31/08/2022
Dzień trzeci, Ostrowo - Ciekocino, około 57 km
Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Od wczorajszego popołudnia, czasami zacinający poziomymi strugami, aż po dziś rano. Zaplanowałam na ten dzień długi odcinek, a tu komuś na górze przewróciło się wiadro z wodą.
Spakowana, przyszykowana czekam, aż przestanie padać. Niestety, nie mogę czekać w nieskończoność, bo pokój muszę opuścić o 10.
Wybiła sądna godzina, od jakiś 10 minut nie pada. No cóż, pora jechać.
Ledwie zamykam za sobą bramę i już czuję krople na twarzy.
Przychodzi mi na myśl, żeby zapytać właściciela pensjonatu, czy mogę jeszcze trochę poczekać, ale w końcu stwierdzam, że trudno, życie, najwyżej pojeżdżę krócej.
I tak następne pół godziny mija w towarzystwie deszczu, który niekoniecznie chce się zdecydować, czy ma padać, czy nie.
Największy ból czterech liter sprawił (poza siodełkiem roweru...) widok stada żurawi, na oko z 50 sztuk. Czemu? Ano dlatego, że jechałam drogą bez pobocza i padało, co skutecznie uniemożliwiło wyjęcie aparatu.
Nagroda przyszła później. Gdy zjeżdżam wreszcie z asfaltówki, mijam Karwieńskie Błota II, trafiam na mega wygodną ścieżkę przez las. Ścieżkę, która zawiedzie mnie do Dębek, na najlepszego gofra, jakiego jadłam od wieków 😍😍😍
Kawka, goferek, chwilowe zejście na plażę. Na horyzoncie widać mega czarne chmury.
Jestem w dupie, bo najbliższe ok. 10 kilometrów do Białogóry to brak cywilizacji. Jak mnie złapie ulewa, nie ma gdzie się schować.
Życie.
W końcu dojeżdżam do pierwszego zejścia na plażę właśnie w Białogórze. Piękna, szeroka ścieżka aż woła, żeby się nią przejechać nad morze. Tak też robię i otwieram oczy ze zdumienia - przejaśnia się! Nad morzem niebo jest błękitne, dalej na zachód nad lądem też. Morale od razu wzrasta 🙂 A plaża? Najpiękniejsza na świecie!
Jednak do Łeby wciąż daleko. Chyba już się godzę z tym, że tego dnia tam nie dojadę. Nie wiem, jakim cudem Google pokazywał 55 km od Ostrowa, jak ja w Białogórze już miałam 30, a do Łeby wciąż było 34...
Na obiad zatrzymuję się przy plaży w Lubiatowie. Smażalnia z widokiem na morze, który na szczęście wynagradzał półgodzinne oczekiwanie na pierogi, pomimo że nikogo przede mną nie było.
Zaczynam powoli szukać noclegu. Wybór pada na Sasino, w którym to byłam w lipcu. Stwierdzam, że jak będę już bliziutko to zadzwonię do obiektu, który wybrałam.
Na tych wyczekanych pierogach myślałam sobie, że jakoś obyło się dziś bez przygód. No i niestety, wykrakałam.
Noclegu szukam pół godziny. Zadzwoniłam chyba w 12 miejsc i dopiero w trzynastym, oddalonym ode mnie o kolejne 5 kilometrów mogę się zatrzymać. Jednak właściciel jest w Gdańsku, będzie dopiero za półtorej godziny.
Tak więc nadrabiam prawie 4 kilometry drogi, żeby podjechać sobie na plażę i trochę polenić :) Dzwonie do rodzinki i nagle bach, telefon jest bliski rozładowania. Szybko kończę i ruszam w drogę do Ciekocina. Zdążam jeszcze zerknąć na nawigację i... komórka pada.
Wiecie, niby nic. Zobaczyłam, co, gdzie i w ogóle, jednak nie mieć kontaktu ze światem będąc na zadupiu nie jest komfortowe.
Dojeżdżam do Malinowego Dworku o umówionej godzinie i nic, właściciela nie ma. Siedzę i siedzę pod bramą i czekam. 5 minut, 10, 15... Gdy wybija 20 minut postanawiam spróbować zatrzymać jakiś samochód, żeby zadzwonić do tego pana. I co za zdziwienie, gdy w pierwszym samochodzie jedzie właśnie pan właściciel! Spóźniony, nie spóźniony, witam go z ogromnym uczuciem ulgi.
I tak stuknęło 57 kilometrów, czyli dalej, niż Google pokazywał do Łeby. A wciąż pozostało mi do niej prawie 20 kilometrów 😅