15/05/2020
Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że największy problem ze szlakami długodystansowymi to niepewność, dokąd taka trasa właściwie może zaprowadzić. Dosłownie i w przenośni.
Nie jest żadną tajemnicą, że podczas wędrówki jest różnie – są różne miejsca noclegowe, różni ludzie, różne samopoczucie, pogoda, fazy księżyca, grubość ścian i tak dalej. Na to jednak każdy mniej lub bardziej jest przygotowany. Największa niepewność pojawia się w momencie, gdy okazuje się, że poprzez tą czysto fizyczną aktywność, zaczynamy opuszczać nasze „bezpieczne miejsce”, rutynę, która kołysze naszym umysłem na co dzień, pozwalając mu skupiać się na kwestiach podstawowych, bez mimowolnego zanurzania się w zaciemnione głębiny.
Będąc na szlaku, traci się kontrolę. Myśli krążą, płyną, drążą. Padają pytania, na które czasami nie można znaleźć odpowiedzi, a czasem przychodzą odpowiedzi na jeszcze niezadane pytania. Kim jestem robiąc pierwszy krok? Jaka będę stawiając ostatni?
Poświatowska napisała kiedyś: „musimy wynieść i ocalić / garść nocy / garść dni” – te słowa zawsze zabierają mnie w trasę, w las, w góry, między wiejskie chaty, o których nigdy bym się nie dowiedziała, gdybym nie zdecydowała się ruszyć. Spróbować. Zobaczyć. Odnaleźć siebie kompletnie gdzieś indziej. Usłyszeć jak brzmi mój śmiech, gdy nie mam siły niczego udawać. Milczeć wobec wielkości i bogactwa natury. Kiedy nie liczy się to, co masz, skąd jesteś, ani to czy się garbisz i śmiesznie chodzisz.
Babcia powiedziała mi kiedyś: „Co zobaczysz, to twoje. Nikt ci tego nie zabierze”.
Nigdy nie umiałam zarabiać na swoich pasjach, na tym, co naprawdę mnie nakręca i sprawia, że potrafię odetchnąć, włączyć pauzę i wyłamać się ze schematu. Nie zostanę więc nigdy ani wziętym muzykiem, ani dziennikarką z prawdziwego zdarzenia, ani podróżniczką piszącą bestsellery w stylu Wojciechowskiej. Wtedy to już nie byłaby pasja. To nie byłoby moje. Nie mogłabym wpatrywać się w niebo absolutnie spokojna i pochłonięta bezkresem. W cały ten cud wkradłaby się presja. Paragony. Przelewy. Zobowiązania.
Wolność to nie jest jeszcze jedna umowa, którą mogę podpisać.
Wolność to jest ten moment, gdy wkładam do ust czekoladkę i czuję jak powoli się rozpuszcza, mrużę oczy i wiem, że nikt nie czuje tej czekoladki tak, jak ja. Gdy gram utwór i tylko ja wiem, co on naprawdę oznacza. Gdy siadam na szczycie góry i nikt nie widzi tego co ja. Pakuję plecak i nikt nie wie jaką drogą idę, tylko ja. Kiedy nie wysiadam z tramwaju na odpowiednim przystanku, tylko jadę dalej, bo utwór, który akurat załączył algorytm Spotify, bardzo fajnie wpasował się w moje czucie i dany moment.
Wolność to świadomość tego, czego pragnę i podejmowanie decyzji, będących w zgodzie ze mną.
Każde „zostaję” i wszystkie „odchodzę”.
„Jestem” również, ponieważ w pewnym momencie zdecydowałam, że chcę.
Ponieważ tak po prostu lubię być.