01/06/2026
Dzień szósty, siódmy i ósmy
Peninsula Developmental Road powstała na zgliszczach dawnej trasy Old Telegraph Track. Ciągnie się na dystansie 570 kilometrów. Przez Australijczyków określana jako Highway, czyli autostrada i jedyne co ma z nią wspólnego to długie proste odcinki. Częściowo poprzeplatana asfaltowymi sekcjami, które z roku na rok coraz bardziej zawłaszczają szutrowe, szybkie odcinki. Kurz to on panoszy się najbardziej, odgrywa pierwsze skrzypce i to jest jego dom. Nie ma sensu z nim walczyć trzeba go zaakceptować. Wzbija się w powietrze i ciągnie przez kilkaset metrów. Mistrzami w podnoszeniu kurzu są Road Trainy (pociągi drogowe). Po przejeździe tych monstrualnych pojazdów, kurz bierze we władanie całą drogę, każdy jej centymetr. Przez te kilkanaście sekund kiedy wpadasz w jego objęcia, nie widzisz nic, jedyne co odciąga od ograniczenia prędkości to świadomość prostej drogi.
Lubię jazdę w kurzu, lubię patrzeć w lusterku jak za tylnym kołem zaczyna się wznosić. Lubią patrzeć na kolegę jadącego przed mną i na to jak on wznosi kurz. Lubię pędzić ponad 100 km/h zaledwie parę metrów obok niego, stojąc na podnóżkach, być skupionym na drodze, jednocześnie obserwować to co się wokół niej dzieje. Lubię kiedy ściągam kask i mam czerwoną buzię, włosy szorstkie, koszulkę, spodnie, rękawiczki pokryte warstwą kurzu. Wydaje mi się, że jest to jakieś potwierdzenie przygody tego, że to nie jest zwykła wycieczka, tylko coś więcej. Tak się właśnie czułem w Musgrave Roadhouse na koniec dnia. W miejscu, które ma historyczne znaczenie dla Old Telegraph Track, bo stanowiło jeden z punktów telegraficznych. Miejsce z którego wyruszały drużyny dbające o linie telegraficzną.
Czułem gdzieś wewnętrznie, że nasza przygoda dobiegała końca. Zostały dwa dni. Miałem mieszane uczucia. Cieszyłem się, że zobaczę ponownie córeczki i żonę. Smuciłem się jednocześnie bo wiem, że część mojej duszy tam została. Kawałek czegoś co odzyskam dopiero kiedy ponownie tam zawitam. Starałem się nie myśleć o tym za dużo, przed nami był jeszcze Old Coach Track. Stara trasa dyliżansowa łącząca odległe osady i misje. Wcześniej był to aborygeński szlak. Nazwa ma raczej charakter historyczny niż administracyjny. Och jakie to było piękne zakończenie całej przygody. Kamieniste podjazdy, trudne zjazdy, izolacja. Górki, które na początku wyprawy wprawiały mnie w zmartwienie, teraz wywoływały uśmiech na twarzy. Stawiały wyzwanie, które zarówno ja, jak i chłopacy podejmowaliśmy z radości. Wspaniały to był dzień zaiste, z radością wspominam każdy jego moment.
Pozwólcie, że ostatniego dnia nie wspomnę, bo za bardzo nie ma co, to był sam
asfalt. Nadmienić jednak trzeba drużynę, z którą przyszło mi mierzyć się z trudami tej przygody. Uczciwie rzeknę, że nie mogłem liczyć na lepszych kompanów. Zgranych, zabawnych, niemarudzących, biorących wszystko takim jakim jest, pragnących przygody przynajmniej tak samo jak ja, jeśli nie mocniej. Wiem, że wszystkie dni w siodle, wspólne noce przy ognisku, zarówno kiedy marzliśmy w Victoria High Country, jak również kiedy cieszyliśmy się ciepłem północnego Queenslandu scaliły nas jako kolegów. Nie ważne kiedy się spotkamy, jedno przywołanie sytuacji zrodzi garść opowieści, śmiechu, łezki w oku. Dziękuję Marek i Mateusz, że mogłem z Wami dzielić te chwile. Dziękuję również Jono, bez ciebie ta wyprawa nie miała by tej szczypty pikanterii.