Okrążymy Świat

Okrążymy Świat ...wyprzedzając słońce, ukraść mu cały dzień. Robić tak bez końca i nie starzeć się ani o dzień
(1)

Serdecznie zapraszam! Rechotaj się kto może!  wśród fanów
12/03/2026

Serdecznie zapraszam! Rechotaj się kto może! wśród fanów

1_2026 Wjeżdżam na pełnej! Styl klasyczny na biegówkach pod okiem Mistrzyni Polski! Kanapki zrobione, herbatka w termosi...
18/02/2026

1_2026 Wjeżdżam na pełnej! Styl klasyczny na biegówkach pod okiem Mistrzyni Polski!

Kanapki zrobione, herbatka w termosie, dodatkowe kalesonki i skarpetki zapakowane, można ruszyć w drogę. Całkiem przyjemna droga, w pełnym Słońcu zamienia się w mokry koszmar tuż przed samym miejscem docelowym. Jak to możliwe, z nizin w góry jechać, z mrozu do wiosny, kto to zorganizował. Do tego ten deszcz, nie zachęca, by ruszyć tyłek, a co dopiero jeździć na nartach. Na szczęście tym razem wygrywa dusza sportowego świra i o omówionej godzinie melduję się w Centralnym Ośrodku Sportu - Duszniki-Zdrój, do tego przy ulicy Olimpijskiej, więc już jakby czuję, że kolejna olimpiada moja. No właśnie, to też jest dodatkowy motywator, bo niby śmiechem, ale chciałoby się zdobyć taki złoty, czy nawet srebrny medal na olimpiadzie. Prestiż to jedno, ale k**i najbardziej dożywotnia emerytura, na którą mam dużą chrapkę, ale szans raczej żadnych.
W ośrodku, z wielkim uśmiechem wita mnie pani instruktor, Marzena. Krótki wstęp co i jak będziemy robić i przechodzimy do szkolenia. Marzena Zoriy to prawdziwy kozak! W 2021 zdobyła złoty medal Mistrzostw Polski w biathlonie, a dziś będzie mnie uczyć, jak prawidłowo jeździć na biegówkach, aaaa! Spoiler alert! Nauczyła mnie i to bardzo dobrze, jeżdżę już jak profesjonalny biegówkarz amator! I najważniejsze, umiem hamować! No, ale po kolei…
Profesjonalny trening zaczyna się od pokazania, dotykania sprzętu, nasmarowania nart, ubrania i wpięcia butów i nart, co na podłodze w wypożyczalni okazuje się całkiem łatwe, ale już na śliskim śniegu może przysporzyć kłopotów. Uzbrojone w kijki, narty i zapał, ruszamy na stadion, praktyka, czas start!
Jak przystało na prawdziwego sportowca, zapaleńca, rozgrzewka to rzecz święta. Instruktorka zwariowała, bo mi każe jedną nogę z nartą w poprzek postawić, tak żeby nartę w śnieg wbić. No to leżę na śniegu. Czego się można było spodziewać. Kondycja jakaś jest, ale sztuka jest już za to JAKAŚ. Podejście drugie. Znów gleba. Znaczy śnieg. Wyprzedzam zatem szkolenie i szybciej niż zaplanowano, uczę się wstawać, żeby znów nie upaść. Perfecto. Idzie mi coraz lepiej, ja skaczę na tych nartach, jeżdżę na hulajnodze (jakby w sumie), robię zegar, no wszystkie pięć złotych zasad poznaję i to jest taka zabawa, emocje, kiedy już zaczynam się odpychać i jechać. Ja przecież w głowie to już słyszę, jedź Justyna, jedź, meta jest Twoja! Proszę państwa, Justyna Kowalczyk, ponownie pierwsza na mecie! Złoto dla Polski! Kolejne zderzenie z glebą uświadamia mi, że przecież nie nazywam się Justyna.
No jak już łapie rytm to jest najlepiej, bo aj beliv aj ken flaj, no lecę, bo chcę po prostu. Przez 80 procent, nawet całkiem prosto w torze, dopóki emocje mnie nie poniosą, przyspieszę i stracę równowagę, ale kto by tam. Marzenka jest najlepsza w szkoleniu i dawaniu wskazówek, świetnie obserwuje i podpowiada, tu kijki z tyłu, tam dupka niżej. Łapię flow, jazda mnie pochłania, nawet deszcz nie przeszkadza. No czapka przeszkadza, spada na oczy, nie widzę co robię, ale to pozwala mi poćwiczyć hamowanie.
Piękny to dzień był, zostałam przyszłym olimpijczykiem, poznałam fantastyczną kobietę, bo prócz profeski w trakcie instruktażu, Marzena to kobieta wielu talentów. Na koniec wypiłam smaczną kawę, zwiedziłam ośrodek sportowy i rzuciłam okiem na trasy biegowe, które mam nadzieję w przyszłości przejechać. Takie to miłe. Zasłużony kotlet schabowy i kapuśniaczek był wisieneczką tego biegowego dnia.
Pani Instruktor, dziękuję i każdemu będę polecała Panią jako szkoleniowca i sam ośrodek, bo cała załoga przemiła i z sercem do ludzi. Pozdrawiam i do zobaczenia!


PolecAnka: „Jak gorzka pomarańcza” autorstwa Palminteri Milena

14_20205 Oczekiwania co do wyjazdu były bardzo jasno sprecyzowane: dobrze zjeść i zobaczyć niedźwiedzia, no może 13. I o...
01/02/2026

14_20205 Oczekiwania co do wyjazdu były bardzo jasno sprecyzowane: dobrze zjeść i zobaczyć niedźwiedzia, no może 13. I oto historia, jak z 5 misiów, zrobiłam 13. I wyczarowałam konia.

Z lotami o 6 rano jest tak, że człowiek się najpierw cieszy, bo ostatecznie będzie cały, caluśki dzień gdzieś tam w miejscu docelowym, nie straci minuty z doby przeznaczonej na wakacjowanie, a w ostatecznej ostateczności, po godzinie 17 snuje się ze zmęczenia dobijając do kolejnego kościoła lub muzeum z listy do zobaczenia. Musimy pamiętać jeszcze o tym, że na lotnisko jakoś trzeba dojechać i oczywiście być około dwie godziny wcześniej, na odprawie. W praktyce może się zdarzyć, że jeśli masz lot o 6 rano, dzień rozpoczynasz o 1:30 w nocy. Zbrodnia w imię zwiedzania! Żeby się przed tym uchronić (i nie mieć później worków pod oczami na tych zdjęciach z przed muzeum), należy przestrzegać kilku podstawowych zasad, oto one. 1. Znajdź sobie kompana podróży, który ma prawo jazdy, i który poprowadzi samochód na lotnisko – śpij w tym czasie, nie zagaduj kierowcy, daj mu się skupić na drodze. 2. Kiedy tylko zajmiesz miejsce w samolocie, umość się z poduszką rogalem i śpij, od razu, najlepiej zaśnij jeszcze przed startem i obudź się po wylądowaniu. W ogóle najlepiej to leć takim samolotem, w którym ludzie klaszczą dla pilota, to wtedy obudzą Cię brawa, czyż to nie wspaniała pobudka? 3. Pij dużo wody, żeby skóra była nawodniona i promienna (to i tak nie pomoże, ale przynajmniej będziesz miała poczucie, że robisz coś zdrowego). Nie ma za co.
Temperatura zapowiada gorące wrażenia z Rumunii, a to dopiero ranek, jakże zatem wątpić w szczęście dziecka Słońca, no jak? Plecaki w bagażnik, nawigacja ustawiona i fruuuu w drogę przez pierwsze kilometry rumuńskich dróg. Żadnych w głowie stereotypów i szablonów w głowie nie mam, że to może koniec świata. Absolutnie! Przy odsłuchiwaniu audiobooka o Rumunii, apetyt na ten kraj rósł z każdą minutą (szczególnie na ciorbę z gęstą, kwaśną śmietaną). Nie ma co przedłużać, bo pierwsza atrakcja wyłania się zza gęstego, czarnego nieba. Pod drzwi dobiegamy tuż przed tym, jak kurek z ulewnym deszczem został rozkręcony akurat w Turdzie, gdzie znajduje się kopalnia soli - Salina Turda, gdzie do 1932 roku wydobywano sól kamienną, a aktualnie jest to jedna z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Rumunii. Przed organoleptycznym doświadczeniem polizania ścian i empirycznego doświadczenia, że ściany są naprawdę słone, chroni mnie tylko myśl, że ktoś inny mógł mieć podobny pomysł przede mną, a ja na pewno trafiłabym językiem już w lizane. Kryształki soli mienią się na ścianach, podłodze, balustradach i suficie. Długi na prawie kilometr tunel, wcześniej dziesiątki schodów, prowadzą nas do czarnej tafli jeziora. Tak, jeziora, które znajduje się na samym dole (najgłębszy punkt kopalni to 120 metrów – tak, miałam tę myśl w głowie, a co robić, jakby zaczęła się ta kopalnia walić, modlić się. Odpowiedź też raczej zawsze mam). Całkiem nie romantyczny rejs łódeczką po mrocznych wodach słonego jeziora, ale po Wersalu to wiosłowanie jest już jakby naturalne. Dookoła więcej cepelii, można zagrać w bilard, ping pong, tenis, przejechać się na diabelskim młynie, zaśpiewać na scenie, ale największa atrakcja to dla mnie echo, echo, echo, cho, ho, o, o … To zjawisko w Salinie Turdzie ma zupełnie inny wymiar i głębie, a już krzyczenie w przestrzeń w pomieszczeniu o kształcie dzwonu to zabawa na całego. No w końcu ktoś mnie porządnie wysłuchał i zrozumiał, a głos mój się niesie na samą górę!
Postój na kawę , to spacerek po uliczkach Targamures, gdzie szykują się jakieś koncerty, nam jednak z cyklu dla duszy i ciała, w głowie bardziej te przyziemne, jednak z samego szczytu piramidy Maslova (jestem tak łasa na słodkie, że za pierwszym razem napisałam o piramidzie Pavlova, ale coś mi nie pasowało…). Miasteczko jeszcze nie powala, choć jest przyjemnie, tu posąg wilczycy karmiącej dwóch chłopców - Romulusa i Remusa, legendarnych założycieli Rzymu, tam kościół, w ręku paluchy z sezamem, sok z kwiatów bzu na długie zimowe wieczory na lokalnym bazarku zakupione i Rumuni, którzy nie potrafią mówić po rumuńsku. Bona diamenacia – czyli dzień dobry, wypowiadane przeze mnie 851 razy dziennie, przez cały pobyt, zrozumiane może było z 4, dosłownie: cztery razy! Czy ja niewyraźnie mówię? Panie w kawiarni, pan kelner, pan w kantorze, policjanci, no ludzie po prostu, Rumuńczycy, zdziwieni tacy, co ja od nich chce, no to mówię drugi, trzeci raz, w końcu rzucam, że helloł, że good morning, i dopiero załapują, że aaaa, bona diamenacia. No przecież to właśnie powiedziałam. Z polecenia mundurowych trafiamy do najlepszej restauracji, chyba na całym wyjeździe, ciorba, czyli tradycyjna zupa rumuńska to obłędna uczta dla kubków smakowych, zatopiona w bardzo gęstej śmietanie i osobiście, to mogłabym jeść te zupę do końca świata.
Podróżowanie latem ma te plusy, że dzień jest bardzo długi, dzięki czemu mamy dodatkowe godziny na eksplorowanie. Te nam się przydały w Sighisoarze, bajkowym miasteczku, obejrzanym i schodzonym przez nas w półmroku kończącego się dnia, w blasku księżyca, w pełnym słońcu i w ciepłym, letnim deszczu. Kamieniem wyłożone drogi, niskie, kolorowe domki, mnóstwo kwiatów w każdym możliwym zakątku, vibe starożytności wokół pomaga poczuć się księżniczkowo. Magia świateł w takich miejscach robi tak niesamowity klimat, że mojej wyobraźni nie potrzeba więcej, by sobie wyobrażać, że jest rok 1643, ja mam ma sobie suknie z szerokim dołem i się przechadzam po tych kocich łbach – swoją drogą, czy ktoś kiedyś sprawdzał na randce, skąd nazwa „kocie łby”?
Ostatnimi resztkami energii wchodzimy na wzgórze schodami z XVII wieku, drewniane, trochę zapadłe, ale obudowane przez deszczem i wiatrem, żeby miejscowym uczniom nie dawać wymówek na wagary. Tak, schody, kiedyś ponoć ich było 300, teraz zaledwie zachowane 172 stopnie prowadzą do dawnego gimnazjum. Za dnia odwiedzamy ponownie ten punkt widokowy na miasto, spacerujemy po cmentarzu ewangelickim, który na chwilę przenosi nas do Niemiec. Najpiękniejszy widok na miasto dostajemy na wieży zegarowej, gdzie paradoksalnie, jedną z dekoracji wieży są najbrzydsze na świecie figurki, posążki, które hmmm… nie wiem co z nimi właściwie, jedynie, że były po prostu tak szpetne, że w sumie się cieszę, że jednak tą księżniczką z wieku 17 nie jestem, bo bym się pewnie musiała takimi bawić. Sighisoara jest zadbana, czysta, kolorowa, ale nie jarmarczna. Po zmroku jest magiczna i bajkowa to miejsce, w którym czas jakby się zatrzymał, miejsce z duszą, wyczuwalną i namacalną pod kamiennym brukiem, odbijającym światło lamo, na kolorowej fasadzie domu, kwitnących kwiatach,
Restauracje to swoiste dekoracyjne perełki, te co odwiedziliśmy, serwowały pyszne jedzenie, jeszcze lepszą kawę. Dom Pana Wampira – Vlada Palownika nie był wzięty szturmem, ale już antykwariat, do którego wchodziło się schodkami, jakby w piwniczkę, jak zwykle wywołał u mnie rozterki – mam albo za mało pieniędzy, albo za mało miejsca na przechowywanie tych wszystkich rzeczy, które bym chciała mieć. Jak już kiedyś będę nieracjonalna i będę miała swój zamek, jedną komnatę przeznaczę na swój własny antykwariat. Wykupię prawie wszystko z Węgier i domówię z Rumunii. Tak to widzę.
Drugi dzień wakacji rumuńskich trwa, a ludzie kochani, jest tak cudownie, że nie ma dramy tylko och i ach, słowa mają smak cukrowych wat i tylko serce skacze, gdy pan pasażer gdzieś pośrodku niczego krzyczy, nagle, bez zapowiedzi, aaaaaaa arbuzy, zawracaj. No to zawróciłam, emocje jak na polowaniu, poproszę najsłodszego. Widząc to szczęście w oczach nawet się nie odzywałam, że może ten jest nieco za duży dla dwóch osób, ale przecież wakacje, jest gorąco, trzeba się nawadniać, co tam 12 kg arbuza, zjemy, pikuś. Jak to z arbuzem bywa, można i pojeść i popić. O dziwo, arbuz nie został przypięty pasami bezpieczeństwa, a trochę się o to obawiałam, że nasz nie święty Grall, zamiast do bagażnika, trafi na siedzenie.
Z pełnymi brzuchami pestek (ja wypluwałam w sumie, bo nie chciałam, żeby mi nowy arbuz w środku urósł i mnie pogrubiał na zdjęciach), udaliśmy się na nocny podbój zamku Draculi, który był tak chroniony czarami, że ani prośbą, ani szturmem, nie zdobyliśmy. Dlatego tuż z samego rana, po bardzo obfitym rumuńskim śniadanku – twaróg tłusty, szyna, sok tłoczony, czereśnie, warzywa no i oczywiście arbuz, ganiane było po komnatach. No to moja wyobraźnia w ogóle nie pracowała, bo gdzie komnaty, a gdzie wampir. Tak właściwie, to aktualni właściciele nie bardzo lubią nawiązania do Draculi, wiadomo, my, durni turyści, jak muchy na lep rzucamy się na każdą taką atrakcję, ale im się już chyba znudziło, bo okazuje się, że uwaga, Dracula w postaci Wampira, to w ogóle nie istniał. Nie możliwe! To tylko legenda, hrabia Dracula do zobaczenia tylko w bajce Hotel Transylvania. Zamek, jak zamek, jako samozwańcza księżniczka powiedziałabym tylko, że widziałam lepszy standard, ale na rezydencję letnią zdecydowanie by się sprawdził, szczególnie, że z zamku do królewskiego ogrodu, można było zjechać windą, 60 metrów w dół. Technolodżia i pomysł, co zrobić ze starą studnią. No szał ciał, to nie tu, na bazarku obok można kupić skóry z owcy i kołki drewniane na wampiry, gdyby jednak to nie był fake. Dostaniesz kubki, magnesy, przyprawy. Wszystko co niepotrzebne i raczej tandetne, made in czajna bardziej niż produkt lokalny.
W rumuńskim Braszowie najbardziej podoba mi się to, że jest w Siedmiogrodzie, jak to bajkowo brzmi. No i też, że się najadłam węgierskiego langosza ze śmietaną, czosnkiem i serem. Brzuszek pełny, buzia szczęśliwa, gotowi do drogi, cel: Rasnov i jego twierdza na wzgórzu. Trasa jest prze-u-ro-cza. Jest zielono, Słońce świeci ponad dolinami karpackimi, są przekąski, jest muzyka i dobre towarzystwo. Arbuz, także, oczywiście. Napis w stylu Hollowood, czyli białe litery RASNOV na tle zielonych drzew już z daleka przykuwa oko, ino zachodem nie pachnie, bo im bliżej cytadeli, no to wiesz, że w holyłodach nie jesteś. Wyjeżdżając z tego miasteczka mam taką myśl nagle, że może właśnie zachód tak, ale dziki zachód. Budynki, aura i zachodzące słońce kojarzą mi się z klimatem westernu. Myśl staje się słowem i rzucam, że brakuje mi tu tylko pędzącego konia. Nie mijają trzy – dosłownie trzy sekundy, gdy ulicą, do której dojeżdżamy jedzie furmanka ciągnięta przez konia. Ja oszalałam, mój mózg prawie dostał zawału. Oto dowód, na który czekam 34 lata – ja umiem czarować, a pierwsze co mi się udało, to koń właśnie. No losie drogi, gdyby nie naoczni świadkowie, nikt by mi w to nie uwierzył. Sama bym pewnie wątpiła, czy mi słońce może zbyt nie przyświeciło lub zjedzone rano czereśnie nie zaczęły aby zbyt fermentować. Koń był, dorożka była, western rumuński na pełnej.
Obiadek z widokiem na Karpaty, gdzie pani kelnerka przyjmuje zamówienia szeptem – na dole na tarasie trwają zajęcia jogi. A i ja łączę się w miłości ze wszechświatem dzięki klopsikom i zupie, każdemu według potrzeb. Popołudnie upływa nam na znalezieniu najlepszego kawałka łąki, gdzie to trawa nie jest za wilgotna, owady za bardzo nie gryzą i przede wszystkim, nie ma płotu, który do łąki dojścia strzeże. Znajdujemy taką. Jest najpiękniejsza, najkwietniejsza i nawet te kilka nadprogramowych latających muszek nie psuje klimatu. Taka łąka z prawdziwego zdarzenia, z oddali słychać nawet owce, a góry, no góry zachwycają i im dłużej patrzę, tym bardziej jestem tym widokiem nienasycona.
Trasa Transfogarska jest na liście do odkrycia, przejechania, zdobycia. To nie lada gratka, mówią, że szczególnie dla motocyklistów, ale i samochodem to będzie niezła przygoda. Dzień zaczyna się jak zawsze wcześnie, gdzieś koło 10 :D nie wiem, żartuję, nie pamiętam, na takich podróżach odpuszczam wstawanie o 7 rano, bo o 9 to trasa już będzie zwinięta, a ja nic nie zobaczę. To za mną. Z pewnością dzień zaczyna się słonecznie i obiecująco, przed nami około 151 kilometrów widokowej trasy w rumuńskich górach Fogarskich. Chcemy przejechać jak najwięcej się da. Pisząc to już wiem, że „jak najwięcej” to się nie da, jednak każdy metr i zakręt był warty przejechania. Po drodze spotkaliśmy siedemdziesiąt osiem niedźwiedzi (no tu lekko, gdzieś co najmniej o 74 niedźwiedzie, przesadziłam), ale biorąc pod uwagę fakt, jak blisko byliśmy obok jednego z panów misiów, to liczę wielokrotność. Na pewno nie wyolbrzymiam ilości postojów, które zrobiliśmy po trasie, z milion to co najmniej. Za każdym kolejnym zakrętem widok był coraz piękniejszy i nie sposób było po prostu przejechać obok, bez zatrzymania tego w kadrze. Na najwyższym punkcie trasy, postój na Papanasi, tradycyjny rumuński deser. To taki twarogowy pączek z kleksem śmietany i jagód – rozpływa się w ustach, jest rozkosznie miękki, nie za słodki, nie za suchy, wszamałabym go teraz, oj tak. Atrakcją na trasie, jeśli dbasz o nawodnienie może być także …sikanie w krzakach, jeśli taka konieczność jest, a akurat się zdarzy, że do najbliżej toalety z twojej cywilizacji daleko. Nigdy nie wiesz, czy akurat za tym pagórkiem lub drzewem przy drodze nie czai się miś. Bo to naprawdę nie jest tak, że je widać z daleka, miśki nie mają koloru jak Kubuś Puchatek, a ich szarobrązowe futerko często wtapia się w otoczenie igliwia i pniaków. Oczywiście wiadomo, że ja po krzakach NIE sikam, ale gdybym, to bym się bardzo bała i drżała, oj drżałabym, żeby sobie z tego strachu po nogawkach nie,,, zresztą, nie ważne.
Zjeżdżając z górskich dróg w Rumunii, nie wiem skąd, nie wiem kiedy, nagle samochód zaczęły otaczać, setki, a może i tysiące owiec. Pasterz krzyczy na mnie, macha, chyba żeby jechać, ja jedyne o czym myślę, to że rozjadę owieczki i będzie rzeź niewiniątek, owce, nie myślą o niczym jak o zielonej trawce, która jest bardziej zielona akurat z drugiej strony auta. Impas zupełny. A te owce idą, beczą, dzwonkami dzwonią, małe, duże, białe, czarne, pomalowane! Cały przekrój owczego społeczeństwa prowadzony przez kilka osłów, psy i pasterzy. Dopiero po dobrych chwilach kilku oszołomienie spadło i ruszyłam autem w przód, zauważając, że owce niby idą z kołem raciczka w raciczkę, ale pod sam samochód nie wchodzą. To nie zwykłe barany były. Sztos totalny!
Bardzo, bardzo mnie się ta trasa kręta niczym esy floresy na obrazach Van Gogha podobała, uczciwie też wspomnę, że fizycznie była wyczerpująca, bo to jakby cały dzień na roller cosetrze jeździć, z tym, że samemu się prędkość dostosowuje.
Aktualizacja: po dwóch dniach z arbuzem – nie przejedliśmy go w całości :D

PolecAnka: „Smugi” Małgorzaty Starosty

13_2025 Grudniowe nowości – czyli co w śniegu piszczy Grudzień to taka trochę niedziela, co na nią czekamy, trochę z rad...
09/01/2026

13_2025 Grudniowe nowości – czyli co w śniegu piszczy

Grudzień to taka trochę niedziela, co na nią czekamy, trochę z radością, bo to raczej zawsze więcej wolnego, ale i z niepokojem, bo wiadomo, że skończy się szybko i to wolne to takie też oczekiwanie na duże nowe. A przecież, ponownie, nie ma na co czekać, trzeba żyć, bo życie jest tu i teraz. Nieżycie jest wtedy, gdy wyczekujesz, odliczasz, odkładasz na potem, odwlekasz. Już sama nazwa, grudzień, nie ułatwia, pochodzi od grudy, zimnej i twardej, co utrudnia i pracę i poruszanie się, warto więc pamiętać, by odpowiednio wyposażyć się w pomagajki. Jeść pierogi, przykrywać się kocykiem, otulać książką, podkładać do kominka, marznąć nosek podczas zimowych spacerów, pakować prezenty, bo radość większa niż przy odpakowywaniu, to jest właśnie życie.
Grudniowy poradnik przetrwania dla mnie na za rok, bo ten był zdecydowanie udany. zaczyna się od takich małych przyjemności jak przejażdżka na Diabelskim młynie podczas świątecznego jarmarku. W ogóle dużo jarmarków (nie trzeba wcale nic drogiego kupować), wystarczy patrzeć na ozdoby, aniołki, ustrojone choinki, piękne bombki, miliony świecących światełek. Spacery przystrojonymi ulicami również dają +10 do nastroju. Potem pierwszy raz w życiu organizujesz kolację wigilijną, taką uroczystą, nie musisz sama, najlepiej nie sama, i też najlepiej kogoś zaprosić, bo to jednak budujące jeść w dobrym towarzystwie. Pierogi i uszka możesz zamówić u siostry, wiadomo, że ona zrobi smaczniejsze i ładniejsze, co to nie będą straszyć na talerzach, nie będzie trzeba jeść z zamkniętymi oczami, to i mniejsza szansa, że się barszczem zalejesz. Pewnie trochę będziesz się stresować, w końcu chcesz żeby wszystko się dobrze udało, ale się uda, na pewno. Jedynie karp będzie niezadowolony (ale kto by był na jego miejscu).
Spędź świąteczny czas z kimś, kogo bardzo lubisz.
Śpiewaj olajłant for kristmas izju kiedy tylko możesz. I z kopyta kulig rwie też. Śpiewanie uwalnia endorfiny czyli poprawia nastrój, wzmacnia pewność siebie, śpiewaj kiedy i gdzie możesz.
Zrób coś dobrego dla społeczeństwa, cokolwiek, robienie dobrych rzeczy dla innych przynosi wielkie korzyści – szczególnie dla samego siebie. No nie ma co ukrywać, każdy z nas chce się czuć potrzebny i pomocny. Po świętach jest nawet najłatwiej, bo zazwyczaj zostanie jedzenie i zamiast je wyrzucać do kosza, można zanieść do jadłodzielni – w Szczecinie jest kilka takich punktów. Ja się przechwalam, że tak właśnie zrobiłam, bo może to kogoś zainspiruje i następnym razem, zamiast wyrzucać, odniesie do jadłodzielni, a ktoś głodny sobie zje (uwaga, amerykańscy naukowcy udowodnili, że dobro wraca).
Reaguj na nieprawidłowości, zawsze. W takim społeczeństwie chciałbym żyć, że ludzie reagują, kiedy widzą dzbana niszczącego miejskie klomby, mażą graffiti na elewacjach, czy wykonujący inne bezeceństwa. Społecznik, donosiciel, sześćdziesiona – egal – ważne, że sprawca może zostać złapany i pociągnięty do odpowiedzialności. Ja byłam świadkiem kradzieży w trakcie spacerowania po mieście i złożyłam zawiadomienie na policję. Temat podjęto, nie wiem co dalej ze sprawą, wiem, że w grudniu wykazałam się wzorową postawą obywatelską. Brawo ja.
Końcówka grudnia, to już człowiek mimo wszystko zmęczony, jak masz możliwość, zbierz się i jedź, na przykład do Hiszpanii, napić się soku ze świeżo wyciskanych pomarańczy, spaceruj w słońcu, jedz churrosy i paellę. W celu zwiększenia swoich szans na pomyślność i szczęście w Nowym Roku, nie wahaj się podjąć żadnych dodatkowych środków, nawet tych najdziwniejszych załóż czerwoną bieliznę i zjedz 12 winogron, jeden za drugim. Doceń, że to nie akurat tobie dwa winogrona spadły na plażę i twoje przyszłe szczęście smakuje piaskiem. Przy okazji wizyty w Hiszpani odwiedź 58 szopek bożenarodzeniowych, bo tych u Hiszpanów więcej niż choinek w Polsce. Zobacz na własne oczy najwyższą szopencję na świecie, gdzie sam Józef ma 18 metrów wysokości, a wszystkie figury zostały wpisane do Księgi Rekordów Guinnessa. Odwiedź tapasownie deseczkową, genialny koncept w Alicante, najedz się jak bąk tłustych przekąsek i bądź zdziwiona, że pierwszy raz w życiu dostajesz zgagi. Ale i tak warto było, bo były pyszne.
Taki sobie grudzień zapodaj i bez zbędnych słów, wejdź w Nowy rok.

PolecAnka: „Poradnik umierania dla początkujących” autor: Simon Boas

4 stycznia dopiero, a postanowienia noworoczne już mają posmak czekolady 🫣💃  ?
04/01/2026

4 stycznia dopiero, a postanowienia noworoczne już mają posmak czekolady 🫣💃

?

31/12/2025
28/12/2025

Czerwiec - grudzień 2025
2/2
będzie co wspominać...

19/12/2025

Miejsce w pamięci telefonu się kończy - najczęściej czytane zdanie w moim telefonie w 2025.
Styczeń - czerwiec 2025 - takie tam, okrążanie świata... 1/2

12_2025 Listopadowe świętowanie – czy zjadłam serce jelenia i teraz jestem prawdziwie dzika? Listopad zleciał tak szybko...
05/12/2025

12_2025 Listopadowe świętowanie – czy zjadłam serce jelenia i teraz jestem prawdziwie dzika?

Listopad zleciał tak szybko, że ledwie zdążyłam mrugnąć okiem, a już trzeba kartkę z kalendarza wyrywać i na skrobanie szyb się szykować. Nie tylko w liście ten miesiąc obrodził, bo i wieloma miłymi zdarzeniami obdarzył i wieloma cudownymi spotkaniami, nawet jeśli podlane czarną polewką.
Był uroczysty obiad i impreza Zdzisławowa, bo u i Zdzisława nowości – pierwszy raz w życiu świętował swoje 65-te urodziny, a i my wszyscy razem z nim. Najedzone, potańczone i popite. Droga powrotna w mrokach nocy i oparach mgły, widziałam stado jeleni i danieli, a i jednych i drugich to było chyba 78! No może 28, razem, czy tam, nie mniej niż 18. Dużo w każdym razie.
Podroby – to generalnie brzydko brzmiące słowo, ale już serce jelenia, brzmi jak coś wykwintnego i tak też smakuje. Chudziutkie, lekko, naprawdę bardzo lekko ciągnące się wędzone kawałki serca jeleniego, podbiły w listopadzie moje serce. I żołądek. Do nietypowych wrażeń kulinarnych mogę zaliczyć kolację we francuskiej restauracji, w której akurat świętowano popularne Beaujolais (czytaj: bożolé). Jak podaje portal ifrancja.fr: „Tradycyjnie w trzeci czwartek listopada we Francji rozpoczyna się święto młodego wina Beaujolais nouveau. Wina z tegorocznych zbiorów trafiły do sprzedaży w winiarniach, barach i restauracjach w całym kraju. Rocznik 2025 jest oceniany przez winiarzy jako jeden z najlepszych od lat, z winami lekkimi, eleganckimi i bardzo owocowymi, ale dostępnymi w znacznie mniejszych ilościach z powodu słabszych zbiorów”. Francuskie szczęście kopnęło mnie możliwością degustacji młodego wina, ale i typowo francuskiej kuchni – menu bez możliwości wyboru, to co kucharz nagotował, trzeba jeść. A w garach, no cóż, po supersmacznej przystawce w postaci pasztetu, galantu w cieście, na stół wleciała micha mięsa, kości i sosiwa. Micha dosłownie, bo danie główne podane było w metalowej misce,,, trochę jak dla psa. Francuzi zdecydowanie nie jedzą oczami. Na szczycie tej mięsnej michy kość wołowa wypełniona pieczonym szpikiem. To i tak nie koniec. W zestawie znalazły się dwa kawałki bardzo smacznej wołowinki, i inne mięsko, po oskubaniu którego dowiedziałam się, że najprawdopodobniej był to, ogon krowi. No tak, nic nie może się zmarnować. Był nie do zjedzenia. Całość jednak uratował deser i wspomniane wino. Zdecydowanie nie będę tęsknić za jedzeniem niespodzianek po zakończeniu francuskiej przygody.
Kociakowo, czyli kawiarnia z kotkami skradła moje serce w listopadzie i odwiedziłam ją aż dwa razy. Takie słodkie, sobie chodzą, leżą, śpią, jeden wskakuje na stolik, jak tylko pojawi się na nim ciasteczko, a inne totalnie ambiwalentnie do gości kicikici wołających się odnoszą. Właściwie nie odnoszą się wcale. Jedna uwaga, na pewno nie powinno się wpuszczać dzieci do takiej kawiarni, bo te zaraz wszystkie koty by chciały dla sienie mieć, a jak tak publicznie dziecko odepchnąć, zepchnąć, żeby sobie poszło, bo to jest TWÓJ KOT, TY SOBIE go upatrzyłaś? No z dorosłymi nie ma tego problemu, Ci to raczej siedzą i czekają, jak kot przyjdzie. Kociakowo było superpuszyste, milutkie i nawet fakt, że jeden z tygrysów mnie ugryzł w rękę – ponoć nie powinnam po brzuszku masować, a ja myślałam, że jak mnie pierwszy raz złapał zębami, delikatnie, to chce się bawić. Ktoś tu się po prostu srogą brawurą wykazał i dalej uważam, że to kot zachował się nieodpowiednio. Czat gpt mówi, że mogę przez to nawet umrzeć, poczekamy.
14 listopada w Normandii, termometr pokazywał 19,5 stopnia Celsjusza, o godzinie 17, na zewnątrz. Czyż to nie brzmi jak cudowny listopad? Niestety, polski listopad i -7, czytaj, minus siedem, odczuwanie subiektywne, minus siedemdziesiąt siedem kłóci się z możliwościami technicznymi – załóż jeszcze więcej ubrań. Narzekać jednak nie ma co, bo cichy, budzący się do życia las, w promieniach porannego słońca, ze spankiem na ambonce, piknikiem i ciepłą herbatką, hiszpańską czekoladką, to rozgrzewa serduszko, nawet jak nóżki przymarznięte.
Nóżkom daje także zmarznąć w Austrii (tej bez kangurów), podczas pierwszej wizyty w tym kraju, podbijam wiedeńską stolicę z całym jej świątecznym majestatem. Jest pięknie, atmosferę podgrzewa dobre towarzystwo i świąteczne koncerty. Szczególnie, koncert utworów Mozarta w wiedeńskiej katedrze w wykonaniu orkiestry. Jarmarczne przygody na Diabelskim młynie, konkursy na przeciśnięcie się w kolejce do grzańca, próby uchwycenia świątecznych dekoracji „bez ludzi”, Apfelstrudel i sznycel wielkości płetwala błękitnego – takie citi brejki to ja szanuję. Aaaa jeszcze przejażdżka karocą z napędem na cztery koła, ale tylko jednym koniem.
No to przeżyliśmy listopad, fajny był, rodzinny, ogrzany kominkiem i herbatą ze skrzypu. Już teraz jest z górki, zaraz będziemy składać sobie życzenia robić postanowienia, czyli czekać na ten koniec roku. A czekać wcale nie trzeba, nie zostawiać rzeczy, że od nowego roku. Bo jak świat się skończy i nie zdążymy?

PolecAnka: powieść: "Cyrkówka Marianna" autorstwa Anny Fryczkowskiej

Adres

Olimpijska 4
Duszniki Zdrój
57-340

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Okrążymy Świat umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Okrążymy Świat:

Udostępnij