23/06/2026
3_2026 Na Azorach, czyli jak korzystać z życia na Sao Miguel w cieniu hortensji
Lekko nie jest, biednemu to wiatr w oczy i wiadomo co jeszcze. Dzień przed lądowaniem w Ponta Delgada, głównym lotnisku archipelagu Azorów, Sao Miguel dostajemy wiadomość, że nasz zamówiony nocleg nas bardzo przeprasza, ale musi nas z jakiegoś pensjonatu przenieść do 4 gwiadkowego hotelu. W ramach przeprosin dorzuca śniadanie gratis. No trudno, jakoś wytrzymamy ten luksus.
Jest ciepło, wilgotno i lepko. Lubię to!
Z samego lotniska odbieramy autko wielkości małego resoraka (wersja piździk economy) i dawaj na pierwszy punkt widokowy, na razie jest surowo, wulkaniczny kamień pod stopami wpada pieniędzy sandałki, a stopę.
Dojazd na pierwszy szlak to już rozkosz dla oka. Soczysta zieleń dookoła, wzgórza tarasowe przypominają mi trochę Bali. Spacer szlakiem do opuszczonej elektrowni wodnej to przyjemny wysiłek z eksplorowaniem terenu. Kolejny raz na własne oczy przekonuję się, że natura pozostawiona sama sobie, zawsze zacznie wyrównywać rachunki, przejmować kontrolę. Przy wodospadzie, Marta znajduje czterolistną kończynę. To na szczęście, tego będziemy miały wiele w trakcie wyjazdu.
Dzień miał być zakończony słodkim akcentem, postanowiłyśmy jeszcze odwiedzić farmę ananasów. Taak, na Azorach, a dokładnie na wyspie Sao Miguel rosną ananasy. Są stosunkowo mniejsze niż te hodowane w Ameryce Południowej, ponoć słodsze, z pewnością droższe. Ich cena głównie wynika z czasu oczekiwania na gotowy do zjedzania owoc. A na to wpływ ma niestabilny azorski klimat i dużo niższe temperatury. Dla porównania, taki anansik w Kolumbi dojrzewa maksymalnie 6 miesięcy. Azorski, od zasadzenia do wyładowania na talerzu, potrzebuje nawet dwóch lat. Czy to się opłaca? Dobry marketing potrafi zdziałać cuda (tak, ja też kupiłam siostrzeńcom lody ekipy).
Sao Miguel to jeden wielki punkt widokowy. Zewsząd widać ocean, klify i rozbijające się o nie fale. W połączeniu z otaczającą nas zielenią pastwisk na wzgórzach i wszedobylską mgła tworzy się iście inatragramowy klimat. Jest po prostu pięknie. Jedziemy Miradouro da Vista do Rei, jedno z najbardziej widokowkowych miejsc Azorów z widokiem na dwa jeziora. Pod warunkiem, że nie ma mgły i deszczu. Mówi się, że jeśli na archipelagu nie ma dobrej pogody, trzeba albo poczekać, albo pojechać na drugi koniec wyspy. Postanawiamy poczekać i w tym czasie zwiedzić opuszczony hotel. Projektant i inwestor mieli wizję, bo miejsce jest wyborne, zabrakło jednak gości, którzy chcieli by z tego lusksusu skorzystać. Wdrapujemy się po skarpie, pezedzieramy przez krzaki, murek i cyk, jesteśmy w środku. Schodami kierujemy się na górne piętra i odkrywamy, że jest normalne wejście, przez pustą futrynę drzwi, nie trzeba było ćwiczyć urbexów. No cóż. We wnętrzu zostały już tylko puste ściany, gdzieniegdzie "udekorowane" grafiti. Wszystko co można było wynieść i sprzedać, już zostało zagospodarowane. Apartamenty są ogromne, z pewnością były to bardzo wygodne i przestrzenne wnętrza, teraz sprawiają dość depresyjne wrażenie. W powietrzu czuć wilgoć, tynk odchodzi od ścian, cześć z nich jest pokryta mchem lub grzybem. Dziwne jednak jest w tym jakieś urok. Monte Palace został zaprojektowany z myślą, by wtopić się w bujne, zielone otoczenie. Właśnie spełnia się jego przeznaczenie. Dosłownie wtapia się w naturę.
Słońce już nam się pokazuje, opuszczamy hotel, już normalnie, drzwiami i kierujemy się na punkt widokowy. Przed nami zielonkawe wody jeziora Verde oraz niebieskawe jeziora Azul. No piękna prezentacja, cuda Natury w całej okazałości, po deszczu, chmurach i mgle nie ma już śladu. Krótki spacerek przy jeziorku, uczta dla oczu i duszy. Zielony koi oczy, kaczki zajmują miejsca parkingowe i tylko ryczące silniki quadow, na krótką chwilę ten moment zakłócają. Czy może być piękniej, człowiek się zastanawia. No może, odpowiadają Azory i zapraszają na kolejny widoczek, Miradouro da Vista do Rei. Stąd wyraźnie widać, że oba jeziorka znajdują się we wnętrzu krateru wulkanu, otoczone są soczysta zieloną kołderką. A dojście do punktu widokowego jest przyjemnością samą w sobie. Właściwie po drodze takich punktów, może mniej spektakularnych spotkamy jeszcze z 89.co najmniej, bo przecież wszystkich nie liczyłam. Przy każdym można całkiem bezpiecznie zaparkować auto i obserwować. Jazda autem po wyspie też należy do jednej z lepszych w mojej karierze kierowcy. Przez ogromną ilość zakrętów, serpentynyn, zjazdów i podjazdów jest ciekawie, a przez widoki w stylu tropikalne go lasu, oceanu na wybrzeżu ( a to wyspa przecież, więc widać ten ocean całkiem często) i hortensje, wielkości głowy jest wielkie wow. Hortensje, rosną wzdłuż dróg tworząc piękne, tunele. Najwięcej jest ich w kolorze białym, ale czasem pokazują się też niebieskie, fioletowe i różowe. Jeszcze z tydzień, dwa i będą w pełnym rozkwicie, już teraz bawią wyspę kolorami wczesnego lata. Kawka tu, ciasteczko tam. Nie trzeba nawet specjalnie szukać kawiarni czy restauracji z widokiem, bo prawie każda tu takie ma. Domki są niskie, białe z niebieskimi okiennicami lub całkiem kolorowe i odważne. W przy domowych ogródkach rosną, a jakże, hortensje. Brakuje tylko spa. A nie, czekaj, jesteśmy na wyspie wulkanicznej, baseny termalne są w cenie!
No jakoś zjedziemy w dół, ale czy na pewno tym piździkiem wjedziemy pod górę? Znak informuje o 19% nachylenia drogi. To nie jest mało, a auto wydaje się mieć mniejszą moc niż mój rower. Próbujemy, kto nie ryzykuje nie kąpię się w gorącym oceanie. Zjeżdżam po zboczu góry, nie muszę się kąpać, bo w sumie to już jestem mokra ze stresu. Ha, ale całkiem sprawna ta Toyotka, ino jest zimno i wieje. Widzę bezkres oceanu, a w zasłoniętymi wulkanicznymi skałami jest niewielka niecka, w której faktycznie kapią się ludzie. Uśmiechają się. Wchodzę do wody i też się uśmiecham. Jest tak cieplutka i przyjemna. Zdecydowanie Ponta da Ferraia to będzie moje ulubione miejsce na wyspie Sao Miguel. Opieram się plecami o skały, bliżej małej jaskini gdzie jest źródło termalne, woda jest jeszcze cieplejsza, na szczęście trafiłyśmy tu kiedy jest odpływ, w innym czasie woda sięga bardzo wysokich temperatur i kąpiel jest niemożliwa. Fale co jakiś czas mnie zalewają, na tyle, że nie mogę utrzymać równowagi. Przy okazji relaksu mam także walkę o życie z falami i degustację wód oceanicznych. Słono. Woda ryzpryskuje się o czarne jak smoła skały, słońce rozpoczyna swój codzienny spektakl. Dla takich zachodów słońca nic nie robiłam!
Lagoa da Fogo wita nas mgłą, wiatrem i deszczem. Jeszcze tu wrócimy, bo widać niewiele, jedziemy na herbatkę, po drodze zahaczamy o wodospad Salto do Cabrito. Zastanawiam się, czy jestem bardziej wolę wulkany czy wodospady i nie wiem. Nie wybieram i patrzę, jak woda spada kaskadą i będę nudna, jednak w Ani sobie mówię, masz kobieto wielkie szczęście.
Wjeżdżamy tym malusim autkiem wyżej i wyżej, droga jest okrutna i niestety zawracamy z dojazdu do zielonego jeziorka. Za duże ryzyko na uszkodzenie podwozia lub opony, w zamian jedziemy do kanionu, gdzie jest ładnie, zielono, no szału jednak nie robi. Mała kopytna niespodzianka nas powstrzymuje i Marta musi wyjść z auta, by przegonić konika kucyka, ten uparciuch nie ma zamiaru zejść z drogi. No dzieci takie są.
Cha Porto Fermoso to jedna z dwóch farm herbacianych na Azorach. Pierwszy raz widzę jak rośnie i jak się produkuję herbatę, doświadczam zatem kolejnej ciekawej rzeczy w życiu. Cieszy fakt, że jestem fanką herbaty liściastej, wyłączając czarną. Tylko biała i zielona rządzą.
W małej filiżance dostajemy herbatkę do testowania i jest całkiem smaczna, nie wiem jednak czy potrafiłabym odróżnić ja od sagi. Kosztuje sporo, więc chcę wierzyć, że na pewno jest lepsza.
Krzaki herbaty wyglądają jak żywopłot, zasadzone w długich rzędach, tworzą swoiste labirynty herbaciane. Nie pachną, ich zielone listki są małe, trochę jak liście laurowe. W życiu bym nie zgadła, że to herbata. Oglądamy filmik, skąd dowiadujemy się, jak się uprawia herbatę.
Odwiedzamy także drugą plantacje herbaty Cha Gorrena, dużo większa, a pola herbaty ciągną się wysoko po horyzont. Po plantacji czaju jeszcze nie spacerowałam, nadrabiam więc te zaległości odkrywcy.
Ponownie wracamy na trasę punktów widokowych, wybieramy co ciekawsze, aż trafiamy do latarni morskiej na klifach. Innych turystów już dawno nie widzimy, zakręty się nie kończą, podjazdy nie maleją. Lekki szok kulturowy przeżywamy w jednej z wiosek. Na początku widzimy przystrojone kolorowymi proporczykami i galazkami drzewek uliczki. Będzie fiesta, zostajemy. Na głównym placu, rynku rozstawiona scena, stoiska z popcornem i drinkami, namiot z jedzeniem. Napis markerem na brystolu zaprasza do kupienia alkoholu. I tu czułabym odrobinę nostalgii do dawnych czasów, gdy festynie z okazji dnia dziecka były na boisku, nie było drukarek, no wypisz wymaluj świetlicowy festyn w pierwszych latach działalności. Ale! Najpierw w prowizorycznej zagrodzie zrobionej ze śmietników, za sceną dostrzegam świnię. Żywą. Wdrapuje się na murek, zdecydowanie nie jest fanką tej imprezy. Ale drugie. Dosłownie kilka metrów od naszej bohaterki, zasłonięta przez spory tłum ludzi, na karuzeli kręci się jej siostra, albo brat, już bardzo gotowa na bycie główną, smaczną atrakcją dnia. No losie! No moglo tej żywej świni chociaż oczy zasłonić. W oddali słychać muczenie cielaka czy krowy. Pełna chata. Zapytana pani mówi, że to święto związane z kościołem, nie pamiętam dokładnie. Niestety deszcz coraz mocniej zacina, na tańce więc nie zostajemy, wracamy do swoich czterogwiazdkowych luksusów robić pranie w rękach.
Odkrywanie wyspy w dniu trzecim zaczyna się od wizyty w innej plantacji ananasów Santo Antonio. Pan oprowadza nas po farmie ananasów, a dokładnie po szklarniach, gdzie te rosną. W różnych stadiach wzrostu i dojrzałości, wszystkie wyglądają na takie co bym mogła je kiedyś zjeść. Lody ananasowe smakują tam wybornie. Latem, świeżością i słodką egzotyką.
Spośród setek miejsc, z których patrzymy na klify i ocean można wybrać te najpiękniejsze i stworzyć kilka dobrych rankingów według własnego uznania. Nie każdy mnie zachwyca, każdy jednak może znaleźć swojego wiernego fana z różnych powodów.
Park Terra Nostra trafia na moją listę miejsc ulubionych, bo w środku ogrodu botanicznego ma termalne źródło, w którym woda ma chyba z 40 stopni. I to jest dobre. Kolor wody nie zachęca do wejścia. Brązowa woda wygląda po prostu źle, liczę jednak, że moja skóra po kąpieli będzie jak pupcia niemowlaka, bo woda jest bogata w żelazo. Ponoć też pachnie, ale to nie wiem dokładnie, tylko tak słyszałam.
Ehh już jest za gorąco, zaraz się ugotuję w tej żelazowej zupie, cyk autkiem i szukamy wejścia na wodospad gdzieś pomiędzy tunelami poprowadzonymi przez góry. Odważnie lecz głupio przemierzam tunel, w którym rozpędzone auta trąbią jak szalone. No jest szlak. Trochę trzeba się przedzierać przez dżunglę roślin, staję jednak bardzo wysoko, tak, że widzę go na wprost. No teraz to wolę wodospady, co za widok.
Azory to wyspy wulkaniczne, nie dziwi więc fakt, że znajduje się to kilka miejsc, gdzie występują fumarole i kaldery. W małym miasteczku Furnas jest ich najwięcej. Bulgoczące gejzery wodne lub błotne, zapaszek siarki (czułam!), wysoko i gesty dym unoszący się w powietrzu, no prawie jak brama do piekła. Tu właśnie widać, jak nasza planeta żyje.
Najpiękniejszy zachód słońca trafia na się na punkcie Tio Domingos. Jestem skapną w złotych promieniach słońca i hortensjach i nie mam przy sobie sukienki. Odrobina próżności nikomu jeszcze nie zaszkodziła, laski takie są. Uważam, że nawet bez sukienki, widoki są spektakularne. Cieszę oko i duszę. Miał być gdzieś jeszcze wodospad, rozpoczynamy poszukiwania takowego, gdyż na zdjęciach wygląda zachęcająco. Idziemy w dół, za zakrętem znów w dół, potem jeszcze bardziej w dół. Poddajemy się, nogi trzeba oszczędzać i kolację jakaś zjeść.
A nie mówiłam, że wrócimy? Dziś widoki na jezioro Fogo są wyśmienite, już wiem skąd te zachwyty ludzi. Chociaż proszę Aniu pamiętaj, że aż tak Cię nie powaliło, ładne jezioro otoczone bujną, bardzo zieloną roślinnością, stromymi z oczami, położone dość wysoko na wyspie, stąd i widoki zacne. Dużo bardziej cieszyłaś się z trekingu, jaki na deser zrobiłyście. Creme de la creme, bardzo na plus, na końcu poznałaś króliczka. To był też ten dzień, gdzie kolacja przy hotelowym basenie złożona z jaja i kanapek, oświetlana była przez zachodzące słońce.
Ostatni dzień na Sao Miguel to dzień szaleństwa i adrenaliny, wspinaczki i tyrolki, ślizgów i zjazdów. Kanioying, czyli ekstramalna przeprawa przez rzekę i wodospady w uprzeży i kasku dla bezpieczeństwa. Pierwsze ekstamalne zadanie to założenie pianki na spocone ciało, spore wyzwanie. Na rozgrzewkę wspinamy się w górę rzeki, by w końcu zaznać ochłody w rwącej rzece. Przewodnicy czuwają nad bezpiecznymi zejściami, podoba mnie się to, do momentu konieczności skoku do wody z wysokości 93 metrów. No może było tych metrów 3 czy 4, ale przecież jak ktoś się bardzo boi i ma takie kręcenie w brzuszku na sam widok kiedy ktoś inny skacze, to jaka to różnica? Ja nie skaczę, informuję przewodnika i chyba widzi, że nie ma miejsca na dyskusje więc za chwilę rozwijają linę i zostaję spuszczona w dół. Tak to ja mogę skakać. Potem to już luz na tyrolce nad wodospadem i kilka zejść po wodospadach, aż znów ostatni skok i koniec trasy. Ja nie skaczę, znów informuję, jesteśmy przy Salto Cabrito, wodospadzie, który odwiedzałysmy i już z dołu wyglądał na bardzo wysoki, ma 16 metrów, ale skok jest może z 3-4. Po prostu usiądź w tym miejscu i zjedź do wody. Na pupie nasze kombinezony wyposażone są w taką gumowy dupnik, nic wiec prostszego, zjechać. Ale też się boję. Boję się, ale zjeżdżam. Aaaaa fajnie było! Jeszcze raz!
Kawka z widokiem na wodospad zawsze na dużych propsach, zawsze warto się zatrzymać i wydać te 1.5 euro.
Latarnia Farol do Arnel to pierwsza latarnia na wyspie. Biało-czerwona wieża kontrastuje z niebieskim, bezkresnym ocenem, a zejście do niej to istny runmagedon. Znak ostrzega o 20% nachylenia drogi, także albo z buta, albo wcale. Nie mam odwagi zjechać w dół. To znaczy, nie miałabym odwagi wjeżdżać potem w górę. Nic to, w pośladki pójdzie taki spacer. Jednak znajdują się odważni, którzy piłuja swoje czinke-czlenta i jakoś dają radę. Słońce pali w plecy i ramiona, wilgotność powietrza wyciska z nas siódme poty, jakoś jednak pokonuję dystans w dół, by potem wejść pod te górę. O losie. Niezłe cardio.
W drodze na lotnisko płacimy dobrej karmie, jaka nas spotkała na wyspie przez te pięć dni i zbieramy po drodze autostopowicza. Kolejnych wodospadow nie udaje nam się znaleźć, ale za to pan w restauracji przygotowuje mi makaron z owocami morza w dosłownie 7 minut, najedzona, nadaję bagaże i fruuuu, lecimy na kolejną wyspę, taka z wielkim wulkanem!
PolecAnka: Powieść Powieść "Cały ten błękit", autorka Melissa Da Costa