22/02/2026
Mołdawia, kraj, którego sami obywatele nie chcieli. Kiedy powstawała ona w 1991 roku (po wielu wiekach bycia pod wpływami tureckimi, następnie rosyjskimi), jej obywatele liczyli na szybkie połączenie z większym bratem z Zachodu. Niestety, mimo nadziei, do tego nigdy nie doszło, a obecnie wizja złączenia z Rumunią jest znikoma, wręcz sięgająca całych 0%. Nic więc też dziwnego, że kraj ten ma potworny problem z historią. Rzutuje ona na teraźniejszość, skutecznie paraliżując wizję odważnego pójścia w przód. Najważniejszym bohaterem narodowym został Stefan III Wielki, hospodar Mołdawii, władca, który potrafił się sprzeciwić nie tylko Turkom, ale również Polakom. Można w zasadzie znaleźć go wszędzie, pomniki, nazwy ulic, jest on również jedyną postacią występującą na mołdawskich banknotach, lejach. Połowa obywateli Mołdawii jest przeciwko wejściu tego kraju do UE oraz popiera prorosyjskie partie polityczne. Pomnik Lenina jako jedna z głównych atrakcji stolicy? Proszę bardzo.
Zaskoczyło mnie również Narodowe Muzeum Historii Mołdawii, a raczej jego skromność. Nie tylko w ilości szerszych opisów dziejowych państwa (tak jakby się ich wstydzono lub po prostu uznano je za mało ważne), ale również w liczbie eksponatów. Powiem szczerze, po wyjściu z tego muzeum nie dowiedziałem się niczego nowego o kraju, w którym byłem. Oczywiście skłamałbym, mówiąc, że opisów był całkowity brak, jednak w całym muzeum widziałem kilka stron A4 zapisanych historią.
Przyznaję bez bicia, widziałem tylko stolicę Mołdawii, Kiszyniów. Zdołałem sobie jednak wyrobić pewną, szerszą wizję, która chociaż trochę umożliwiła mi zrozumienie Mołdawian (nigdy nie powiem, że rozumiem jakiś kraj i ludzi tam mieszkających, będąc w nim tak krótko).
Jaki jest więc Kiszyniów?
Jest podobnie jak cała Mołdawia, rosyjskojęzyczny. Nieważne, czy to będzie restauracja, muzeum czy targowisko w centrum miasta, język rosyjski występuje ramię w ramię z rumuńskim. Widać również mieszkańców, którzy z sentymentem wspominają czasy radzieckie. Rodzili się w ZSRR czy uczyli się w nim, a stare czasy bez wątpienia przypominają im młodość.
Kiszyniów jest również brutalistyczny. Miasto podczas II wojny światowej zostało zrujnowane, co otworzyło nieskończone możliwości architektom radzieckim na ich popisowe bloki z wielkiej płyty.
Kiszyniów jest klasycystyczny. Tak, tak, do dzisiaj zachowały się budynki z czasów carskich. Stara, carska zabudowa być może błędnie przypominała mi stare miasta w Odessie, Krasnodarze czy Noworosyjsku. Nie ukrywam, ma to swój niewykorzystany klimat.
Kiszyniów jest przyjazny, a ludzie chcą Cię bliżej poznać. Właściciel hotelu? Babuszka na targu sprzedająca plăcintă, obsługa księgarni czy taksówkarz, wszyscy byli otwarci na rozmowy i pokazanie prawdziwej Mołdawii.
Kiszyniów jest odrapany. Niestety, miasto, podobnie jak całe państwo, nie radzi sobie za dobrze z brakiem funduszy, widać to na każdym kroku. Zerwany chodnik, odrapany, odlatujący tynk ze ściany czy w żaden sposób nieocieplone bloki mieszkalne tylko potęgują wrażenie emocjonalnego przybicia.
I na koniec. Kiszyniów jest smaczny. Chociaż opis kuchni mołdawskiej będzie bohaterem kolejnego postu, to już teraz mogę uchylić rąbka kulinarnej tajemnicy i powiedzieć, że kuchnia mołdawska mnie urzekła. Gołąbki w liściach winogron, wszechobecne kiszonki oraz bryndza dają prawdziwy raj dla kubków smakowych.
Czym jest dla mnie Mołdawia? Krajem w zawieszeniu. Między przeszłością a przyszłością. Między Wschodem a Zachodem. Miejscem, które wciąż bardziej pamięta, niż planuje. Nie urzekła mnie, bo brakowało mi w niej wyraźnej tożsamości kraju środka, potrafiącego pogodzić historię z teraźniejszością i odważnie patrzeć naprzód. Być może jednak to nie brak kierunku jest jej problemem, lecz nieustanne ścieranie się różnych dróg. A dziś Mołdawia wciąż stoi na rozdrożu, próbując zdecydować, w którą stronę chce pójść.