Podróże - i te małe, i te duże

Podróże - i te małe, i te duże podrozeduzeimale.wordpress.com

Bądźcie mi towarzyszami w podróżach, tych mniejszych i tych większych - tatrzańskich wyrypach i zagranicznych wojażach.

A ja uwielbiam zimę ❤️
14/12/2022

A ja uwielbiam zimę ❤️

I pare zdjęć z wczoraj (bo dzisiejszy post był o wtorku 🙂). Pisałam w pociągu i zdjęcia się nie załączyły ☹️
31/08/2022

I pare zdjęć z wczoraj (bo dzisiejszy post był o wtorku 🙂). Pisałam w pociągu i zdjęcia się nie załączyły ☹️

31/08/2022

Dzień trzeci, Ostrowo - Ciekocino, około 57 km

Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Od wczorajszego popołudnia, czasami zacinający poziomymi strugami, aż po dziś rano. Zaplanowałam na ten dzień długi odcinek, a tu komuś na górze przewróciło się wiadro z wodą.
Spakowana, przyszykowana czekam, aż przestanie padać. Niestety, nie mogę czekać w nieskończoność, bo pokój muszę opuścić o 10.
Wybiła sądna godzina, od jakiś 10 minut nie pada. No cóż, pora jechać.
Ledwie zamykam za sobą bramę i już czuję krople na twarzy.
Przychodzi mi na myśl, żeby zapytać właściciela pensjonatu, czy mogę jeszcze trochę poczekać, ale w końcu stwierdzam, że trudno, życie, najwyżej pojeżdżę krócej.
I tak następne pół godziny mija w towarzystwie deszczu, który niekoniecznie chce się zdecydować, czy ma padać, czy nie.
Największy ból czterech liter sprawił (poza siodełkiem roweru...) widok stada żurawi, na oko z 50 sztuk. Czemu? Ano dlatego, że jechałam drogą bez pobocza i padało, co skutecznie uniemożliwiło wyjęcie aparatu.
Nagroda przyszła później. Gdy zjeżdżam wreszcie z asfaltówki, mijam Karwieńskie Błota II, trafiam na mega wygodną ścieżkę przez las. Ścieżkę, która zawiedzie mnie do Dębek, na najlepszego gofra, jakiego jadłam od wieków 😍😍😍
Kawka, goferek, chwilowe zejście na plażę. Na horyzoncie widać mega czarne chmury.
Jestem w dupie, bo najbliższe ok. 10 kilometrów do Białogóry to brak cywilizacji. Jak mnie złapie ulewa, nie ma gdzie się schować.
Życie.
W końcu dojeżdżam do pierwszego zejścia na plażę właśnie w Białogórze. Piękna, szeroka ścieżka aż woła, żeby się nią przejechać nad morze. Tak też robię i otwieram oczy ze zdumienia - przejaśnia się! Nad morzem niebo jest błękitne, dalej na zachód nad lądem też. Morale od razu wzrasta 🙂 A plaża? Najpiękniejsza na świecie!
Jednak do Łeby wciąż daleko. Chyba już się godzę z tym, że tego dnia tam nie dojadę. Nie wiem, jakim cudem Google pokazywał 55 km od Ostrowa, jak ja w Białogórze już miałam 30, a do Łeby wciąż było 34...
Na obiad zatrzymuję się przy plaży w Lubiatowie. Smażalnia z widokiem na morze, który na szczęście wynagradzał półgodzinne oczekiwanie na pierogi, pomimo że nikogo przede mną nie było.
Zaczynam powoli szukać noclegu. Wybór pada na Sasino, w którym to byłam w lipcu. Stwierdzam, że jak będę już bliziutko to zadzwonię do obiektu, który wybrałam.
Na tych wyczekanych pierogach myślałam sobie, że jakoś obyło się dziś bez przygód. No i niestety, wykrakałam.
Noclegu szukam pół godziny. Zadzwoniłam chyba w 12 miejsc i dopiero w trzynastym, oddalonym ode mnie o kolejne 5 kilometrów mogę się zatrzymać. Jednak właściciel jest w Gdańsku, będzie dopiero za półtorej godziny.
Tak więc nadrabiam prawie 4 kilometry drogi, żeby podjechać sobie na plażę i trochę polenić :) Dzwonie do rodzinki i nagle bach, telefon jest bliski rozładowania. Szybko kończę i ruszam w drogę do Ciekocina. Zdążam jeszcze zerknąć na nawigację i... komórka pada.
Wiecie, niby nic. Zobaczyłam, co, gdzie i w ogóle, jednak nie mieć kontaktu ze światem będąc na zadupiu nie jest komfortowe.
Dojeżdżam do Malinowego Dworku o umówionej godzinie i nic, właściciela nie ma. Siedzę i siedzę pod bramą i czekam. 5 minut, 10, 15... Gdy wybija 20 minut postanawiam spróbować zatrzymać jakiś samochód, żeby zadzwonić do tego pana. I co za zdziwienie, gdy w pierwszym samochodzie jedzie właśnie pan właściciel! Spóźniony, nie spóźniony, witam go z ogromnym uczuciem ulgi.
I tak stuknęło 57 kilometrów, czyli dalej, niż Google pokazywał do Łeby. A wciąż pozostało mi do niej prawie 20 kilometrów 😅

Dzień drugi, Jastarnia - Ostrowo, 43 kmPostanowiłam wstać bez budzika. Co za zdziwienie, gdy rano, po przebudzeniu na ze...
29/08/2022

Dzień drugi, Jastarnia - Ostrowo, 43 km

Postanowiłam wstać bez budzika. Co za zdziwienie, gdy rano, po przebudzeniu na zegarku zobaczyłam 7 rano. No cóż, życie, przynajmniej dzień będzie dłuższy 🙂 Po niespiesznym śniadaniu ruszam dalej w drogę. Dokąd? Na zachód, a gdzie dotrę to się okaże. Pogoda miała nie być zbyt przychylną, toteż planem minimum było Władysławowo. Tak też ruszyłam ponownie malowniczym szlakiem wzdłuż Zatoki Puckiej.
Malowniczym, ale pizgajacym złem. Wiatr o stałej prędkości 30 km/h, zacinający w twarz, to niezbyt miły towarzysz jazdy. Po kilku kilometrach i coraz bliższej perspektywie zapalenia ucha postanawiam zjechać trochę z trasy i przejść na drugą stronę Półwyspu, nad otwarte morze. Przy najbliższej przecince przebijam się przez ruchliwa drogę i tory kolejowe. Zejście na plażę okazuje się mega wąskie i piaszczyste, niezbyt przyjazne dla rowerów.
Postanawiam zaufać Polakom, że nasza złodziejska przywara odeszła do lamusa. Kitram rower za drzewem i kilkadziesiąt metrów idę na lekko. Nad morzem jest dużo spokojniej, bardzo przyjemnie. Jedynie perspektywa deszczowej prognozy powoduje, że postanawiam zawrócić. No i jednak obawa, że moja wiara w ludzi okaże się złudna i do Władka będę musiała iść pieszo, a do Warszawy (czy też Gliny) wrócę bez roweru.
Na szczęście rower był tak samo skitrany jak go zostawiłam, więc pora ruszyć w drogę.
Ale co to, tyle piachu i jeszcze ciągle stromo pod górę i w dół (wydmy)? A tu k**i taka piękna, leśna ścieżka.
Postanawiam olać wygodną kostkę nad Zatoką i pojechać przez las, gdzie...
Trafiam na jeszcze bardziej zapiaszczoną drogę, aż muszę prowadzić rower.
Nie, nie, nie, nie tak miało być.
A co to, kolejna piękna, leśna ścieżka? Nie mogę się oprzeć pok**ie opuszczenia tony piachu. Szybko dojeżdżam do torów. Nie chcę przechodzić na dziko, wiec jadę wzdłuż nich. Robi się coraz bardziej wąsko, oblepia mnie coraz więcej pajęczyn, aż w końcu postanawiam trochę zawrócić i jednak przejść na dziko. W końcu pociągi jeżdżą tu bardzo rzadko.
Przechodzę przez trasę kolejową, potem muszę przetorować sobie drogę przez las, łapiąc jeszcze więcej pajęczyn. Udaje się dotrzeć do drogi, uff. Chwilę później przejeżdża pociąg... Pluję sobie w brodę za swój debilizm. Jakbym trafiła na tory dosłownie 2 minuty wcześniej, nie skończyłabym w jednym kawałku. Postanawiam nigdy więcej nie popełnić takiej głupoty, bo inaczej swojego zachowania nazwać nie umiem. I wam to odradzam, potraktujcie to jako przestrogę.
Niestety kolejnym nieszczęściem, następstwem swojego radosnego opuszczenia, jak się okazało wygodnej ścieżki do oficjalnego wejścia na plażę, okazuje się baaaardzo ruchliwa droga przez Półwysep. Z nadzieją patrzę na mapę, że uda mi się ją jakoś ominąć. Niestety nie.
W końcu z braku możliwości wjeżdżam na trasę. Dosłownie z duszą na ramieniu. Nawet ktoś przy mnie zwolnił, trąbiąc z ochrzanem, że przecież jest ścieżka. Ok, ale kilkadziesiąt metrów za podmokłym lasem, po drugiej stronie drogi. Tego kierowca najwyraźniej nie wiedział. Lub nie lubił rowerzystów.
Z ogromną ulgą przyjmuję ujawnienie się ścieżki, która odbiła od zatoki i zaczęła prowadzić wzdłuż drogi!!!
Do Władka dojeżdżam już bez przygód. Postanawiam poszukać pomnika Korona Himalajów, namiastki gór na wybrzeżu. Trochę błądzę, jednak wkrotce dojeżdżam na miejsce.
Pomnik składa się z 14 skał, symbolizujących każdy z ośmiotysięczników wraz z informacjami o najważniejszych osiągnięciach Polaków na każdej z gór. Pomnik powinien więc nazywać się Korona Himalajów i Karakorum, tak gwoli ścisłości 🙂
Po zjedzeniu pysznego gofra ruszam w stronę Rozewia i Jastrzębiej Góry. Po drodze spontanicznie, pieszo, zbaczam do Łebskiego Żlebu, kolejnej wydawałoby się górskiej formacji.
Zajeżdżam również pod latarnię morską Rozewie, jednak z racji kolejki odpuszczam wejście na górę.
Kolejne zejście ładnych kilkanaście metrów w stronę morza to plaża w Jastrzębiej i obelisk Gwiazda Północy. To tutaj znajduje się najdalej na północ wysunięty punkt w Polsce.
Niestety chmury mocno się piętrzą, a na horyzoncie widać ciemność. Czyżbym jednak miała nie uniknąć deszczu?
Niestety, z 5 minut później zaczyna lać. Chowam się pod dachem jakiejś zamkniętej już budy z rybami z frytury i obmyślam dalszy plan.
Może knajpa? A może jechać dalej i zobaczyć, jak to będzie?
Deszcz na szczęście odpuszcza i ruszam w stronę Karwi.
Ścieżka jest genialna. Równiutki asfalt prowadzący wzdłuż (uregulowanego :( ) koryta rzeki Czarna Wda. No i niestety, ulewa jednak mnie nie omija. Na szczęście udało się schować pod drzewami. Nie trwa to jednak długo. Postanawiam przejechać bodajże 4 kilometry do wsi Ostrowo i tam przeczekać deszcz w jakiejś knajpie, mniej zatłoczonej niż w Jastrzębiej.
42 kilometry w nogach i niestabilna pogoda sprawiają, że odpuszczam i zostaję w Ostrowie na noc.
A jutro? Może uda się dotrzeć do Łeby (55 km)... a może nie? :)
To się okaże, ponownie spontanicznie.

No hejka 🙂 Rowerowy wypad nad morze, tuż przed powrotem do pracy po dłuuuugiej przerwie. Bez planu, bez niczego. Totalni...
28/08/2022

No hejka 🙂 Rowerowy wypad nad morze, tuż przed powrotem do pracy po dłuuuugiej przerwie.
Bez planu, bez niczego. Totalnie nie w moim stylu. W zasadzie dopiero w przeddzień wyjazdu zdecydowałam się na kierunek. Nie wiem, dokąd dojadę, kiedy tak naprawdę wrócę. I wiecie co? Jestem w szoku, ale podoba mi się to! 🙂
Nie zamierzam cisnąć kilometrów na siłę, to ma być relaks. Tak więc dziś, po spokojnej podróży pędolino do Gdyni i totalnie odmiennej do Helu, przejechałam się trochę Półwyspem Helskim do Jastarni. A popołudniu relaksik na plaży i wieeeelki, pyszny gofr 😍😍😍

Rowerowe popołudnie. Ujście Świdra do Wisły robi wrażenie! W tle trochę warszawskiego Manhattanu :)
15/05/2022

Rowerowe popołudnie. Ujście Świdra do Wisły robi wrażenie! W tle trochę warszawskiego Manhattanu :)

Park Narodowy Ujście Warty - najmłodszy z polskich parków narodowych - był moim marzeniem odkąd wkręciłam się w ptasiars...
29/10/2021

Park Narodowy Ujście Warty - najmłodszy z polskich parków narodowych - był moim marzeniem odkąd wkręciłam się w ptasiarstwo :) Jesień to czas migracji na południe gatunków zarówno lęgowych, jak i z mroźnej północy. Tysiące gęsi, setki żurawi, powietrze głośne od klangoru i... gęgania? Nie mam pojęcia, jak się nazywa gadanie gęsi 😅 W każdym razie polecam każdemu! Udało się nawet z wózkiem, a Młody większość obserwacji na szczęście przespał :)

Kwiecień plecień... ;) Wiosna ma w tym roku utrudnione zadanie, kwiecień już dawno nie był tak chłodny. A ja nie kojarzę...
26/04/2021

Kwiecień plecień... ;) Wiosna ma w tym roku utrudnione zadanie, kwiecień już dawno nie był tak chłodny. A ja nie kojarzę, żebym kiedykolwiek pod koniec tego miesiąca nosiła zimową kurtkę!

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że w przypadku Bałtyku, najlepsze warunki do obserwacji ptaków występują tutaj właśnie zim...
17/02/2021

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że w przypadku Bałtyku, najlepsze warunki do obserwacji ptaków występują tutaj właśnie zimą. Czemu? Otóż do Polski zlatują się wtedy przedstawiciele wielu niewidywanych w innych porach roku gatunków. I tak dzięki wycieczce do ujścia Wisły na Wyspie Sobieszewskiej miałam okazję spełnić jedno ze swoich ornitologicznych marzeń - zobaczyć lodówkę!
Tak, jest taki ptak, o wdzięcznej nazwie lodówka ;) Ale jakże urodziwy! Niestety, wiatr hulał na całego i ciężko było mi zrobić jakieś wyględne zdjęcie, gdy obiektyw aparatu żył własnym życiem. Pokazuję wam więc samicę tej kaczki. Samiec ma niesamowity, długi ogon, czarny i cieniutki. Lato spędzają daleko na północy, zimą odwiedzają Polskę.

Wtorek lub środa. W telewizji pokazują Bałtyk. Słońce, piasek przykryty grubą warstwą śniegu. Wizualizacja mojego marzen...
15/02/2021

Wtorek lub środa. W telewizji pokazują Bałtyk. Słońce, piasek przykryty grubą warstwą śniegu. Wizualizacja mojego marzenia, by zobaczyć morze zimą. W lutym nad Bałtykiem byłam kilkukrotnie, jednak w ostatnich latach tego śniegu było jak na lekarstwo. Zima, a nie zima.
Hotelarstwo "odmrożone", a moja stęskniona podróży duszyczka wręcz wołała o jakiś wyjazd. Podejmujemy z Kubą dość spontaniczną decyzję, jedziemy nad morze! :)
Padło na Kąty Rybackie, czyli nie do końca nad Bałtykiem, a nad Zalewem Wiślanym. Jednak później okazało się, jak słuszna była to decyzja, by pojechać w spokojne, nieoblegane miejsce. Tłum walący do Stegny czy Krynicy Morskiej przyprawiał o dreszcze w epoce wciąż stresującego koronawirusa.
W sobotę ruszamy na spacer na plażę, z Kątów to jakieś 1,3 km... po górach. Nie pomyślałabym, że wydmy Mierzei Wiślanej są aż tak wysokie? Nie wiem, jak to nazwać, ale było dużo ciężej niż się spodziewałam :o A tamtejszy, ośnieżony las to czysta bajka, daleki od boru sosnowego, standardowo porastającego wydmy.
W końcu, po wyjściu zza kolejnej wydmy szum morza staje się jeszcze wyraźniejszy i wreszcie się pojawia! Spienione wierzchołki fal potwierdzają siłę wiatru, który w porywach miał przekraczać prędkość 70 km/h! Pomimo temperatury 1-0 stopnia i słonecznej aury konieczne było założenie dwóch kurtek i legginsów pod spodnie by nie zamarznąć na kość.
Bałtyk jest cudowny!
Wracamy na chwilę do pokoju i wczesnym popołudniem ruszamy w sentymentalną podróż do Stegny, miejsca, w którym kilkukrotnie jako małe dziecko spędzałam wakacje. Czy domki z dykty przetrwały próbę czasu?
Nie przetrwały, jednak raczej ze względu na rentowność. Preferencje turystów się zmieniają, kartony odeszły do lamusa. Jednak nie powiem, znalazłoby się w Stegnie pare ośrodków, które w niezmienionym stanie trwają od późnych lat 90.
Czas na gofra! Żaden pobyt nad Bałtykiem nie może się bez niego obyć, to klucz całego programu wycieczki. Na szczęście przy głównym wejściu na plażę działa cukiernia i mogę zanurzyć zęby w ciepłym gofrowym cieście, pokrytym pyszną bitą śmietaną 🤤
W Stegnie wieje jeszcze bardziej niż w Kątach. Tym bardziej podziwiam morsy, którzy taką pogodę wybrali na kąpiel w morzu. Wracamy.
Szybki obiad i jeszcze krótka wycieczka towarzyska do Gdańska :) Aniu, to był super wieczór!
To w ogóle był super dzień.

Większość z was kojarzy mnie zapewne z górami :) Może więc zaskoczę niektórych, że mam prawdziwy fetysz... wody w krajob...
08/01/2021

Większość z was kojarzy mnie zapewne z górami :) Może więc zaskoczę niektórych, że mam prawdziwy fetysz... wody w krajobrazie. Uwielbiam wijące się leniwie rzeki lub też takie płynące "na złamanie karku". Jeziora, w których odbijają się promienie słońca albo takie ze zmarszczkami od kropli deszczu. W samych właśnie górach zawsze szukam stawów, a jak są - wodospadów. Przyjeżdżając nad Bałtyk, w zasadzie od maleńkości, pierwszym ruchem było pójście na plażę i zanurzenie ręki w słonej wodzie, oczywiście starając się nie zamoczyć przy tym wszystkiego innego ;) Tradycję tę praktykuję do dziś, często ku uciesze Kuby, który zawsze czeka, aż jakaś zagubiona fala zaleje mi buty lub nawet spodnie (było i tak).
Tak więc kiedy poraz pierwszy, po już chyba milionie pobytów w Połańcu, udało mi się dotrzeć nad samą Wisłę, musiałam tu trafić ponownie przy najbliższej możliwej okazji (czyli w środę). Zimowy, dziki łęg i zakola rzeki to prawdziwa magia. Polecam każdemu, kto trafi w okolice :)

Zimowy (no powiedzmy, bo na razie z tą zimą krucho) spacer nad Zalewem Chańcza :) Chańcza to największe jezioro w wojewó...
03/01/2021

Zimowy (no powiedzmy, bo na razie z tą zimą krucho) spacer nad Zalewem Chańcza :) Chańcza to największe jezioro w województwie świętokrzyskim. Latem przyciąga tysiące ludzi, o tej porze roku jest jednak bardzo spokojnie. Aż by się chciało gdzieś przysiąść na gorącą herbatkę i jakieś ciacho, ale cóż, trzeba na to jeszcze trochę poczekać :)

Adres

Warsaw

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Podróże - i te małe, i te duże umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Podróże - i te małe, i te duże:

Udostępnij