08/12/2020
🇦🇲 „Ich artyleria strzelała po 8-9 godzin z rzędu. Lepiej żeby było tam mniej ochotników, oni nie wiedzą co należy robić w takiej sytuacji.” – znany armeński chirurg opowiedział o tym co zobaczył na wojnie w Karabachu w składzie samodzielnego batalionu rozpoznania.
(Poniższy tekst pochodzi z ze strony Facebook znanego ukraińskiego dziennikarza wojskowego i redaktora naczelnego portalu censor.net Jurija Butusowa, oryginał tekstu wydał portal mk.ru)
W Karabachu służył mój syn Zorik. Gdy skończył 18 lat, jak wszyscy armeńscy chłopcy został wezwany do armii dla przejścia obowiązkowej służby. Trafił do Karabachu i gdy rozpoczęła się wojna był tam już półtora roku. Mogę powiedzieć że służył on w 178 Batalionie Rozpoznawczym armii armeńskiej.
Powróćmy do wydarzeń 27 września. W momencie rozpoczęcia działań bojowych, od razu siadłem w samochód i pojechałem do Stepanakertu. Już w pierwszy dzień spotkałem syna w odległości 5 kilometrów od jego wyjściowej pozycji. Zostali ewakuowani w las gdyż atak Azerbejdżanu rozpoczął się od ostrzelania wszystkich naszych pozycji z dronów. Po spotkaniu z synem wyruszyłem do obwodowego szpitala w Stepanakercie gdzie zwożono wielu rannych.
Pierwsze dwa dni operowałem rannych i pomagałem miejscowym lekarzom w kwestiach organizacyjnych. 29 września zadzwonił do mnie syn i powiedział że przerzucają ich na północ. Od razu pojechałem do niego samochodem. Dogoniłem go po drodze. Zostawiłem samochód, siadłem w ich „Ural” i pojechałem na front. Następne 40 dni byłem już żołnierzem w oddziale syna.
Byliśmy we najgorętszych miejscach frontu. Po północy – Dżyrakan, Hadrut, znów Dżyrakan, „dziewiąty kilometr” – skrzyżowanie dróg na Dżyrakan, Hadrut i Fizuli. Byliśmy wszędzie a przeżyliśmy tylko dzięki woli Bożej.
Jak udało się niewojskowemu uzyskać pozwolenie do bycia na froncie razem z synem i to jeszcze w batalionie rozpoznawczym?
Tam były tysiące ochotników niemających żadnych związków z wojskiem. Żołnierze szanowali mnie jako lekarza, wiele razy udzielałem pomocy medycznej bezpośrednio na pozycjach. W Krasnym Bazarze Azerowie mocno bombardowali szkołę. Oczywiście była w niej nasza jednostka, we wszystkich szkołach tak było. Było tam wielu rannych. Udzielałem im pierwszej pomocy, potem wywozili ich do Stepanakertu.
Straty były duże?
W naszej grupie która wchodziła w skład batalionu rozpoznania było 4 zabitych i 12 rannych. Jej stan osobowy na początku wynosił 27 osób, pozostało 17. Ich artyleria mogła godzinami walić po naszych pozycjach. Na północy bywało że nasz posterunek był pod ostrzałem przez 8-9 godzin bez przerwy. Artyleria miała bardzo różne kalibry. Jeśli strzelał moździerz 60mm oddychaliśmy z ulgą i mówiliśmy Sława Bogu, „Grady” trafiały już bliżej, o samolotach i dronach nawet nie ma co wspominać.
Wykorzystanie dronów to główna „wizytówka” tej wojny. Jak ich używano?
Drony używano do różnych celów. Miały trzy, cztery rodzaje. Jedne służyły do naprowadzania na cele. Przylatywał dron i 4 minuty później artyleria trafiała bardzo celnie. Tak było w Dżyrakanie gdy artyleria włączyła się dokładnie po 4 minutach. Pomyślałem wtedy że już umarliśmy. Niczego nie czułem. Niczego nie widziałem. Wszędzie był czarny dym, na moje ciało spadały kamienie i jakieś odłamki. Krzyczałem Zorik! Zorik! – wołałem syna po imieniu, innych również. Odezwali się i zrozumiałem że żyją. Potem dym się rozpłynął. Obok stały trzy nasze czołgi. Zobaczyliśmy że w jeden z nich trafił pocisk. To było całkiem blisko nas. To znaczy że dron przekazał położenie czołgu a my byliśmy obok. Były też drony które po prostu zbierały dane. Zdarzały się również „kamikadze” które same spadały na cel i wybuchały. Wszystkich rodzajów dronów używano najaktywniej przez pierwsze dwa tygodnie.
Czy syn został ranny?
Tak. Byliśmy we wsi Saruszen, niedaleko Krasnego Bazaru. Przed nami znajdowało się tzw. Piekielny Jar. Było tam 7-8 wsi. Naprzeciwko długi grzbiet górski po którym można było dostać się do Szuszy. Azerowie mieli za zadanie tam się dostać. Na nas osobliwie nie zwracali uwagi choć czasem z ich strony nas ostrzeliwano. Byliśmy tam w jednym miejscu na pierwszym posterunku. Kwaterowaliśmy w stacji straży pożarnej. Nagle zaczyna się ostrzał moździerzowy. Pocisk pada na sąsiedni dach. Wybiegliśmy by schować się w najbliższym okopie. Trzeci, czwarty strzał i dosięgła nas fala uderzeniowa. Znów dym, znów niczego nie widziałem. Syn i jego towarzysze byli z przodu i ich odrzuciło, ja krzyczałem. Na kilka minut straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, zacząłem szukać u syna pulsu. Nie od razu go znalazłem bo nie mogłem odwinąć mu rękawa, ale na szczęście rana nie była bardzo duża.
Bywały jeszcze poważne sytuacje?
Oczywiście. Było tak, że pocisk upadł zaraz obok nas i odłamek przebił skroń naszego 19-letniego przyjaciela. Zginął na miejscu. Był jeszcze jeden dobry i bliski przyjaciel syna. Zginął w Hadrucie w tych jarach. Wielu naszych towarzyszy było rannych. Widziałem też dużo ciał zabitych innych żołnierzy. Nie tylko my byliśmy w Dżyrakanie, były też inne oddziały. Było wiele ciężkich sytuacji. Mi 43-letniemu, trudno było dorównać osiemnastolatkom ale nawet na metr nie odstępowałem syna.
Gdzie chowano się w czasie bombardowań?
Jeśli było bombardowanie lub po prostu w trakcie wymiany ognia, wchodziliśmy w „szczeliny”. Posterunek to siedem punktów obserwacyjnych, dziesięciomiejscowy „blindaż” i dwunastomiejscowa „szczelina”. I takich posterunków było wiele. Zdarzało się że przeciwnik atakował nasze pozycje, następowała walka wręcz… Zdarzało się że tłukli 9 godzin po jednym posterunku ze wszystkich rodzajów artylerii. Pod takim ostrzałem idziesz na punkt obserwacyjny. Trzeba tam dyżurować dwie godziny potem zmiana. Droga z punktu obserwacyjnego do „szczeliny”, na niej możesz pozostać na zawsze. W Dżyrakanie było bardzo ciężko. Kilometry pozycji, ogromna otwarta przestrzeń. Bardzo nierówna walka była. Mimo tego nasze wojska, nasi osiemnastoletni wojownicy bili się bohatersko.
Wielu było ochotników?
Bardzo wielu. Ale lepiej żeby było ich mniej. Weźmy nasze posterunki. Regularna armia „trzyma” takie pozycje siedmioma, ośmioma ludźmi. Ale gdy dodaje się tam jeszcze dwudziestu ochotników, w szczelinie nie wystarczy miejsca dla wszystkich. Ktoś zaczyna siać panikę. Dlatego mówię: lepiej żeby regularna armia sama sobie z tym poradziła. Armia Karabachu wykazywała bardzo wysoką wartość bojową. Była bardzo profesjonalnie przygotowana do wykonania zadania obrony Karabachu. Gdyby walczyli tylko osiemnastoletni chłopcy, myślę byłoby lepiej niż ta powszechna mobilizacja którą u nas ogłoszono. Dlatego że nasza armia dobrze wie co należy robić. A ochotnicy źle to sobie wyobrażali. Uważam że mobilizacja powinna zostać przeprowadzona inaczej.
Byłem na wzgórzach Hadrutu i sam wszystko widziałem. Wciąż nie rozumiem jak Azerom udało się zdobyć te pozycje ale nie jestem specjalistą wojskowym. Prawdopodobnie ci Azerowie byli po prostu dobrze przygotowani do takich górskich operacji. Dlatego że, gdy zdobywali Szuszę nasza artyleria bardzo celnie po nich biła. Niestety pomimo tego udało im się tam przedostać.
❗️W „Napisać Wschód” większość informacji przekazujemy za pomocą autorskich tekstów i nie ulegnie to zmianie. Format taki jak powyżej może pojawić się gdy stwierdzimy że dany tekst wart jest waszej uwagi. Dajcie znać czy chcecie widzieć więcej podobnej treści.
📷 Defence Ministry of Armenia / Reuters
🖊 Przełożył Tomasz Komar