z wyższością. Jeziora ładne. Zapada wieczór. W dolinie przy drodze do Hinton (tak, tego Hinton, o którym nie mówimy) śpi stado jelonków. W stawie odbijają się góry. Musimy tu wrócić bez smogu...

NOKIA (Dzień 10): Icefields Parkway, Columbia Icefield, Athabasca Falls.Niedawno wspominałem o ponownym rozpoczęciu dysk...
08/04/2023

NOKIA (Dzień 10): Icefields Parkway, Columbia Icefield, Athabasca Falls.

Niedawno wspominałem o ponownym rozpoczęciu dyskusji o pięknych widokowo drogach. Kilka dni temu na salę konferencyjną weszła trasa Going-To-The-Sun, sprała dyskutantów po pyskach i myślała, że jest taka o ho ho. Wtem, cała na biało, wparowała trasa Icefields Parkway i żarty się skończyły.

Droga łącząca parki narodowe Banff i Jasper ociera się o nieludzkie torturowanie i powinna być zamknięta. Niestety nie jest, rząd kanadyjski odpowie mi za to, ja tego tak nie zostawię!

Zaczyna się niby niewinnie, ładnym jeziorem Bow, ale wczoraj to my widzieliśmy nie takie jeziora, więc po kilku tygodniach zachwycania się tymże - jedziemy dalej. Błąd. Kolejne jezioro nazywa się Peyto, a jego brzegi pokryte są szczątkami umarłych z zachwytu. No nie ma mojej zgody na takie jeziora!

Z morderczą wręcz brawurą postanawiamy jechać dalej, odwodząc myśli o rytualnym samobójstwie. Niestety życie niczego nas nie nauczyło, postanawiamy wjechać na lodowiec. I po co, ja się pytam?

Cała organizacja wjazdu na lodowiec Columbia Icefield powinna być wykładana na uczelniach wyższych, opiewana w pieśniach i przekazywana przez pokolenia w drodze ustnych legend. Lodowiec robi piorunujące wrażenie, potęgowane przez mądre ale i dowcipne komentarze naszego kierowcy, który dodatkowo z olbrzymim szacunkiem odnosił się i do natury, i do pierwszych ludzi zamieszkujących te ziemie. A na koniec jeszcze nas zawieźli na Columbia Skywalk (szklany pomost nad przepaścią, na którym wszyscy się kładą z niewiadomego powodu).

Bardzo nie chciałem dalej jechać, nie rozumiałem co do mnie mówią dziewczyny o jakichś hotelach, obiedzie, dalszej drodze, powrocie do domu, pracy, życiu, rodzinie, koncertach Riverside, przekonała mnie dopiero obietnica wodospadu. Wodospad Athabasca jest wieloraki, ogląda się go pod różnymi kątami, również będąc przezeń oblewanym, to mnie trochę orzeźwia i wiem jedno - to była jedna z tych tras, których nie zapomnę nawet, jak mi ten Niemiec Alzheimer wszystko schowa...

NOKIA (Dzień 8-9): Banff National Park.Przyznaję - nazwę Banff poznałem stosunkowo niedawno, gdy któregoś wiosennego dni...
08/02/2023

NOKIA (Dzień 8-9): Banff National Park.

Przyznaję - nazwę Banff poznałem stosunkowo niedawno, gdy któregoś wiosennego dnia (pamiętam, padało) Zuza pokazała mi jakieś zdjęcie i powiedziała, że jedziemy.

Oczywiście okazało się, że całe to Banff to jest jakieś potężne zagadnienie, są tu wszyscy (szczególnie spora jest delegacja rodzin Patel i Singh), my jednak dotarliśmy do Canmore (taka spora baza wypadowa na Banff) pod wieczór, nieco tylko widząc z okien samochodu co tu się wyrabia. I tu przydała się różnica czasu. Wstałem sobie luźno o 2.30, poszedłem do lobby popracować w spokoju, a tu pani Concierge opowiada po nocy jakiejś rodzinie co tu należy zwiedzić oraz sprzedaje bilety wstępu na atrakcje. Podszedłem do niej, posłuchałem, nabyłem bilety i rano zaimponowałem dziewczynom pokazując plan wycieczki.

Zaczęliśmy skromnie od Lake Minnewanka, do którego urokliwości nie można się przyczepić, ale prawdziwa zabawa zaczęła się przy Lake Vermillion. Wreszcie dostąpiłem możliwości zrobienia zdjęcia jak z pocztówki, na której góry odbijają się w jeziorze. Mi też prawie odbiło, bo to jest jakiś obłęd to jezioro.

Potem było tylko gorzej. Pani z hotelu konfidencjonalnym tonem nakazała jechać do Sunshine Village i wjechać tamtejszą kolejką linową na szczyt. Kolejka jest fajna, w pewnym momencie nawet zakręca o 90 stopni, ale lądujemy w takiej ładnej kotlinie, z której nic nie widać poza kolejnym wyciągiem, tym razem takim krzesełkowym, zupełnie otwartym.

Jak pewnie wiecie, Zuza zaciekle zwalcza takie wyciągi i ona idzie na piechotę, a my z Heleną to jak sobie chcemy. Rzecz w tym, że to jest 6 km. Pod górę. W upale. Rozpoczynamy negocjacje, mamimy pięknymi widokami i dość niedużą wysokością nad poziomem morza, udaje się.

I teraz tak: ja wiem, że góry to są wszędzie. Jestem fanatykiem Tatr i nie umniejszam. Ale widok z punktu widokowego na Mount Assiniboine jest po prostu magiczny. W każdą (W KAŻDĄ!!!) stronę widać po kilka łańcuchów górskich, jeden za drugim, te odleglejsze lekko za mgłą, w dole jeziora, niedźwiadki bawią się rozkosznie, szumi wodospad.

Po bezowocnych próbach kupienia tam działki budowlanej pojechaliśmy w kierunku kanionu Johnston, przysięgając dozgonną miłość napotkanej po drodze Castle Mountain. Kanion oblecieliśmy dość szybko (na ile się dało przepchnąć Rajesha wraz z całą jego wioską), bo mieliśmy bilet na kolejną kolejkę linową, tym razem w samym miasteczku Banff.

Banff to takie - powiedzmy - Zakopane, są knajpy, sklepy z badziewiem i ładne widoki na okolicę. Kolejka linowa jest nieco na uboczu, tym razem prawilna, bez krzesełek, wjeżdżamy i ja już nie mam siły na te widoki, chcę do domu... 🇨🇦

NOKIA (Dzień 6-7): Cranbrook, Golden, Emerald Lake, Canmore.Nieco rozbici rozstaniem z Lake MacDonald wróciliśmy do Kana...
07/28/2023

NOKIA (Dzień 6-7): Cranbrook, Golden, Emerald Lake, Canmore.

Nieco rozbici rozstaniem z Lake MacDonald wróciliśmy do Kanady. Nocleg zaplanowaliśmy w Cranbrook (bo było po drodze i hotel miał basen). Niestety dopadła nas tu przeszłość i przyszłość. Hotel został zaaranżowany przez przedstawicieli tzw. First Nations (czyli natywnych mieszkańców tych okolic) w miejscu, w którym na początku XX wieku była szkoła katolicka. Dochodziło tam do wyjątkowo podłych praktyk wymierzonych w dzieci z tej społeczności. Jest dla mnie jasne, że nic nie wynagrodzi takich krzywd, ale cieszy, że ta społeczność może teraz swobodnie tamte czasy i ofiary upamiętniać...

A potem na horyzoncie pojawił się dym. Niby daleko, ale widoczność spadła dość drastycznie. Na pytanie, czy nic nam nie grozi wszyscy zgodnie odpowiadali, że absolutnie nie, jednocześnie przez telefon anulując rezerwacje na weekend. Dzień później obudziliśmy się w dość złowrogiej i lekko drażniącej gardło mgle. Nie pamiętam szybszego pakowania się do wyjazdu, po 18 sekundach byliśmy w drodze. Kanadę otóż nęka fala pożarów. Już w Calgary byliśmy świadkami tego, jak te pożary wpływają na środowisko (nic nie było widać przez pył, mimo, że pożary były setki kilometrów od miasta). Tutaj pożar zaczął się tuż obok i w ciągu 2 dni powiększył się do rozmiarów dużego miasta. Tak się kończy negowanie zmian klimatu. Nie wykończy nas Walking Dead czy The Last Of Us. Sami się wykończymy...

W lekkim oszołomieniu pojechaliśmy dalej przez British Columbię, wzdłuż rzeki Columbia, aż do Golden. Krajobraz powolutku zaczął zwiastować kolejne dni, ale najpierw do naszej historii dołączył wątek rozwodowy (jak podczas każdej podróży). Znalazłem bowiem bardzo ciekawy punkt o nazwie Golden Skybridge. Jest to trasa widokowa, z dwoma bardzo długimi, wiszącymi nad przepaścią mostami. Zuza jest dość wrogo nastawiona do przepaści i przechodzenia nad nimi niewiadomego autoramentu mostami, ale uległa pod naporem zmasowanych sił i przeszła (również samą siebie).

Żeby zmienić temat z podziału majątku i opieki nad dzieckiem, zaproponowałem jezioro. Jezioro okazało się jakimś niemalże tolkienowskim cudem natury o kolorze rodem z Photoshopa i takich samych (wstawionych) górach. Wszelkie troski natychmiast zniknęły, bo takie cuda zdarzają się za rzadko...

Nieco rozbici rozstaniem z Emerald Lake dojechaliśmy do jednego z najważniejszych punktów tej podroży - parku narodowego Banff. Nocleg w Canmore zwiastował to, co się wydarzy przez kolejne 4 dni. Ale to zwiastowanie było mocno niedoszacowane. Oj mocno...

NOKIA (Dzień 5): Glacier National Park, Whitefish, MT. Po porannym locie dronem byliśmy gotowi w dalszą podróż. Obraliśm...
07/25/2023

NOKIA (Dzień 5): Glacier National Park, Whitefish, MT.

Po porannym locie dronem byliśmy gotowi w dalszą podróż. Obraliśmy ogólny kierunek na Montanę w USA lecz na drodze stanął nam amerykański oficer graniczny, który postanowił wziąć mnie w krzyżowy ogień pytań związanych ze stemplami w moim paszporcie. Ugiął się jednak pod ciężarem mojej wiedzy geopolitycznej i z niechęcią wpuścił nas na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Po kilku minutach jazdy naszym oczom ukazał się krajobraz wodno-górski oraz napis: Glacier National Park.

Odkąd zacząłem się względnie interesować geografią Stanów (gdzieś w 1991 jak dostałem dużą rozkładaną mapę USA od wujka Grzegorz) park narodowy Glacier powodował we mnie niezdrowe odruchy gwałtownego pożądania. Chyba dlatego, że jest daleko od czegokolwiek w USA. Na szczęście nie jest daleko z Calgary i tym - jak się okazuje - prostym sposobem jestem na początku trasy o budzącej mój niekłamany zachwyt nazwie Going-To-The-Sun Road.

Pisałem już kiedyś o różnych drogach, które kończą dyskusje o malowniczości. Going-To-The-Sun rozpoczyna jednak taką dyskusję na nowo, mordując dyskutantów. Ta droga powinna być w programach szkół. Należałoby stworzyć opartą na niej religię. Przejechanie nią powinno być nagrodą w „1 z 10”. To jest 50 kilometrów absolutnego wpierdzielu. Nie boję się brawurowej tezy: to jest poziom piękna dostępny chyba tylko na Drodze Krajowej 636 Tłuszcz-Łochów!

Nie wiem ile razy wychodziliśmy z samochodu. Nie wiem ile zdjęć i filmów nagrała cała nasza trójka na 2 aparatach i 3 telefonach. Wiem, że zdjęcia tego nie oddadzą, ale pomogą we wspomnieniach.

A jeszcze na sam koniec coś mnie tknęło i pojechałem nad Lake MacDonald, ale kawałek dalej niż pokazują drogowskazy. Stanęliśmy z Zu na małym molo i k...a nie mieliśmy nic do powiedzenia.

Nocleg zaplanowany był w Whietfish. Jakież było nasze zdziwienie niesamowitą dzikozachodniością tegoż. Postanowiliśmy założyć fanklub miasta, szukamy członków - jest naprawdę przeurocze.

A rano, jak już mieliśmy ruszać do Kanady, spojrzeliśmy po sobie i uznaliśmy, że 50 km do Lake MacDonald to nie jest aż tak dużo, żeby zobaczyć je jeszcze raz. Usiedliśmy we trójkę na molo i nadal k...a nie mieliśmy nic do powiedzenia…

NOKIA - Dzień 4: High River, Lethbridge, Waterton Park. No to ruszamy w drogę. Pierwsze punkty związane są nadal z The L...
07/24/2023

NOKIA - Dzień 4: High River, Lethbridge, Waterton Park.

No to ruszamy w drogę. Pierwsze punkty związane są nadal z The Last Of Us, ale przecież wiadomo, że to tylko pretekst, by zobaczyć coś w miarę ładnego.

Miasteczko High River takie nie jest, a plan zdjęciowy został zniszczony, jako i moje marzenia o ciekawych fotkach.

Za to most w Lethbridge wynagradza trudy podróżnicze. Fotografujemy go ze wszystkich stron i odległości, żeby nic nie uronić z jego potęgi. A w pobliskim sklepie z towarami importowanymi można nabyć Grześki 🤪

Wtem sytuacja ulega zaostrzeniu. Zbliżamy się do Waterton Park, a sceneria robi się atrakcyjna widokowo. Po pokonaniu za opłatą barykad parku narodowego naszym oczom ukazuje się piękne jezioro otoczone górami, przy akompaniamencie urywającego łby wiatru. Ale nas wiatr nie pokona, po posileniu się kawą w Starbucksie, który został zbudowany w miejscu, w którym w The Last Of Us była rzeźnia kanibali idziemy na wodospad. Towarzyszą nam małe kanadyjskie dzieci, małe kanadyjskie wiewiórki i małe kanadyjskie sarenki. Nam też ciągle mało, wiec wracamy nad jezioro i serio - nie ma się do czego przyczepić, że użyję tak zblazowanego określenia, bo piszę to po odwiedzeniu punktu z kolejnego odcinka naszej podróży…

Nierozpakowani Objeżdżają Kanadę i Amerykę (NOKIA) - Dzień 1-3: Calgary.Zuza znienacka powiedziała: "A może byśmy wrócil...
07/21/2023

Nierozpakowani Objeżdżają Kanadę i Amerykę (NOKIA) - Dzień 1-3: Calgary.

Zuza znienacka powiedziała: "A może byśmy wrócili do pisania na Fejsie?" Na co ja: "Kochanie, ja mam gotowe 3 wpisy naprzód" 😃

No więc wracamy do czczej pisaniny, bo powód jest niebagatelny. Mamy zaplanowany dość brawurowy roadtrip po Kanadzie i USA, więc będzie o czym gadać! Na pierwszy ogień idzie Calgary i ten zabieg retoryczny nie jest przypadkowy, bo niestety atmosferę miejsca psuje dym z olbrzymich pożarów trawiących Kanadę, mimo że są od nas naprawdę daleko.

Miasto jednak jest fajne. Tak niezobowiązująco miłe. Mają stado wieżowców (wśród nich jeden, do którego czuję niezdrowy pociąg), mają dwie rzeki z widokami na te wieżowce, ale przede wszystkim mają kilkanaście mini dzielnic, których radosna atmosfera udziela się wycieczkowiczom od razu w pierwszych godzinach spaceru. Dla chętnych wymienię te najciekawsze: Inglewood, Kensington, Crescent Heights, 17th Ave SW, Prince's Island Park, no i Downtown.

Zuza jednak nie planuje na tym poprzestać i proponuje jakiś park, nieco dalej od centrum. Myślę sobie - dobra, podjedziemy, przejdziemy się szybko i jedziemy jeść, ale mój sprytny plan zaburza nieco wielkość parkingu pod rzeczonym parkiem.

Heritage Park bowiem, to wcale nie jest park. To wehikuł czasu, który sprawnie przenosi nas w czasy Ani z Zielonego Wzgórza. Fantastycznie zaprojektowany skansen, pokazujący życie lokalsów w czasach Dzikiego Zachodu i późniejszych dość brutalnie obchodzi się z naszymi planami godzinowymi.

Dwa dni spędzone w Calgary upłynęły więc dość rozkosznie i to nawet biorąc pod uwagę, że jednym z ważkich powodów wybrania tego miasta na początek wycieczki był serial "The Last Of Us", który tu kręcono, a który przesadnie rozkoszny nie jest. Jeżdżąc bowiem między różnymi filmowymi lokacjami mieliśmy szanse zobaczyć Calgary z wielu perspektyw i każda była zdecydowanie udana. Polecamy 🙂

STINK - Dzień 12-13: Stranger Things.Dotarliśmy zatem do głównego punktu programu (według dziecka). Atlanta (i okolice) ...
09/07/2022

STINK - Dzień 12-13: Stranger Things.

Dotarliśmy zatem do głównego punktu programu (według dziecka). Atlanta (i okolice) to mocno filmowe rejony. A to "Przeminęło z wiatrem", a to "Walking Dead" a teraz "Stranger Things". Z jakiegoś nie do końca jasnego powodu twórcy ulubionego (na ten moment) serialu Helli, kręcili odcinki w 46 różnych lokalizacjach wokół Atlanty. Helena zażyczyła sobie 35 z nich...

Jako, że "logistyka" to moje drugie imię, wyposażony w Google Maps zacząłem planować jak najprościej dostać się do tych wszystkich miejsc i nie oszaleć. Wiem teraz, że na luzie mógłbym 50 lat temu być komiwojażerem. Na szczęście dziecko podczas jazdy było nad wyraz pomocne, bo jak tylko podjeżdżaliśmy w okolicę, w której miało być coś z serialu (dom, sklep, restauracja, tory, drzewo, widok na niebo), ona dostrzegała to z półtora kilometra i na dowód pokazywała na tablecie odpowiednią scenę z filmu.

Jakie zatem filmowe lokalizacje można zobaczyć w Georgii? Cieszę się, że pytacie. Otóż są tu domy Mike'a, Lucasa, Dustina, Willa, Maxine, Steve'a i Suzie, laboratorium Hawkins, szpital, Benny's Burgers, Bradley's Big Buy, Starcourt Mall, 711, tory, po których łażono w pierwszym sezonie, Skull Rock, cmentarze, basen, gdzie pracował Billy, opuszczony młyn, a przede wszystkim szkoła w Hawkins i samo miasteczko Hawkins.

Filmowe Hawkins, Indiana było kręcone w Jackson, Georgia. Zdarzyło się Wam kiedyś poczuć, jakbyście weszli do filmu? W Jackson jest właśnie tak. Wszystko (poza witrynami sklepów) wygląda jak w serialu. Helena zaciągnęła nas nawet do jakiejś alejki między domami (nie wiem skąd ona wiedziała, gdzie ją znaleźć), w której to alejce tłukli się ze sobą bohaterowie serialu. Potem była sesja zdjęciowa na przejściu dla pieszych, naturalnie sklep z pamiątkami, a ja cały czas zastanawiałem się, czy ktoś nas nie filmuje.

Tak w ogóle, to fajna sprawa z tymi lokalizacjami, bo zdecydowana większość jest dokładnie taka, jak w serialu. Podchodzimy pod Skull Rock i ona wygląda jak Skull Rock, tylko Eddiego brakuje. Podjeżdżamy pod laboratorium Hawkins (jest to opuszczony budynek Uniwersytetu Emery) i to jest laboratorium Hawkins, a nie jakaś ściema. Domy bohaterów są w ogóle nie zmienione (mało tego, są zamieszkane, a np. przed domem Willa wisi karteczka, że za dychacza można podjeść bliżej i zrobić fotkę na progu, a bez dychacza to psami poszczuję). Bradley's Big Buy to dziś sklep o nazwie Piggly Wiggly, ale sprzedają w nim gofry Eggo's. Benny's Burgers to Tiffany's Kitchen, wszyscy mają koszulki z logo i się porozumiewawczo uśmiechają.

No i szkoła. To było naprawdę niesamowite doświadczenie, bo się tego zupełnie nie spodziewaliśmy. Jedziemy sobie spokojnie w kierunku punktu na mapie, skręcamy w lewo, a tu wielki budynek z napisem Hawkins High School (ten sam budynek grał podstawówkę i liceum). Otóż twórcy serialu dostali opuszczony budynek szkoły w Stockbridge i po prostu zrobili sobie wielką szkołę i wszystko tam kręcili. Teraz terenu broni śpiący w samochodzie ochroniarz, więc można sobie łazić do woli, zaglądać do środka, no ogólnie jest czarodziejsko.

Naturalnie największą frajdę miała Helena, ale i my się dostroiliśmy, zawody kto pierwszy znajdzie jakiś dom albo sklep były zacięte, dość powiedzieć, że przez dwa dni jeżdżenia jedliśmy tylko kolacje, a i to późno (a Hella niechętnie). Tylko Starcourt Mall rozczarował, bo jeszcze niedawno działająca galeria Gwinnett Place umarła na Covid i nie można było wejść do środka. Na szczęście pozostałe miejsca zrekompensowały to z nawiązką.

Jeśli są wśród Was podobni do nas szaleńcy, którzy chcieliby też zobaczyć te lokalizacje - mamy mapkę i zapraszamy na priv. Dla porządku wymienię tu miejscowości, które są istotne: Jackson, East Point, Atlanta, Stockbridge, Douglasville, Fayetteville, Riverdale, Stone Mountain, Rome, Lithia Springs, Palmetto, Marietta, Duluth, Tucker, Lithonia, Smyrna, Norcross, Powder Springs, Conyers.

Tak, zrobiliśmy to w dwa dni. I nie byliśmy w tym odosobnieni. Co jakiś czas mijaliśmy małe grupki fanów, wymieniając uprzejme skinienia głowy.

I co chwila natykaliśmy się na plakaty z Eddiem...

Address

Asheville, NC
28805

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Nierozpakowani posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Business

Send a message to Nierozpakowani:

Share

Pojedź z nami w świat

Cześć! Tu Zuza i Kamil. Zapraszamy Cię w podroż dookoła naszego życia. Jeździmy tak od 17 lat, a odkąd w 2004 roku kupiliśmy naszą pierwszą walizkę, jesteśmy Nierozpakowani. Od 2011 roku jeździ z nami Hella, ona też ma swoje walizki. O walizkach wiemy wszystko. Szczególnie to, co należy do nich włożyć. Powiemy Ci, co do walizki wkłada Zuza, a co Kamil. Pokażemy Ci nasze podróże z dwóch punktów widzenia. Nasze walizki kochają miejsca, w które je zabieramy i wcale nie chcą być rozpakowywane. Jesteście ciekawi, gdzie były ostatnio? Ale uwaga! Zarażamy podróżami.