Okrążymy Świat

Kontakt: firmę

Okrążymy Świat ...wyprzedzając słońce, ukraść mu cały dzień. Robić tak bez końca i nie starzeć się ani o dzień
(1)

6_2026 Serbskie spotkania na szczycie, zepsute auto i to w końcu pasma gór, czy pasma rozczarowań? Mam niby dużo wolnego...
01/09/2026

6_2026 Serbskie spotkania na szczycie, zepsute auto i to w końcu pasma gór, czy pasma rozczarowań?

Mam niby dużo wolnego czasu, w końcu jestem na urlopie, a tak naprawdę nie mam czasu w ogóle. Jak ja umiem w planowanie, by wykorzystać każdy dzień, a jednocześnie zaspokoić wieży rodzinne i ukoić się emocjonalnie to tylko moi najbliżsi wiedzą, ale i tak pytają, to kiedy będziesz? Gdzie jesteś? Cena nie jest wysoka, brak dobrego snu, przecież odeśpię w autobusie, pociągu, samolocie, pomieszkiwanie w swoi mieszkaniu, pusta lodówka. I tylko kwiatom na dobre to wychodzi, bo rosną na trop*kalnym poddaszu bez mojej ingerencji jak szalone. Tym razem mam wylot z Berlina, a że czasu trochę zostało, bo lot opóźniony, odwiedzam salonik lotniskowy, co to dla VIP pasażera jest. Frankfurterka z jajem to zawsze dobry pomysł na śniadanie, szkoda, że nie ma majonezu i jakiś warzyw. Jest za to bar. Samoobsługowy. O losie, gdybym tylko miała 24 lata! Sprawdza się powiedzonko, że lotnisko to jest inna czasoprzestrzeń. Drinki się leją od białej do rudej, większą kolejką do baru niż do kawy, a nie ma nawet 10. Chyba większość tu się boi latać i tak dla odwagi albo na zdrowie.
Zdarzają się takie dni, kiedy w ogóle siebie nie potrafię przewidzieć. I to, z jednej strony czasem jest fantastyczną przygodą, świat zdaje się mi sprzyjać, czasem zaś to seria niefortunnych zdarzeń przeplatana stanem bezsilności. Oczywiście, nie jeden raz najpierw otarło się o mnie załamanie nerwowe gdzieś na szlaku, gdy zgubiłam drogę, albo na drodze, gdy piąty raz jadę po rondzie dookoła, bo się mapa zawiesiła, albo, gdy jestem głodna jak wilk, a w promieniu 30 kilometrów nie ma żadnej restauracji, albo jak już jest, to już zamykają. Na szczęście, częściej już wybucham śmiechem, krzyczę niż nazywam siebie debilem. Trochę czasu mieszkałam we Francji, wiem więc, że „fo pa” przytrafia się każdemu, a zwracanie uwagi, że akurat mi to zawsze jakiś przypał się przytrafi, no to po co kusić los.
Tym razem, lecę do Serbii, podbić kolejny kraj i zanurzyć się w bałkańskim klimacie. W każdym planie wycieczki, jeśli akurat takowy istnieje, oprócz miejsc wartych odwiedzenia, wpisuję słówka w lokalnym języku oraz nazwy i opisy potraw, które stanowią o smaku danego kraju. Nie raz i nie dwa zawiodłam się na najlepszym na świcie gulaszu, wciąż i niezmiennie, próbować lubię. I w Serbii mam całą listę przysmaków i miejsc-perełek, które chcę odwiedzić.
Samolot jest opóźniony o ponad dwie godziny, mam zatem czas na przypomnienie sobie serbskich słówek: da, ne, ne znam, hvala wam i dobre jutro i cyk już mówię po serbsku. Z pewnością pójdzie mi lepiej niż w Rumunii. Skreślam też pierwszy punkt wycieczki, twierdzę Golubac, bo właśnie te stracone na lotnisku dwie godziny, były mi niezbędne do jej odwiedzenia. No startujemy, lot przespany, ląduję na lotnisku Nikola Tesli w Belgradzie! Serbio, witojta! Ja rozpoczynam swoje pasmo sukcesów, mijając na lotnisku wszystkie punkty sprzedaży lokalnych kart sim i kantory wymiany walut. Toż to zawsze takich punktów jest bez liku już po stronie bezcłowej, a tu co za odwrotności. Jako że Serbia nie należy do Unii Europejskiej, muszę kupić kartę z Internetem, by mieć dostęp do map. Gotówka w postaci lirów też by się przydała, bo to również bywa, że kartą nie da się gdzieś zapłacić. No trudne się dziś trafiło, jestem goła i wesoła, ale pan w wypożyczalni doradza, że na stacji paliw, na pewno kupię Internet, a i kantor się trafi. Odbieram auto i dziękuję sobie, że tym razem byłam na tyle przezorna, że ściągnąłem chociaż mapy offline. Hvala mi! Ruszam w stronę gór, bo już późno. Rzeczywistość okazuje się brutalniejsza, pierwsza stacja, druga stacja, a ja nawet kawy nie mogę kupić, nie mówiąc nawet o Internecie. Europejskie karty płatnicze nie są obsługiwane na rosyjskich stacjach benzynowych, których tych w Serbii jest bez liku. Plusem jest, że jak na razie wszędzie dogaduję się po angielsku bez większego problemu. Decyduję się ostatecznie na zakup drogiego pakietu gigabajtów u swojego polskiego operatora i łącze się z wirtualnym światem. Czerwcowy żar leje się z nieba, zjeżdżam z autostrady i rozpoczyna się pasmo widoków nie z tej ziemi, które będą towarzyszyły mi przez cały tydzień.
Serbia bardzo potrafi w widoki, a to dopiero początek tej niekończącej się widokówki. Przede mną drzwi do raju, płaski teren powoli zamienia się w zielone wzgórza poprzecinane złotymi polami zbóż. Serduszko bije szybciej, gdy wzgórza zamieniają się w góry, a poszczególne pasma odcinają ziemię od nieba. Ależ tu jest pięknie. Ależ tu jest gorąco. Będę narzekać, tym razem upał mi w ogóle nie sprzyja, coś jakby zepsuło się w mojej termo regulacji. To może być też wiem, nie wiadomo. Dojeżdżam do Soko Banja, miejscowości uzdrowiskowej, która wszędzie opisywania jest jako polskie Zakopane. W tym gorszym znaczeniu taniego, kiczowatego jarmarku i cepelii.
Niestety mój gospodarz nie odbiera, a ja taka głodna jestem, chciałam tylko zostawić rzeczy i siup w miasto. Po kilku minutach mojego krążenia, z balkonu na przeciwko odzywa się po serbsku kobieta. Pyta, czy ma zadzwonić do właściciela i skąd jestem. No z Polski, a to ona zna polski i całkiem ładnie mówi. Ogarnia mi kontakt do właściciela i podaje namiary na smaczną lokalną restaurację. Ciężkim krokiem zjawia się mój gospodarz i ja się bardzo cieszę, że węch mój robi sobie co chce, bo w tym wypadku na pewno poczułabym serbską, przetrawioną gorzelnie. Pan nawet nie miał siły do mnie mówić, pokazał tylko pokój i się wytoczył. Była może 18, taki to pożyje.
Na kolację wjeżdża zupa rybna oraz gołąbki z sarniną, ale bez szału, bardziej czułam ryż niż mięsko, jednak lubię ten smak winogronowych liści, w których jest ta mieszanka zawinięta. Dla mnie smaczniejsze niż kapusta z polskiej wersji.
Trzeba to rozchodzić, wbijam na dość zatłoczony deptak, zewsząd gra muzyka i faktycznie, mydło i powiodło dosłownie wszędzie dookoła. Miód, ser, torby, skóry, futra, zabawki modne i nie modne, łyżki drewniane, wata cukrowa i popcorn, szable, bańki, wesołe miasteczko, brakuje tylko białego misia, ale widomo, jest Stich. Współczuję rodzicom tych wszystkich kusicieli. Sama jednak nie wykazuję się silną wolą i oczy mi się rozszerzają na widok second handów wzdłuż ulicy. Trafiłam do centrum ciucholandów, czytaj, trafiłam do raju. Pozwalam sobie wejść jedynie do dwóch, by wesprzeć swoimi zakupami małych przedsiębiorców. O rany, ale tu na prawdę jest tyle perełek, że szok. Przeżywam osobiste katusze przypominając sobie, że mój plecak ważył 9.3 kg w dniu przylotu, nie ma co szaleć.
Miasto zdecydowanie rozpoczyna swą nocną egzystencję, a ja dalej przechadzam się deptakiem, rzucając okiem na fontannę, deptak i miejscowe zabytki. Szybkie zakupy na jutrzejszą wyrypę i na koniec dnia trafia mi się jeszcze cudowny spektakl zachodzącego słońca z górami w tle. To jest żyćko.
Już dawno ogarnęłam, że w góry nie trzeba wychodzić o 5 rano, bo trzeba być pierwszym, jednak pogoda nie pomaga, łamie więc swoje święte zasady i potrzebę beauty sleep i już chwilę przed 7 jestem w drodze na szlak. Dziś będę wspinać się na Rtanj, zwany też Siljakiem, świętą górę Serbii mierzącą 1565 metrów nad poziomem morza. Dlaczego jest święta? Czary- mary i lokalne opowieści o tym mówią. Ma kształt niemal idealnej piramidy więc wszystkie legendy o UFO i innych siłach nadprzyrodzonych dobrze się tu mają w przewodnikach. Osobiście liczę chociaż na to, żeby mnie żadne UFO nie porwało, a jak już, to żebym trafiła w krainę, gdzie jest zakazane wstawać wcześniej niż 8.30. Żartuję, 9 jest lepszym wyborem. Szlak jest super oznaczony, na pewno się nie zgubię, to cieszy, nie będzie przygód, jedyny minus to już teraz, tak wcześnie rano temperatura sięga 24 stopni, a ja idę ino w górę, gdzie cień zapomniał zostawić po sobie nawet najmniejszy ślad. Drzewa skończyły się już po pierwszych 100 metrach szlaku. I zapomniałam czapki, za to mam spodnie z długimi nogawkami. Ale co jest cudnie! Piramidę, czyli Siljaka widzę już z parkingu, a u podnóża góry, wzdłuż szlaku ciągnie się kolorowa łąka kwiatowa z w różnobarwnych kształtach. Niemal idealny kształt góry, faktycznie może nasuwać myśli, że to nie jest zwyczajne, być tak perfekcyjnym. Od razu przypominają mi się wszystkie piramidy, które w życiu widziałam, a dzięki odwiedzinom w Meksyku i Gwatemali, było ich całkiem sporo, mam więc w głowie do czego porównać. Czy i tam na szycie, boska energia mnie pochłonie, czy poczuje moce nadprzyrodzone i zespole się z naturą? Haha nawet mi takie myśli do głowy nie przyszły, ale doceniam, że ktoś mógłby tak o mnie pomyśleć. Trzeba ino wejść, popatrzeć jaki piękny świat, jak słońce rzuca promienie na pasma górskie, tworząc swoistą słoneczną tęczę bez kolorów, możliwą do zobaczenia tylko w górach, zjeść śniadanko w okolicznościach luksusowych, zrelaksować się. Zdecydowanie bardziej czuje się zrelaksowana, gdy mięśnie ciała marzą o leżeniu i jacuzzy, niż w samym jacuzzy. Idę zatem, krok za krokiem. Oczywiście, nie jestem spocona, jestem po prostu mokra. Pierwszy etap jest całkiem miły i spokojny, po godzinie robię przerwę na śniadanko po trasie i jestem z siebie bardzo zadowolona jak potrafię siebie rozpieścić. Kindziuk, czyli serbska kiełbasa w plasterkach automatycznie zostaje moim ulubieńcem już po pierwszym plasterku. Daleko przede mną widzę grupę ludzi, czyli nie jestem sama, to dobrze. Oni już wchodzą po masywie piramidy, gdzie zaczyna się właściwe podejście na zakosy. Po kilku chwilach zoomowania zauważam jednego odważnego typka, który idzie prosto po górę i rozważam te opcję, co by skrócić te męki płynące żarem z nieba. Serio jest ciężko, powietrze jest nagrzane, jakieś takie wydaje się gęste i trudno się je wdycha. Przemawiam sobie do rozgrzanego rozsądku i krok za krokiem wspinam się po zboczu piramidki, jakoś idzie. Wąska ścieżka prowadzi kwiatowymi kobiercami w górę i w górę, a ostre, pionowe ścinki szlaku w ogóle już mnie nie kuszą. Moje tętno już i tak jest wysokie, dla lepszej wydolności, nauczona doświadczeniem, tym razem kontroluje ilość wypitej wody. Po godzinie już tempo ogarnięte, wywalone na ten upał, idę. Zrobisz nam zdjęcie, słyszę. No jasne, proszę bardzo. Cyk, cyk, papa, powodzenia, jesteś już nie daleko. Podnoszę głowę i widzę szczyt, o! Tego się zupełnie nie spodziewałam, że już? Według czasówki powinnam iść jeszcze co najmniej 30 minut, czyli to przez prędkość nóżek takie tętno. Uśmiech od razu przykleja się do buzi, jea, doszłam. Na samym szczycie stoi drewniany krzyż, pod nim różne małe dary, upominki ofiarne, w końcu to święta góra. Niestety są też pozostałości po troglodytach, bo ci, co zdobyli górę przede mną, zapomnieli zabrać swoich śmieci, brudasy. Stadko much zniechęca do dłuższej posiadówki, otaczam okiem panoramę, aaaaa, to mój zachwyt, bo widoki prze-cu-dne! Schodzę troszkę niżej, ale mam wrażenie, że coś lata dookoła mnie, wszędzie, wplątuje się we włosy. No ja wiem, ostatecznie jestem spocona, pewnie nie pachę fiołkami, ale bez przesady, że od razu 23 robale na raz. Jakieś żuki przebrzydłe, no i co, że mają zmyślne seledynowe skafandry jak się dosłownie wklejają we mnie, chcą zjeść. Czyli jednak jestem ciasteczko. Uzupełniam kalorie kindziukiem, nawadniam się zerówka i jazda na dół, bo zaraz sama zostanę zjedzona. No dobra, te robaki nie gryzły, ale trochę bardzo było to ble, jak się tak na mnie rzucały.
Droga powrotna to bułka z masłem, mijam wszystkich po drodze, w tym jedną parkę. Skąd jestem, pyta pan, wielki jak niedźwiedź. Polka jestem. Aa Polska, no g*y, no muslim. Ale mnie zgotował, sama nie wiem czemu. Polska, love and no terrorist odpowiadam i idę dalej, słuchając jak jego partnerka ładnie mu mówi, żeby zaprzestał komentarzy i dalszych interakcji. No, każe mu się zamknąć, a ja żałuję, że nie mam przy sobie procy, żeby w niego strzelić lub chociaż plastikowej armatki na kulki, taką bym mu Polskę pokazała. Fakt, że jestem od niego szybsza jakieś trzy razy, dodaję mi takiego animuszu, ostatecznie jednak olewam i schodzę dalej. Już nawet nie myślę o tym, jak jest gorąco, pocieszam się faktem, że mam klimę w aucie. Oficjalnie jednak, 30-letnia ja kiedyś, przeprasza 35-letnia mnie teraz, za stosowanie przemocy termicznej w postaci wypowiadanych zdań typu: nie ma takiej temperatury, która jest dla mnie za wysoka.
Gubię kluczyki od auta. Na jakieś pół godziny, ale to najdłuższe 30 minut jakie ostatnio mi się przytrafia, bo, że w ogóle mi się przytrafia, to nawet mnie jakoś nie dziwi. Złości, ale nie dziwi. A było tak. Dotarłam do auta, otworzyłam je, zaczęłam wietrzyć, przebierać się. Na kawkę niestety nie było co liczyć, gdyż restauracja na dole zamknięta na cztery spusty, plan był prosty, ogarnąć się szybko i jak najszybciej wyjechać z tej dziczy, znaleźć kawkę. Oczywiście, jeszcze siku gdzieś w krzaczkach. No 1462 razy przeszukałam te dosłownie 15m2, po których się poruszałam w tym czasie po otworzeniu auta. No, ale jednak sporo tego fragmentu to wysoka trawa, na kolanach przeszukana, w rytmie wiązanki takiej, jak na behapówkę z budowy przystało.
Każdy plecak, torbę, siedzenie, schowek przeszukałam 2619 razy i nic, kluczyków brak. Jakby ktoś na mnie z boku w tym czasie patrzył, moglibyśmy się z tego teraz nie śmiać, bo z całą pewnością, pozdrawiałabym teraz z Tworek. Na szczęście ładnie mi w białym. Już byłam zdecydowana, by sprawdzić na YouTube jak uruchomić corsę bez kluczyków, ale mówię sobie, sprawdzę raz jeszcze, 2620 raz, tam gdzie siku było. Człowiek chce być przezorny, nie chce osikać kluczyków, na bok je odkłada, a potem się okazuje, że opróżnienie pęcherza ma powiązanie z opróżnieniem mózgu. Kluczyki były na kamieniu. Wkurzona, ale i rozbawiona, jadę w końcu, ciśnienie mi tak skończyło, że kawy się pewnie do jutra nie napiję. Po drodze łapie mnie burza i deszcz, co cieszy, że szlag pogodę trafił nie na szlaku. No i, że mnie nie trafił.
Mój kolejny nocleg ma basen uuuu, będę więc miała wieczorny relaks przed jutrzejszym szczytowaniem. Plan zakłada poranne wyjście, jeszcze wcześniejsze niż dziś, mimo dużej niechęci. Na grupie podróżniczej nikt się nie zgłosił, że też się wybiera, a nawet odważyłam się ogłosić, bo to może ktoś sympatyczny się trafi, raźniej z kimś umierać w tym upale. Przeciągnęłam budzik jedynie o 15 minut, ogarnęłam się i ruszyłam przed siebie. Trasa wiedzie przez wąwóz, którego ściany pną się wyyyysoko w górę, droga jest kręta i iście górzysta, co zakręt stoi znak z ostrzeżeniem o spadających kamieniach. Już za pierwszym zakrętem okazuje się, że to nie byle ostrzeżenie, bo na pasie drogi od strony skał, leży sporo kamieni i drobin skalnych. Właśnie dlatego należy mieć ubezpieczenie auta.
Im bliżej jestem miejscowości Babin Zub jestem, tym droga jeszcze bardziej zakręcona. Górzysta serpentyna niczym wstęga rozrzucona na wietrze, staje się moim lunaparkiem. Ale jazda, góra, dół, 180 stopni, 270 i 90. I tak co 23-50-80-100 metrów, w różnych kombinacjach. Podoba się dla mnie ta trasa.
Do przejechania mam ponad 120 kilometrów głównie w górskim terenie, nie przyspieszę więc, a to dobre trzy godziny w aucie. Mimo, że boję się zrobić drzemkę w aucie, to muszę, zmęczenie, a może bardziej znużenie i 33 stopnie za oknem, mówią dość. Pół godzinki dla słoninki. Jak nowo narodzona, ruszam za wskazówkami mojego starego kumpla: jedź dalej na północ. Po 258 metrach, zawróć. Eh, Ty stary zdradziecki łobuzie, zawracam. Jadę sobie, nucę razem z Beatą, do lata, do lata, piechotą będę szła i auto robi p*k, zapala się kontrolka, ta najgorszego sortu, czerwona. Lampa Aladyna świeci na desce rozdzielczej i ja córką blacharza jestem, ja wiem, że tu macania nie będzie, obiecanek, że jak tu dotknę, to magicznie moje trzy życzenia, realne się staną. Ja też angielski trochę znam i jak widzę engine oil pressure fault, stop the vehicle, to oznacza tylko jedno - dodatkowa przerwa na siku. Silnik staje, auto zwalnia samowolnie, a ja nerwowo patrzę w lusterka, kto zaraz we mnie wjedzie. Serpentyny się nie kończą, szczęście, droga pusta. Awaryjne, włączam silnik jeszcze raz i jadę dalej z tak zwaną duszą na ramieniu, choć szczerze by przyznać, że z bardziej niczym w pełnym pampersie. Szybko przelatuje mi w głowie myśl, przecież nie osikałam ostatecznie tych kluczyków, to nie może być to. Do celu zostaje mi jakieś 20 kilometrów, bez dodatkowych atrakcji dojeżdżam i marzę o basenie.
Pan gospodarz pokazuję mi apartament, tam na górze. Na widok miliona schodów wiem, że wszystkie bagaże jakie mam wezmę na raz, choćbym w zębach niosła zrobione po drodze zakupy na jutro. No dobra, ale gdzie jest basen, pytam, bo mimo popołudniowej godziny, wciąż jestem rozpalona. No ten, nie działa, burza była, jest zimna woda, Merkury nie sprzyja kąpielom, ale jest, tam wyżej. Dobra idę, może to tylko kilka liści. Kolejny milion schodów w górę, a przypominam, że ja dziś ponad 950 metrów podejścia zrobiłam, nie mam 15 lat, a jutro kolejne 800, bo ja taka dobra w planowaniu jestem i wiarę w swą kondycję ogromną mam. W basenie faktycznie kilka liści, nie wygląda to jak w egipskim kurorcie, ale człowiek się kiedyś w stawie w Krąpielu kąpał, nie może umrzeć. Po wiadomościach od właścicielki dochodzi jednak decydujący o porzuconych marzeniach fakt, że woda jest zatruta chemikaliami, ale jak sugeruję kontakt z operatorem rezerwacji, żeby basen usunąć z oferty, nagle wszystkie trucizny i brud i temperatura wody i nawet Merkury, znikają. Takie to dziwy. Odpuszczam jednak, bo faktycznie tracę ochotę i zrezygnowana idę pod prysznic, tyle z mojego foczkowania.
Kilka restauracji jeszcze otwartych w całkiem Babin Zubie, idę podbijać wieś i trafiam do rodzinnej pizzerii, bo zapach taki, że skoro mi nozdrza rozwala, musi być dobre. Jest pyszne, pizza wyśmienita, gospodarz przemiły, opowiada, że turyści to tu zimą, teraz pojedyncze osoby, co w góry chodzą. Wygrywam w loterii swojego nowego pieska, który odprowadza mnie pod hotelik, oszczekując po drodze każdego komara. Piję jeszcze herbatkę na tarasie w promieniach prawie zachodzącego słońca i spanko, jutro wielki dzień, wstaję przed 6.
Ha! Każdy myślał, że zaśpię, ja też tak myślałam, a tu chwilę po 6 to ja już w trasie jestem, świeżym i jeszcze rześkim powietrzem oddycham. Pierwsza tego dnia złota godzina rozgrywa właśnie swój spektakl, tańcząc w koronach drzew i na okolicznych szczytach, a bilety do tego teatru kosztowały tylko poranne wstawanie. I było warto i opłacało się. Podjeżdżam po ośrodek narciarski Babin Zub, jakoś tak pusto, na parkingu jedno auto, czy to w ogóle tu? Ale znakówki są, szlak się rozpoczyna, to zdecydowanie tu. Pakuję ostatnie rzeczy do plecaka, dokładam kremu z filtrem na buzię, wpinam w plecak czapkę i fru, marszem swobodnym na szlak. Nie całkiem swobodnym, plecak mi ciąży co najmniej jakbym miała połowę garnizonu świstaków na górze wykarmić, a tu przecież nie ma świstaków. 8 kilometrów w jedną stronę, to przecież kawałek, zaraz jestem z powrotem, a jedzonko wróci w brzuszku. Jakieś 109, może 549 metrów idę sobie lasem, lekko pod górkę, jak kocham chodzić po górach, a jeszcze tak z rana to już zupełnie. Od 550 metra, zaczyna się moja walka o życie. Mówię całkiem poważnie. Temperatura jakby nagle dobiła do 38 stopni, nachylenie ukochanych górek, tego fajnego szlaku, co przed chwilą miał być moim ulubionym z lekkiego pod górkę zmieniło się w ja cię dojadę. Po co ja tam idę w ogóle? Przecież mogę na plaże jechać. Sprawdzoną metodą, liczę do 10 kroków, by zakodować mózg, że to wcale nie tak dużo, zobacz Ania, to tylko 10 kroków, ale już po 3 dopada mnie taka zadyszka, że błędnym wzrokiem zaczynam szukać Szerpy z tlenem. Akurat takiego w Serbii brak. Peszek. Nie wiem dokładnie, ile to trwało, mózg przełączył mi się w tryb przetrwania. Pamiętam jak przez mgłę, szlak zaczął się wypłaszczać, oczy zrobiły się na ten widok szkliste, a serce z radości skoczyło trzy pełne koziołki i dwie i pół gwiazdy. Na więcej sił nie było. Za ten nieludzki wysiłek należy się śniadanko z widokiem obłędnym. Przede mną rozpościerały się pasma górskie, a ja siedziałam ponad nimi. Uczta nie byle jaka, godna wygłodniałej kozicy. Bufet śniadaniowy poleca: awokado, pomidorki, papryka, cukinia, borówki, banan, serek do smarowania, ciasteczka, serbskie pieczywo, makrelka, kindziuk i piwko zero - na szczytowanie. Plus trzy litry wody. I właśnie, wyjmując cały ten śniadaniowy majdan uświadomiłam sobie, dlaczego ten mój plecak jest taki ciężki. Trzeba jeść, żeby mniej nieść. Trochę miałam obawy, że z przepełnionym brzuchem to będzie tylko gorzej przy kolejnym podejściu, a tu niespodzianka. Za skarpą, na której rozłożyłam p*knik, a która zasłaniała dalszy szlak, wyłoniła się długa połonina, droga niemal płaska. Znak informuje, że zostało jeszcze pięć kilometrów, czyli trzy za mną, odczuwalne sto. Dalsza droga była tak lekka i przyjemna, tylko widoki powalały na kolana, robiąc oczom i sercu zielono-niebieski prezent, ozdobiony polnymi kwiatami. Nagle, za kolejnym zakrętem zauważyłam kilka ciemniejszych kształtów na łące. Dinozaury! A nie, to dzikie konie, też fajnie. Faktycznie! Przypomniałam sobie, że gdzieś w Internecie mignęła mi informacja, że w drodze na Midzor, można spotkać dzikie konie. Podchodzę spokojniej, by ich nie płoszyć, mijam rozwidlenie i znak "Midzor 200m" Jak to, to już? Przecież dosłownie przed chwilą mijałam znak 2 km. Cóż, kolejny raz potwierdza się, że łatwo się idzie w miłym towarzystwie. Dobra, dobra szczytowanie nie ucieknie, ale dzikie koniki już mogą, decyzja jest jedna. Zrzucam balast i różową kurtkę, żeby bardziej wtopić się w tłum. W sumie nie wiem, czy konie rozróżniają kolory. Najciszej jak umiem, najwolniej i spokojniej, podchodzę przez łąkę bliżej i bliżej. Naliczyłam ich chyba 17, w tym małe, słodkie źrebaki, tulą się do siebie, prawie jak zeberki, o słodziaki. Całkiem blisko udaje mi się je podejść, ale każdy mój kolejny krok, to ich dwa w tył, odpuszczam, macham, mrugam oczkiem i życzę miłego dnia. Jeszcze tylko przemyka mi przez głowę myśl, a gdyby tak za jednym pobiec, wskoczyć na grzbiet, rzucić się galopem przez połoniny, trzymając grzywy i czuć wiatr we włosach. No poniosło w wyobraźni, niech teraz poniesie na szczyt. W końcu po to tu przyszłam, a nie od razu, konie kraść. Rozpoczynam atak szczytowy, te ostanie, 200 metrów pokonuje jak na skrzydłach iii mam to! 14 szczyt z projektu Korona Europy, 2169 metrów nad poziomem morza, Midzor, najwyższa góra w Serbii - zdobyta! Serce śpiewa, dusza śpiewa, muchy śpiewają! Ależ tu cudnie, powietrze jest super rześkie, można oddychać pełną piersią (koniecznie nie buzią, bo tych much od koników jest jednak sporo). Po jednej stronie mam już widok na Bułgarię, bo Midzor leży prawie na samiuśkiej serbsko-bułgarsko granicy, patrzę na te wspaniałe widoki i myślę sobie: ale się dziś najem. Żartuję, wcale nie myślę o jedzeniu. Myślę, że fajowo byłoby zlecieć stąd na paralotni, ale akurat żadnej przy sobie nie mam. Jeszcze wiadomo, sesja zdjęciowa dla potomnych i moich przyszłych biografów i zauważam idącą głowę. Zaraz potem szyję, tułów i w końcu cały człowiek wchodzi na szczyt. Congratulation! Słyszę od przybysza i tak rozpoczyna się angielsko-serbsko-bułgarskie powitanie, w uchu jednak słyszę polskie dzień dobry. Tak oto, poznałam Tomka. Gdzie Serb nie dojdzie, tam dwóch Polaków się wdrapie. Ależ to było miłe i całkiem niespodziewane spotkanie. Całą trasę w górę, szłam zupełnie sama. No dobra, w towarzystwie much i odcinkowo, z konikami, ale żadnej żywej, ludzkiej istoty nie spotkałam. Mam kolejny dowód do kolekcji, że w górach można spotkać świetnych ludzi. Pierwszym oczywiście jestem ja, bo mnie też można spotkać, nie tylko ja spotykam innych. Także, warto chodzić w góry. Tomek też trafia mi się jako super towarzysz, co potwierdza się przy wspólnym zejściu w dół. Oboje myśleliśmy, że idziemy całkowicie sami, a w rzeczywistości dzieliło nas kilka zakrętów na szlaku. Miła pogawędka, wymiana doświadczeń w zdobywaniu innych górskich szczytów i jakoś tak nie wiem, kiedy, jesteśmy na dole. Ja zasiadam do obiadu, a Tomek rusza do w świat, wraca do domu. W trakcie jedzenia słyszę kolejne polskie głosy i bardzo im współczuję, że w tę gorączkę dopiero zaczynają. Na dole nie ma już śladu rześkiego górskiego powietrza, jakim dane mi było oddychać na szczycie. Czytam jeszcze tablice informacyjną, znajduję się w sanktuarium motyli. Zgadzam się w zupełności. Od wczoraj, kiedy przebywam tylko w naturze, w drodze na szczyty spotkałam tyle motyli, że łącznie chyba w całym życiu ich tyle nie widziałam. Od koloru do wyboru, nadlatywały do mnie co jakiś czas, niejednokrotnie siadając na ramieniu czy plecaku. Pięknie uzupełniają kolorowe kwiaty i zielone połoniny, łąki. Ah, lato. Nic to jednak, ruszam dalej, bo kawał drogi przede mnie, a słońce i panujący upał znów jakby się ściągały, kto da więcej, tworząc razem piekielne połączenie. Marzę o prysznicu, no chociaż o strumieniu. Na ten drugi trafiam już po jakiś kilometrach jazdy, zatrzymuje się na poboczu i pełna werwy, trochę już schłodzona klimatyzacją (brawo osobo, która wymyśliła klimatyzację, powinniśmy stawiać ci pomniki). Prawie biegiem zmierzam do strumienia, woda sięga ponad kostki, wchodzę i o matulu! Stopy zamarzły mi dosłownie w sekundę od zanurzenia i nawet myśl, że przecież jestem morsem, nie pomaga. Ciarki na całym ciele, gęsia skórka niczym tarka do prania prawie rozrywa mi bluzkę. Szybko się ochlapuję, w duszy jednak obawiam się hipotermii, na całkowite zanurzenie, które wymagałoby położenia się w wartkim strumieniu nie ma mowy. Gdybym tu zamarzła, nagłówki w lokalnych gazetach na pewno byłoby bardzo głupie: Polka zamarzła w strumieniu w najgorętszym dniu lata. Albo: Zimna woda, siły doda, ale czy każdemu? Gdy tylko wracam do samochodu, znów jestem rozgrzana i zgrzana panującym upałem. Wiem, powtarzam się, jednak muszę zauważyć, że takich upałów to ja nie przeżyłam nawet w Afryce.
Dalsza droga to wciąż serpentyny, zakręty, podjazdy i zjazdy, także pełna uwaga na drodze i skupienie wymagane. Śpiewać można zawsze i kiedy ja akurat trafiam w refren razem z panem Freddiem Mercurym, don't stop me noooooooooooooooooow, silnik zwalnia, na desce rozdzielczej rozświetla się choinka i auto gaśnie. Na samym zakręcie. A to świnia. W sensie auto, świnia.
CDN
PS. Nowoczesną klimatyzację stworzył amerykański inżynier Willis Carrier, który 17 lipca 1902 roku zaprojektował pierwszy system kontroli temperatury i wilgotności.

PolecAnka: powieść „Sen o okapi” autorstwa Mariany Leky.

6_2026 No hej! Wpadacie na weekend na kawę? No to bookuję bilety. Jak zabrałam Rodziców do Paryża.Post z małym opóźnieni...
23/08/2026

6_2026 No hej! Wpadacie na weekend na kawę? No to bookuję bilety. Jak zabrałam Rodziców do Paryża.
Post z małym opóźnieniem wrzucony, jak widać po zimowych kurtkach, ale warto się dzielić dobrymi chwilami. Zapraszam na
„Kochane pieniążki przyślijcie rodzice!” Miałam to szczęście i przywilej, skorzystać z każdej szkolnej wycieczki, nastoletniego wyjazdu czy prywatnych lekcji angielskiego, za które płacili moi rodzice. Z większości z nich mam wspaniałe wspomnienia, a na pewno, w wieku dorastania nie czułam się przez to wykluczona, a to już bardzo dużo dla młodej głowy. Na każdą wycieczkę, oprócz misia, dostawałam też kieszonkowe, aby mieć na swoje wydatki na miejscu. Byłam wspaniałym dzieckiem, bo połowę tych pieniędzy wydawałam na pamiątki dla bliskich, które tak naprawdę, nikogo nie cieszyły. Ani bliskich, bo to zazwyczaj jakieś badziewie, kurzołapek jakiś był, ani mnie, bo połowa hajsu na lody, poszła na drzewka szczęścia z bursztynu. Może po części dlatego właśnie, obecnie nie przywożę z podróży nawet magnesów na lodówkę, a jedyne „pamiątki” jakie czasem ze mną wracają, to lokalne przysmaki, napitki, coś oryginalnego, czym mogę bliskich lub siebie poczęstować.
Nadszedł ten czas, kiedy choć odrobinę mogę się rodzicom odwdzięczyć i zabrać ich na wycieczkę, by pokazać trochę mojego świata, a że akurat w sporej części moim światem jest teraz Francja i Paryż, no to trudno tak, niech wpadają na krosanta. Miałam lekkie obiekcje, by rodzicach ciągać po zachodniej Europie, w końcu to ludzie już w słusznym wieku (wydziedziczą mnie, kiedy to przeczytają, ale przynajmniej sprawdzę, czy naprawdę czytają. Oczywiście nie są w „słusznym” wieku. Są w wieku emerytalnym). No i najbardziej chciałam, żeby to był wyjazd niezapomniany, by wszystko było najlepiej, żeby byli zadowoleni, nie było żadnych wtop, a wiadomo, że różne przypadki chodzą po Ani.
Dolecieli! Sami, samodzielni przeszli wszystkie kontrole i odprawy, jaka jestem dumna. Nie to, że są nieogarnięci, jednak stres jest na pewno, jak jedziesz do obcego kraju, sam pierwszy raz, ja zawsze mam czy na pewno trafię na terminal. A po drugie wiadomo, że nawet w Polsce mogą nagle zamienić pociągi na torach i człowiek, mimo, że zna język, zagubiony. Miałam stać i czekać na nich z transparentem na „przylotach”, przecież miałam czas, bo ten lot ZAWSZE się spóźnia. Nie byłabym sobą, gdyby zamiast wymachując transparentem na powitanie, z transparentem pod pachą biegłam w stronę hali. Tym razem samolot był na czas. Pierwszy raz od półtora roku. No dobra, są Państwo Domańscy we Francji! Podbijamy stolicę! Viva la France! Viva la bagietka!
Panią Wieżę Eiffela, widzimy już z daleka, oświetlona, wielka i majestatyczna, wita nas reflektorami. W mieście jesteśmy już późnym wieczorem, a o tej porze, miasto zachęca jedynie do schowania się w hotelu, tak też robimy i meldujemy się w rano w recepcji. Album wspomnień jest jeszcze pusty i by zapełnić go nie tylko widokami, ale i smakami, zaczynamy od pysznego śniadanka, by nabrać sił na podbój wzgórza Sacré-Cœur. Gdyby nie młodzieńczy zapał Ewuni, pewnie byśmy dalej z językiem na brodzie próbowali wdrapywać się na samą górę, by po drodze spostrzec – o tam też jest winda, a tak zapał zaprowadził nas na karuzelę. Dosiedliśmy rumaki i w szalonym pędzie, śpiewaliśmy na całe gardła konik, z drzewa koń na biegunach, zwykła zabawka. No proszę Państwa! Ale byłaby heca! Nikt nie śpiewał, a na pewno nie głośno. Może ktoś, ale ja coś, to na pewno w sobie. Zabójcze spojrzenie Zdzisława zabrania śpiewać na karuzelach. Można się bawić dobrze, ale warto w sobie 😊 Ale karuzelą jechaliśmy wszyscy, co do jednego. Spod bazyliki rozpościera się widok na panoramę Paryża i jest to widok zachwycający. Mnie urzeka zawsze i bardzo, zwłaszcza jak patrzę pod Słońce i zgaduję, gdzie jest jaki budynek. Jest tam taki klimacik starego Paryża. Dzielnica Montmartre, nawet jeśli zazwyczaj są tam tłumy, jest magiczna, szczególnie kiedy Ty możesz zwolnić, usiąść przy stoliczku, pijąc kawkę i obserwując ulicę, ludzi z całego świata. Odwiedzamy malarzy, galerię, macamy cyce Pani Dalidy. Tylko niektórzy macają, ja nie, ale nie powiem, kto macał. Mama śpiewa jej piosenki i przypomina sobie lata młodości, ja jestem głodna. Zwiedzamy Galarię Lafayette, dziesięciopiętrowy budynek z podniebną kopułą oraz dekorowanymi wnętrzami. Same luksusowe sklepy i marki, aż się cieszę, że moi kuracjusze, nie zażyczyli sobie tam kupić pamiątki, bo do końca wycieczki bylibyśmy głodni. Prócz kopuły, największym smaczkiem jest taras widokowy, wprost na budynek i dach paryskiej opery oraz wieżą E., na wyciągnięcie ręki. Pogoda dopisuje, Słońce grzeje, lica ogrzewa. Na lunch, bo w Paryżu jemy lunche, nie obiady, wiadomix, pożeramy naleśniki na słodko i na wytrawnie i są pyszne. Jest i Luwr, gdzie sesja zdjęciowa końca nie ma i oczywiście Katedra Notre Dame. Musimy przekonywać Zdzisława, żeby się nie bał, że Dzwonnik to tylko w bajkach i daje się namówić, podejść bliżej. Przed wyjazdem przekonywałam rodziców, że to będzie spokojny wyjazd, że obiecuję ich nie przegonić, że nie będziemy pędzić, dużo chodzić, że na spokojnie. O losie drogi, jak ja ich oszukałam. Przed zaplanowaną kolacją, mieliśmy jeszcze 15 min na ą tą tę, ogarnięcie się. Ja osobiście ledwo się podniosłam, a nogi myślałam, że mi z du… a do tej restauracji to trzeba było znów pod górę iść. Kto to planował, gdzie jest organizator tej wycieczki! Nocny widok na oświetloną Bazylikę, w 10% wynagradza wysiłek, pozostałe 80% wypełniają ślimaki, żabie udka, crème brulle i inne francuskie pyszności. 10% dla zdrowia psychicznego zostawiamy sobie na narzekania, ale i tak po kolacji kręcimy jeszcze z Ewunią dupkami przy Moulin Rouge i wszyscy pakujemy się w metro, by zobaczyć Wieżunię Eiffelunię nocą, z placu Trocadero! Przynajmniej nikt więcej nie ma pomysłu, by na drugi dzień wychodzić z hotelu o 9 rano!
Drugi dzień jest już spokojniejszy zdecydowanie, moce przerobowe spadły, ale na śniadanko wpadają takie pyszności, że nawet bym criossanta nie wcisnęła (haha, ta, jasne). Atrakcję zaczynamy od Wieży za dnia, z bliska, przechadzając się Polami Marsowymi, by dojść pod sam jej czubek. No to jest kolos wielki, ogromny, stalowy, a jak jeszcze jedziesz windą W TYM kolosie to już panie, ohoho, jest zacnie. Z góry to widać cały świat. No prawie. Ale dużo widać. Kto bogatemu zabroni wypić kawę na wieży? No kto? A co z tego, że z plastikowych kubków? I z gołębiami? I to też jest urok Paryża.
Już ostatkiem sił docieramy do Łuku Triumfalnego i widok z perspektywy Pól Elizejskich jest wystarczający, co tam z góry będziemy na ulicę patrzeć. Naprawdę już nie mamy siły, nie dlatego że jesteśmy leniwi, ale przypominam, że połowa wycieczki, jest w słusznym wieku, dodatkowo, zainfekowana wirusem i tak dzielnie walczy cały pobyt. Na kolację jeszcze zupa cebulowa i zwiedzanie parkingu podziemnego, wszystkich 129 pięter parkingu podziemnego. Kto kibelka w takim parkingu nie szukał, nie wie co to życie. Wracamy bliżej lotniska, gdzie Emeryci mają nocleg, a rano sami muszą ogarnąć terminal i bramki, po francusku. Rodzice sobie żartują, że najwyżej nie wylecą i zostaną ze mną we Francji, ja się śmieję, haha, ale to wcale nie jest śmieszne. Gości mieć dwa dni, to spoko, ale dłużej to już przesada 😊 Samolot miał opóźnienie (a nie mówiłam, ze zawsze się spóźnia, chyba, że na złość mi robi), ale bezpiecznie wrócili do Polski, do domu.
Nie daję więcej szczegółów, bo jest RODO, z szacunku także do rodziców, zostawiam te nasze chwile dla siebie. No i Zdzisław by mnie wydziedziczył. Było wspaniale! Wiem, że i stresu ich to kosztowało dużo (ktoś tam miał przed przyjazdem sen, że przyleciał do Francji i zmarł na miejscu, a ja organizowałam ciężarówkę z mojej budowy, żeby go przywieźć do Polski, także ten) i wysiłku. Miało być na luzie, a limit kroków natrząsaliśmy na cały kolejny tydzień.
Bardzo mi się serce raduję, że ten czas z rodzicami spędziłam, zapełniłam album wspomnień i może nie było idealnie i perfekcyjnie, ale już ich namawiam na Mołdawię (znają rosyjski lepiej niż moje poniemaju, więc to byłby super deal).
No to Salut! Dziękuję Mamo i Tato!
Wasz Aniołek!
PS. Jak widać, z rodziną dobrze można wyjść nie tylko na zdjęciach 😊

Adres

Olimpijska 4
Duszniki Zdrój
57-340

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Okrążymy Świat opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Firmę

Wyślij wiadomość do Okrążymy Świat:

Skróty

Udostępnij