12/03/2026
Mój „Capy” End w Pattayi – czyli drink z dreszczykiem pod stołem! 🐾🍹
Kiedy los decyduje, że Twoje wakacje muszą potrwać nieco dłużej, bo samoloty po prostu przestały latać, warto przekuć ten stres w coś magicznego.
Moje „przymusowe” dni w Pattayi dobiegają końca, ale dzisiejszy dzień był absolutnym majstersztykiem, który zapamiętam na zawsze. Odkryłam miejsce, które działa dopiero od stycznia, a już skradło moje serce – Capybara Cafe. To nie jest zwykła kawiarnia, to prawdziwy mikrokosmos, w którym gospodarzami są największe gryzonie świata, a Ty czujesz się tam jak gość w ich prywatnym królestwie.
Wyobraźcie sobie taką scenę: siedzicie przy stoliku, pijecie pyszny, kolorowy napój bezalkoholowy (który kosztuje około 100 batów i wygląda jak małe dzieło sztuki!), próbując skupić się na grze planszowej. Na każdym stoliku czekają umilacze czasu, ale skupienie jest niemal niemożliwe, bo nagle czujecie delikatne skubnięcie w podeszwę buta! Bez obaw – to nie szczęki 😉, to tylko wyraz ogromnej ciekawości. Kapibary i dwa spore żółwie spacerują sobie zupełnie luzem między gośćmi i bez cienia wstydu sprawdzają, czy Wasze sandały nadają się do jedzenia albo czy przypadkiem nie chowacie tam jakiegoś smakołyka. Trzeba naprawdę uważać, żeby pod stołem nie trącić nogą któregoś z tych puchatych mieszkańców, zwłaszcza, gdy akurat nie urządzają sobie szalonych wyścigów w swoim prywatnym basenie.
Prawdziwymi gwiazdami zamieszania są jednak surykatki. Te małe, rezolutne stworzenia są po prostu niemożliwe! Ganiają się jak szalone, stają na tylnych łapkach i świdrują Was wzrokiem, sprawdzając, czy w Waszym zasięgu nie ma już kolejnej porcji przysmaków. Cała ta zabawa wchodzi na wyższy poziom, gdy zainwestujecie 100 batów w wiaderko dobroci. Zwierzaki nie gryzą ze złości – one po prostu kochają jeść i robią to tak uroczo, że nie sposób im odmówić!
W kontraście do ich ruchliwości, w jednym z terrariów mogliśmy podziwiać chińskiego szczura bambusowego – prawdziwego giganta z tajskiej plantacji, który ma pół metra długości i waży półtora kilograma (a największe mogą sięgać aż 4 kg!!! 😬).
Z kolei na błękitnej tafli stawiku, dostojnie pływały dwie śnieżnobiałe kaczuszki – czyste, bezpieczne i pilnowane przez obsługę, by nikt ich niepotrzebnie nie płoszył.
Co mnie najbardziej urzekło, to niesamowity szacunek, z jakim traktuje się tam zwierzęta. Obsługa czujnie pilnuje, by dzieci nie straszyły mieszkańców kawiarni, ucząc najmłodszych empatii. Ceny są przy tym bardzo uczciwe: wstęp dla dorosłego to 400 batów, a dla dziecka 200 batów. W zamian dostajecie nienaganną czystość (pan z szufeleczką sprząta każdą „niespodziankę” w sekundę!), dezynfekcję na wejściu oraz pachnący, perfumowany ręczniczek na do widzenia.
Mimo bólu i trudności, które towarzyszyły mi w tej podróży, takie chwile przypominają mi, dlaczego warto odkrywać świat!
Cieszę się, że jesteście tu ze mną, moje kochane podróżniczki i podróżnicy. Wasza obecność daje mi siłę, by mimo cierpienia iść dalej i pokazywać Wam takie perełki.
A Wy? Wybralibyście partię szachów w towarzystwie podgryzającego buty żółwia, czy wolelibyście karmić gang surykatek?
Dajcie znać, który z tych zwierzaków skradłby Wasze serce! 😂👇
Kto z Was planuje Tajlandię w najbliższym czasie? Zapisujcie ten post, bo Capybara Cafe to absolutny punkt obowiązkowy na mapie Pattayi! 📍🏝️