01/02/2026
14_20205 Oczekiwania co do wyjazdu były bardzo jasno sprecyzowane: dobrze zjeść i zobaczyć niedźwiedzia, no może 13. I oto historia, jak z 5 misiów, zrobiłam 13. I wyczarowałam konia.
Z lotami o 6 rano jest tak, że człowiek się najpierw cieszy, bo ostatecznie będzie cały, caluśki dzień gdzieś tam w miejscu docelowym, nie straci minuty z doby przeznaczonej na wakacjowanie, a w ostatecznej ostateczności, po godzinie 17 snuje się ze zmęczenia dobijając do kolejnego kościoła lub muzeum z listy do zobaczenia. Musimy pamiętać jeszcze o tym, że na lotnisko jakoś trzeba dojechać i oczywiście być około dwie godziny wcześniej, na odprawie. W praktyce może się zdarzyć, że jeśli masz lot o 6 rano, dzień rozpoczynasz o 1:30 w nocy. Zbrodnia w imię zwiedzania! Żeby się przed tym uchronić (i nie mieć później worków pod oczami na tych zdjęciach z przed muzeum), należy przestrzegać kilku podstawowych zasad, oto one. 1. Znajdź sobie kompana podróży, który ma prawo jazdy, i który poprowadzi samochód na lotnisko – śpij w tym czasie, nie zagaduj kierowcy, daj mu się skupić na drodze. 2. Kiedy tylko zajmiesz miejsce w samolocie, umość się z poduszką rogalem i śpij, od razu, najlepiej zaśnij jeszcze przed startem i obudź się po wylądowaniu. W ogóle najlepiej to leć takim samolotem, w którym ludzie klaszczą dla pilota, to wtedy obudzą Cię brawa, czyż to nie wspaniała pobudka? 3. Pij dużo wody, żeby skóra była nawodniona i promienna (to i tak nie pomoże, ale przynajmniej będziesz miała poczucie, że robisz coś zdrowego). Nie ma za co.
Temperatura zapowiada gorące wrażenia z Rumunii, a to dopiero ranek, jakże zatem wątpić w szczęście dziecka Słońca, no jak? Plecaki w bagażnik, nawigacja ustawiona i fruuuu w drogę przez pierwsze kilometry rumuńskich dróg. Żadnych w głowie stereotypów i szablonów w głowie nie mam, że to może koniec świata. Absolutnie! Przy odsłuchiwaniu audiobooka o Rumunii, apetyt na ten kraj rósł z każdą minutą (szczególnie na ciorbę z gęstą, kwaśną śmietaną). Nie ma co przedłużać, bo pierwsza atrakcja wyłania się zza gęstego, czarnego nieba. Pod drzwi dobiegamy tuż przed tym, jak kurek z ulewnym deszczem został rozkręcony akurat w Turdzie, gdzie znajduje się kopalnia soli - Salina Turda, gdzie do 1932 roku wydobywano sól kamienną, a aktualnie jest to jedna z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Rumunii. Przed organoleptycznym doświadczeniem polizania ścian i empirycznego doświadczenia, że ściany są naprawdę słone, chroni mnie tylko myśl, że ktoś inny mógł mieć podobny pomysł przede mną, a ja na pewno trafiłabym językiem już w lizane. Kryształki soli mienią się na ścianach, podłodze, balustradach i suficie. Długi na prawie kilometr tunel, wcześniej dziesiątki schodów, prowadzą nas do czarnej tafli jeziora. Tak, jeziora, które znajduje się na samym dole (najgłębszy punkt kopalni to 120 metrów – tak, miałam tę myśl w głowie, a co robić, jakby zaczęła się ta kopalnia walić, modlić się. Odpowiedź też raczej zawsze mam). Całkiem nie romantyczny rejs łódeczką po mrocznych wodach słonego jeziora, ale po Wersalu to wiosłowanie jest już jakby naturalne. Dookoła więcej cepelii, można zagrać w bilard, ping pong, tenis, przejechać się na diabelskim młynie, zaśpiewać na scenie, ale największa atrakcja to dla mnie echo, echo, echo, cho, ho, o, o … To zjawisko w Salinie Turdzie ma zupełnie inny wymiar i głębie, a już krzyczenie w przestrzeń w pomieszczeniu o kształcie dzwonu to zabawa na całego. No w końcu ktoś mnie porządnie wysłuchał i zrozumiał, a głos mój się niesie na samą górę!
Postój na kawę , to spacerek po uliczkach Targamures, gdzie szykują się jakieś koncerty, nam jednak z cyklu dla duszy i ciała, w głowie bardziej te przyziemne, jednak z samego szczytu piramidy Maslova (jestem tak łasa na słodkie, że za pierwszym razem napisałam o piramidzie Pavlova, ale coś mi nie pasowało…). Miasteczko jeszcze nie powala, choć jest przyjemnie, tu posąg wilczycy karmiącej dwóch chłopców - Romulusa i Remusa, legendarnych założycieli Rzymu, tam kościół, w ręku paluchy z sezamem, sok z kwiatów bzu na długie zimowe wieczory na lokalnym bazarku zakupione i Rumuni, którzy nie potrafią mówić po rumuńsku. Bona diamenacia – czyli dzień dobry, wypowiadane przeze mnie 851 razy dziennie, przez cały pobyt, zrozumiane może było z 4, dosłownie: cztery razy! Czy ja niewyraźnie mówię? Panie w kawiarni, pan kelner, pan w kantorze, policjanci, no ludzie po prostu, Rumuńczycy, zdziwieni tacy, co ja od nich chce, no to mówię drugi, trzeci raz, w końcu rzucam, że helloł, że good morning, i dopiero załapują, że aaaa, bona diamenacia. No przecież to właśnie powiedziałam. Z polecenia mundurowych trafiamy do najlepszej restauracji, chyba na całym wyjeździe, ciorba, czyli tradycyjna zupa rumuńska to obłędna uczta dla kubków smakowych, zatopiona w bardzo gęstej śmietanie i osobiście, to mogłabym jeść te zupę do końca świata.
Podróżowanie latem ma te plusy, że dzień jest bardzo długi, dzięki czemu mamy dodatkowe godziny na eksplorowanie. Te nam się przydały w Sighisoarze, bajkowym miasteczku, obejrzanym i schodzonym przez nas w półmroku kończącego się dnia, w blasku księżyca, w pełnym słońcu i w ciepłym, letnim deszczu. Kamieniem wyłożone drogi, niskie, kolorowe domki, mnóstwo kwiatów w każdym możliwym zakątku, vibe starożytności wokół pomaga poczuć się księżniczkowo. Magia świateł w takich miejscach robi tak niesamowity klimat, że mojej wyobraźni nie potrzeba więcej, by sobie wyobrażać, że jest rok 1643, ja mam ma sobie suknie z szerokim dołem i się przechadzam po tych kocich łbach – swoją drogą, czy ktoś kiedyś sprawdzał na randce, skąd nazwa „kocie łby”?
Ostatnimi resztkami energii wchodzimy na wzgórze schodami z XVII wieku, drewniane, trochę zapadłe, ale obudowane przez deszczem i wiatrem, żeby miejscowym uczniom nie dawać wymówek na wagary. Tak, schody, kiedyś ponoć ich było 300, teraz zaledwie zachowane 172 stopnie prowadzą do dawnego gimnazjum. Za dnia odwiedzamy ponownie ten punkt widokowy na miasto, spacerujemy po cmentarzu ewangelickim, który na chwilę przenosi nas do Niemiec. Najpiękniejszy widok na miasto dostajemy na wieży zegarowej, gdzie paradoksalnie, jedną z dekoracji wieży są najbrzydsze na świecie figurki, posążki, które hmmm… nie wiem co z nimi właściwie, jedynie, że były po prostu tak szpetne, że w sumie się cieszę, że jednak tą księżniczką z wieku 17 nie jestem, bo bym się pewnie musiała takimi bawić. Sighisoara jest zadbana, czysta, kolorowa, ale nie jarmarczna. Po zmroku jest magiczna i bajkowa to miejsce, w którym czas jakby się zatrzymał, miejsce z duszą, wyczuwalną i namacalną pod kamiennym brukiem, odbijającym światło lamo, na kolorowej fasadzie domu, kwitnących kwiatach,
Restauracje to swoiste dekoracyjne perełki, te co odwiedziliśmy, serwowały pyszne jedzenie, jeszcze lepszą kawę. Dom Pana Wampira – Vlada Palownika nie był wzięty szturmem, ale już antykwariat, do którego wchodziło się schodkami, jakby w piwniczkę, jak zwykle wywołał u mnie rozterki – mam albo za mało pieniędzy, albo za mało miejsca na przechowywanie tych wszystkich rzeczy, które bym chciała mieć. Jak już kiedyś będę nieracjonalna i będę miała swój zamek, jedną komnatę przeznaczę na swój własny antykwariat. Wykupię prawie wszystko z Węgier i domówię z Rumunii. Tak to widzę.
Drugi dzień wakacji rumuńskich trwa, a ludzie kochani, jest tak cudownie, że nie ma dramy tylko och i ach, słowa mają smak cukrowych wat i tylko serce skacze, gdy pan pasażer gdzieś pośrodku niczego krzyczy, nagle, bez zapowiedzi, aaaaaaa arbuzy, zawracaj. No to zawróciłam, emocje jak na polowaniu, poproszę najsłodszego. Widząc to szczęście w oczach nawet się nie odzywałam, że może ten jest nieco za duży dla dwóch osób, ale przecież wakacje, jest gorąco, trzeba się nawadniać, co tam 12 kg arbuza, zjemy, pikuś. Jak to z arbuzem bywa, można i pojeść i popić. O dziwo, arbuz nie został przypięty pasami bezpieczeństwa, a trochę się o to obawiałam, że nasz nie święty Grall, zamiast do bagażnika, trafi na siedzenie.
Z pełnymi brzuchami pestek (ja wypluwałam w sumie, bo nie chciałam, żeby mi nowy arbuz w środku urósł i mnie pogrubiał na zdjęciach), udaliśmy się na nocny podbój zamku Draculi, który był tak chroniony czarami, że ani prośbą, ani szturmem, nie zdobyliśmy. Dlatego tuż z samego rana, po bardzo obfitym rumuńskim śniadanku – twaróg tłusty, szyna, sok tłoczony, czereśnie, warzywa no i oczywiście arbuz, ganiane było po komnatach. No to moja wyobraźnia w ogóle nie pracowała, bo gdzie komnaty, a gdzie wampir. Tak właściwie, to aktualni właściciele nie bardzo lubią nawiązania do Draculi, wiadomo, my, durni turyści, jak muchy na lep rzucamy się na każdą taką atrakcję, ale im się już chyba znudziło, bo okazuje się, że uwaga, Dracula w postaci Wampira, to w ogóle nie istniał. Nie możliwe! To tylko legenda, hrabia Dracula do zobaczenia tylko w bajce Hotel Transylvania. Zamek, jak zamek, jako samozwańcza księżniczka powiedziałabym tylko, że widziałam lepszy standard, ale na rezydencję letnią zdecydowanie by się sprawdził, szczególnie, że z zamku do królewskiego ogrodu, można było zjechać windą, 60 metrów w dół. Technolodżia i pomysł, co zrobić ze starą studnią. No szał ciał, to nie tu, na bazarku obok można kupić skóry z owcy i kołki drewniane na wampiry, gdyby jednak to nie był fake. Dostaniesz kubki, magnesy, przyprawy. Wszystko co niepotrzebne i raczej tandetne, made in czajna bardziej niż produkt lokalny.
W rumuńskim Braszowie najbardziej podoba mi się to, że jest w Siedmiogrodzie, jak to bajkowo brzmi. No i też, że się najadłam węgierskiego langosza ze śmietaną, czosnkiem i serem. Brzuszek pełny, buzia szczęśliwa, gotowi do drogi, cel: Rasnov i jego twierdza na wzgórzu. Trasa jest prze-u-ro-cza. Jest zielono, Słońce świeci ponad dolinami karpackimi, są przekąski, jest muzyka i dobre towarzystwo. Arbuz, także, oczywiście. Napis w stylu Hollowood, czyli białe litery RASNOV na tle zielonych drzew już z daleka przykuwa oko, ino zachodem nie pachnie, bo im bliżej cytadeli, no to wiesz, że w holyłodach nie jesteś. Wyjeżdżając z tego miasteczka mam taką myśl nagle, że może właśnie zachód tak, ale dziki zachód. Budynki, aura i zachodzące słońce kojarzą mi się z klimatem westernu. Myśl staje się słowem i rzucam, że brakuje mi tu tylko pędzącego konia. Nie mijają trzy – dosłownie trzy sekundy, gdy ulicą, do której dojeżdżamy jedzie furmanka ciągnięta przez konia. Ja oszalałam, mój mózg prawie dostał zawału. Oto dowód, na który czekam 34 lata – ja umiem czarować, a pierwsze co mi się udało, to koń właśnie. No losie drogi, gdyby nie naoczni świadkowie, nikt by mi w to nie uwierzył. Sama bym pewnie wątpiła, czy mi słońce może zbyt nie przyświeciło lub zjedzone rano czereśnie nie zaczęły aby zbyt fermentować. Koń był, dorożka była, western rumuński na pełnej.
Obiadek z widokiem na Karpaty, gdzie pani kelnerka przyjmuje zamówienia szeptem – na dole na tarasie trwają zajęcia jogi. A i ja łączę się w miłości ze wszechświatem dzięki klopsikom i zupie, każdemu według potrzeb. Popołudnie upływa nam na znalezieniu najlepszego kawałka łąki, gdzie to trawa nie jest za wilgotna, owady za bardzo nie gryzą i przede wszystkim, nie ma płotu, który do łąki dojścia strzeże. Znajdujemy taką. Jest najpiękniejsza, najkwietniejsza i nawet te kilka nadprogramowych latających muszek nie psuje klimatu. Taka łąka z prawdziwego zdarzenia, z oddali słychać nawet owce, a góry, no góry zachwycają i im dłużej patrzę, tym bardziej jestem tym widokiem nienasycona.
Trasa Transfogarska jest na liście do odkrycia, przejechania, zdobycia. To nie lada gratka, mówią, że szczególnie dla motocyklistów, ale i samochodem to będzie niezła przygoda. Dzień zaczyna się jak zawsze wcześnie, gdzieś koło 10 :D nie wiem, żartuję, nie pamiętam, na takich podróżach odpuszczam wstawanie o 7 rano, bo o 9 to trasa już będzie zwinięta, a ja nic nie zobaczę. To za mną. Z pewnością dzień zaczyna się słonecznie i obiecująco, przed nami około 151 kilometrów widokowej trasy w rumuńskich górach Fogarskich. Chcemy przejechać jak najwięcej się da. Pisząc to już wiem, że „jak najwięcej” to się nie da, jednak każdy metr i zakręt był warty przejechania. Po drodze spotkaliśmy siedemdziesiąt osiem niedźwiedzi (no tu lekko, gdzieś co najmniej o 74 niedźwiedzie, przesadziłam), ale biorąc pod uwagę fakt, jak blisko byliśmy obok jednego z panów misiów, to liczę wielokrotność. Na pewno nie wyolbrzymiam ilości postojów, które zrobiliśmy po trasie, z milion to co najmniej. Za każdym kolejnym zakrętem widok był coraz piękniejszy i nie sposób było po prostu przejechać obok, bez zatrzymania tego w kadrze. Na najwyższym punkcie trasy, postój na Papanasi, tradycyjny rumuński deser. To taki twarogowy pączek z kleksem śmietany i jagód – rozpływa się w ustach, jest rozkosznie miękki, nie za słodki, nie za suchy, wszamałabym go teraz, oj tak. Atrakcją na trasie, jeśli dbasz o nawodnienie może być także …sikanie w krzakach, jeśli taka konieczność jest, a akurat się zdarzy, że do najbliżej toalety z twojej cywilizacji daleko. Nigdy nie wiesz, czy akurat za tym pagórkiem lub drzewem przy drodze nie czai się miś. Bo to naprawdę nie jest tak, że je widać z daleka, miśki nie mają koloru jak Kubuś Puchatek, a ich szarobrązowe futerko często wtapia się w otoczenie igliwia i pniaków. Oczywiście wiadomo, że ja po krzakach NIE sikam, ale gdybym, to bym się bardzo bała i drżała, oj drżałabym, żeby sobie z tego strachu po nogawkach nie,,, zresztą, nie ważne.
Zjeżdżając z górskich dróg w Rumunii, nie wiem skąd, nie wiem kiedy, nagle samochód zaczęły otaczać, setki, a może i tysiące owiec. Pasterz krzyczy na mnie, macha, chyba żeby jechać, ja jedyne o czym myślę, to że rozjadę owieczki i będzie rzeź niewiniątek, owce, nie myślą o niczym jak o zielonej trawce, która jest bardziej zielona akurat z drugiej strony auta. Impas zupełny. A te owce idą, beczą, dzwonkami dzwonią, małe, duże, białe, czarne, pomalowane! Cały przekrój owczego społeczeństwa prowadzony przez kilka osłów, psy i pasterzy. Dopiero po dobrych chwilach kilku oszołomienie spadło i ruszyłam autem w przód, zauważając, że owce niby idą z kołem raciczka w raciczkę, ale pod sam samochód nie wchodzą. To nie zwykłe barany były. Sztos totalny!
Bardzo, bardzo mnie się ta trasa kręta niczym esy floresy na obrazach Van Gogha podobała, uczciwie też wspomnę, że fizycznie była wyczerpująca, bo to jakby cały dzień na roller cosetrze jeździć, z tym, że samemu się prędkość dostosowuje.
Aktualizacja: po dwóch dniach z arbuzem – nie przejedliśmy go w całości :D
PolecAnka: „Smugi” Małgorzaty Starosty