13/10/2025
Tylko albo aż tysiąc pięćset kilometrów wystarczyło abym dał się pochłonąć Keni. Zaczęło się niewinnie, nawet monotonnie, asfaltową drogą do parku narodowego Masai Mara. Ten pierwszy dzień był tak naprawdę jedynym, który dostarczył małej ilości doznań. Po wizycie w Masai Mara, emocjonalnie nie mogłem się pozbierać. Lwice z małymi widoczne niemal na wyciągnięcie ręki. Słonie, żyrafy, guźce ze swoimi sterczącymi ogonkami, bawoły służące za taksówki dla ptaków, hieny które nie bardzo lubiły ludzkiego wzroku na sobie. Z wielkiej piątki tylko nosorożca nie dało się wypatrzeć. Nie dziwne. Nie dość, że jego populacja w Keni jest mała, choć z tendencją wznoszącą bo od 1989 populacja nosorożca czarnego z czterystu osobników wzrosła do dziewięciuset sześćdziesięciu - w samym parku mieszka około pięćdziesięciu nosorożców, to spotkanie go jest bardzo trudne, unikają ludzi chowając się w zaroślach. Największym zagrożeniem dla nosorożców są kłusownicy oraz powiększające się siedliska Masajów.
Jechaliśmy głównie drogami bocznymi, przez wioski których nazw nawet nie pamiętam. Przez miejsca, które z dużą pewnością nie widziały lokalnego turysty, a o białym nie wspominając. Na terenach wiejskich mieszka siedemdziesiąt procent kenijskiej populacji i podobny procent siły roboczej pracuje w rolnictwie. Rolnictwo odpowiada zresztą za jedną czwartą PKB kraju. Ta duża część społeczności ściśnięta jest w dużej mierze w chatach zbudowanych z blachy falistej, glinianych chatach otoczonych płotem z gałęzi akacji lub rzadziej występujących betonowych domach. Czy są przez to nieszczęśliwi tego nie wiem i chyba nigdy nie znajdę na to odpowiedzi. Jestem wyrwany z innego świata i nie będę nigdy w stanie wczuć się w to co oni czują. Uśmiech jednak nie schodzi im z twarzy. Zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Nie ważne jaka to była wioska dzieci pieszo zasuwały do szkoły, uśmiechnięte, zawsze czysto ubrane.
Wyszczególniłem również kilka rodzajów kurzu. Taki co szybko opada za tylnym kołem motocykla, rzadki w swojej strukturze. Inny był lekki, ciągnący się przez kilkanaście metrów, widoczny z daleko, nie wpływający na widoczność dla jadącego w nim. No i mój ukochany powstający z feszfeszu, gęsty ciężki, obejmujący całym sobą, wymuszał zwolnienie czasem zatrzymanie, przy wywrotce ogłupiał orientację bo jedyne co widziałeś to jego czerwony kolor.
Ta wyprawa byłe jedną z najlepszych jakie zorganizowałem, zarówno dla mnie jak i współtowarzyszy. Miała w sobie wszystko to co kocham w motocyklowych wyjazdach. Ducha przygody, trasę która wiodła w siedemdziesięciu procentach poza asfaltem, wspaniałą ekipę. Była wyprawą, a nie wycieczką. Kiedy na koniec dnia ściągaliśmy kaski powtarzała się jedna rzecz, twarz brudna od kurza, a na niej namalowany uśmiech.