18/07/2020
Dzień 18, Istebna - Ustroń Zdrój
Skoro świt sturlałyśmy się z łóżka na pyszne śniadanie przygotowane przez panią Krystnę K. Powszechnie wiadomo, że śniadanie daje moc 💪, a kawa budzi do życia - a że jej już nie wypiłyśmy to półprzytomne ruszyłyśmy na szlak, do którego musiałyśmy dziś trochę dojść. Do lasu poprowadził nas bardzo gościnny pies 🐶 właścicieli. Kiedy psa zabrakło, pojawiły się znaczki do Przełęczy Kubalonka.
Trudności na dzień dobry dodał fakt mokrego szlaku. Gdyby komuś wydawało się, że kłody rzucane pod nogi to coś złego to bzdura. Dementi:) Bale na drodze w lesie pozwoliły przejść sucho przez mokradła. Problemem było tylko złapanie odpowiedniego balansu...
Tak jednak szybko zużywa się energię, idąc bezkofeinowo postanowiłyśmy doładować baterie kawą w pobliskiej karczmie (dodam, że kryzys był taki, że wchodząc połowa zespołu 😂 nie zauważyła wielkiego napisu "wejście do karczmy" tuż przy drzwiach i ruszyła schodami w górę.. Chyba z przyzwyczajenia, że droga napewno wiedzie w górę 😂). Tam usłyszałyśmy wymowne słowa piosenki z filmu "Once":
"Take this sinking boat and point it home"
Cóż było zrobić, trzeba było poprowadzić tę tonącą łódź do portu, czekały na nas pierwsze bezimienne podejścia ⏭ w przewodniku nazwane: Beskid (824 m n.p.m) , spotkałyśmy tam studenta, który zaczyna GSB i jednoczenie jest w trakcie zdobywania KGP 👑🏔🇵🇱. Później Kiczory (989 m n.p.m), pierwsze dziś 900 metrów w górę dało się odczuć. Na szczycie mocy dodało oznaczenie, że do schroniska na Stożku 30 minut. Przyspieszyłyśmy tempo w nadziei na drugą kawę czy czekoladę, ale niestety ekspres w schronisku nam jej nie dał (ni nadziei ni kawy), gdyż odmówił działania... Była herbata z widokiem na góry 🍵🏔
Po drodze odezwał się do jednakże głos z obłoków mówiący: "Narazie żadnej burzy w okolicy nie widać", później okazało się, że z megafonu wyciągu :) Bez objaw!
Na Stożku doświadczyłyśmy pewnego typu schroniskowych ludzi zwanych: "Czy wszyscy dobrze mnie słyszycie? Nie? Mimo, że prowadzę prywatną rozmowę będę mówił tak głośno i wyraźnie, że napewno usłyszycie. I narobię wokół siebie tyle szumu, że będę gwiazdą tego miejsca". Uciekłyśmy. Najpierw w dół 👇 później w górę na Wielki i Mały Stożek, później na szczyt Cieślar, skąd widać było piękne panoramy wschodniej i północej części Beskidu Śląskiego.
GPS pokazując trasę mówił, że szlak dziś "biegnie przez wiele krajów" , często mijałyśmy granicę, ale z cudzoziemców tylko wędrujących Czechów :p 🇨🇿. Dużo dziś po drodze było większych i mniejszych, bezsensownych kamieni, które przekręcały nogi w różne strony, czasem szły razem z nami...Skupione na stawianiu stóp pomyliłyśmy schronisko na Soszowie z restauracją i przybiłyśmy pieczątkę w karczmie. 😂
Miało padać ☔💧💦 od 15, więc niewiele myśląc ruszyłyśmy dalej, bo przed nami była jeszcze Wielka Czantoria (995 m n.p.m), przelotny deszcz złapał nas na podejściu, ale równie szybko jak przyszedł tak poszedł. Wczłapawszy się na górę pożałowałyśmy 7 zł, by wczłapać się jeszcze wyżej 👆 na drewnianą wieżę. Łapiąc oddech byłyśmy świadkami trudnej aklimatyzacji chłopca, który krzyczał do mamy:" Szłem, szłem, szłem i całą drogę leciała mi krew 🆎 z buzi". Mama, dzielna kobita, nie dość, że zachowała kamienną twarz to jeszcze sama weszła tam w sandałach z Primarka. Spartańskie wychowanie!
Zejście z Czantorii nie było już takie śmieszne. Trzeba było uważać, żeby nie stracić zębów. Kolana dostały lekko po 🍑. Karma wróciła 🔙.
Mimo, że szlak schodzi do Ustronia i wydawać by się mogło, że to jest już koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni... to musimy iść dalej ⏭. Czerwone oznaczenia prowadzą jeszcze w górę na Równicę, co chwila przeplatając się z asfaltem. I żeby jeszcze na szczyt, ale szlak wiedzie tylko do schroniska PTTK i dalej dół 👇. Największe rozczarowanko dnia. I chyba szydercza satysfakcja Pana Sosnkowskiego 😂
Po przejściu połowy Ustronia Zdrój i znalezieniu kropki, dzikim pisku, odbyła się sesja zdjęciowa z pomocą małej dziewczynki jednocześnie jeżdżącej na hulajnodze i jedzącej loda. 🛴 A że kobiety potrafią dużo, to nie było dla niej wyczynem zrobić nam jeszcze zdjęcia 📸 😍
Dalej nie wiedziałyśmy co ze sobą zrobić, chciałyśmy pieczątkę (najlepiej z zakładu pogrzebowego, która to była adekwatna do zmęczenia, ale w pobliżu była tylko pizzeria). Musiałyśmy wrócić do Istebnej na nocleg 🛌, więc w ruch poszły kciuki na drodze. Szłyśmy sobie i łapałyśmy stopa, trochę nie wierząc, że uda się to zrobić w samym środku miasta. I w zaczynającym padać deszczu. Duże było zdziwienie, kiedy po przejściu kilkunastu metrów zza szyby jakiegoś samochodu usłyszałyśmy: "No jedziecie czy nie? Ileż mam na Was czekać?" 😂😲 Tak poznałyśmy tubylca z Wisły, który podwiózł nas tamże.
Dalej, do Istebnej zabrały nas dwa psy: depresyjny Trampek 👟 i Czaki z ADHD, który uśmiechał się z głową wystawioną przez szybę do wszystkich po drodze. Dziewczyny podwiozły nas pod sam dom. Wtedy lunęło.
Szczęśliwe, obolałe wracamy właśnie blablacarem do domu i planujemy...Pacific Crest Trail 😂
PS Chyba pranie nic nie dało, bo parka z kijem w..., z którą jedziemy, jeszcze zanim weszłyśmy do samochodu spsiukała nas i nasze plecaki płynem do zabijania wirusów. Oni chyba nie wiedzą, że my z dziczy i lasu wychodzimy i tam to ewentualnie złapać mogłyśmy kleszcza lub wilka 🐺😂