Okrążymy Świat

Okrążymy Świat ...wyprzedzając słońce, ukraść mu cały dzień. Robić tak bez końca i nie starzeć się ani o dzień
(1)

Kilka tematów do przekazania mam i to bardzo ważnych. Co (wypisane w punktach), KTO (wypisane w nawiasie) po filmie możn...
15/07/2026

Kilka tematów do przekazania mam i to bardzo ważnych. Co (wypisane w punktach), KTO (wypisane w nawiasie) po filmie można napisać:
1. Ale Ty się w ogóle nie starzejesz (wszyscy).
2. Mądre rzeczy mówi, lemoniadę arbuzową jej! (wszyscy).
3. No z tym ubezpieczeniem to wiem, ale dobrze, że przypomniałaś (wszyscy).
4. Kiedy masz termin wolny żeby wpaść do nas na jogę śmiechu?! (wszyscy).

Link w komentarzu, a moje zdjęcie ze słodkim pieskiem dla przyciągnięcia uwagi. Pasuje mi piesek, nie? (wszyscy - Taaaak!)

5_2026 Terceira i wszystkie kolory Azorów. To czary magiczne się dzieją za każdym razem podczas pakowania. Zupełnie nie ...
07/07/2026

5_2026 Terceira i wszystkie kolory Azorów.

To czary magiczne się dzieją za każdym razem podczas pakowania. Zupełnie nie wiem jak to się dzieje, ale rzeczy do spakowania jest więcej niż przywiózłam z domu, a jak na złość, walizka się nie powiększa. A co ja takiego kupiłam, żeby od razu się nie mieściło? Herbatę azorską, czy tam pięć?
Nogą trzeba dopchać, to pomaga do następnego pakowania.
Już po kilku przejechanych po Terceirze, ostatniej wyspie z azorskiego planu, podoba mnie się tutaj. Jest zielono, ale czuć także wulkaniczny vibe. Kolorowe kapliczki mówią mi, tu mieszkają odważni ludzie. Krowy na drodze nie zaskakują, ale dalej cieszą. No chyba, że biegną, to WSZYSTKO im skacze, a to na pewno musi boleć, po co ten pan pasiacz je tak goni, idą grzecznie przecież.
Obieramy kierunek na czarny las, rozchodzić zakwasy na udach i łydkach i był to strzał w 10! Jeden z najpopularniejszych na wyspie, zaledwie pięciokilometrowy szlak przez wulkaniczne jeziorka, porośnięte mchem cedry i bardzo bujną, miejscami nawet jak w dżungli, roślinność. Błotko, wspinaczka po kamieniach, schylanie się pod konarami, ślepe zaułki robią dobrze na głowę i nogi. Niestety mgła zasłania widoki na mniejsze wulkany, mimo to, trochę czuję się w jarajskim parku. Odgłosów dinozaurów nie ma, za to ptactwo dzielnie i dumnie prezentuje swoje trele i ćwierki w konarach drzew. Jest pięknie, lubię takie szlaki, gdzie się człowiek błotem uwali, musi pokombinować jak wejść wyżej, nie martwi się, że skądś niedźwiedź wyjdzie.
Wilgotność powietrza się nie zmniejsza, jest parno i duszno, także następny przystanek to jaskinia Bożego Narodzenia, to właściwie tunel lawowy i mam sobie w nim wyobrazić, że dawno temu płynęła tedy lawa, a na podstawie zarysowań na kamieniach poznać, czy szybko czy wolno, czy gęsta czy nie. Moja wyobraźnia aż tak daleko niestety nie potrafi, może dlatego, że całą moją uwagę zajmuje napis przed wejściem - w ostatnim czasie na wyspie występowały trzęsienia ziemi, wchodzisz na własne ryzyko. Hełm na głowie to raczej to ozdoby by był, czy zawaliła by się całość od razu, czy kawałkami? czy bym potrafiła wydostać się stąd w ciemności? Gdzie w ogóle jest najbliższe wyjście? Kiedy ostatnio jadłam? Ile człowiek wytrzyma bez tlenu? No takie optymistyczne myśli mi towarzyszą, aż się robię głodna. Dalsza podróż po wyspie doprowadza nas do lokalnej fabryki serów. To jest moja ślepa miłość i nawet mnie pan kelner nie musi namawiać, od razu zamawiam 4 różne rodzaje. Spodziewałam się spodeczka z kilkoma kawałkami, a dostałam solidną deskę serów oraz azorski, słodki chlebek. Palce lizać! Apetyt pobudzony, jeszcze kilka spojrzeń na hortensje rosnące przy drodze, wulkany, takie mniejsze, nie jak Pico olbrzym. I w końcu obiadek. Rozśmiesza mnie zdjęcie jednej potrawy w menu, wygląda zupełnie nie apetycznie, chociaż to mięsko. Kiedy dostaję dokładnie to samo danie, z którego się śmiałam, już mi zupełnie nie do śmiechu, ale zabieram się do jedzenia. W końcu to mięsko. Szaszłyk z wołowinki, zawieszony niczym szaszłyk na szubienicy. Całe szczęście, smakował lepiej niż wyglądał. Marta też zdumiona, dostaje tosta w zupie.
Na dziś ostatni punkt widokowy nam został, da Serra do Cume, do którego dojeżdżamy autem. I teraz proszę sobie wyobrazić taki wielki, patchoworkowy koc. Z tym, że cały zielony, zabarwiony złotymi promieniami słońca, w kilku miejscach, z niewielkimi wybrzuszeniami powstałymi przez wulkany wyrastające z ziemi. Zacnie milordzie, choć talkie widoki po drodze już nam się dziś trafiły, ino nie z takiej wysokości.
Hotel miałyśmy zarezerwowany wcześniej, nikt nie spodziewał się takiego rozczarowania. Pokój dla nas jest, ale bez okna. Duszący zapach w pokoju i brak możliwości wywietrzenia decyduje za nas, zmieniamy hotel. Właścicielka przeprasza i oddaje nam pieniądze, przenosimy się do normalnego hotelu. Na ostatnią chwilę nie my wielkiego wyboru, ale przynajmniej nie zgnijemy w tym poprzednim. I tak się zdarza w podróży, trzeba być gotowym na problemy i otwartym na ich rozwiązanie. Elastyczność to się chyba nazywa.
Na Terceire trafiamy chyba w największe coroczne święto z okazji urodzin świętego Jana, wielka fiesta w stolicy wyspy ściąga chyba wszystkich mieszkańców i turystów, pozostałe części miasta faktycznie wyglądają na wyludnione. Jak się cieszę, że zdecydowały sny się pojechać na te imprezę. Gdy oglądałam filmy w internecie i zobaczyłam, jakie tlumy chodziły po ulicach miasta Angra do Heroísmo, mój lęk społeczny się bardzo uaktywnił. Co prawda, parada, muzyka i tańce wyglądały zachęcająco, ale w takich przypadkach nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.
To był dobry pomysł, żeby to miejsce, miasteczko Angra, wpisane na listę dziedzictwa UNESCO, zostawić sobie na niedzielny poranek, kiedy uczestnicy wczorajszej zabawy będą leczyli kaca. Brak tłumów na propsie, a wszytskie dekoracje i platformy z parady były wciąż wyeksponowane. Domki z kolorowymi drzwiami i okiennicami już same sobą robią robotę, dodatkowe ozdoby nadają im wyspiarskiego, trochę kiczowatego, ale w dobrym znaczeniu, charakteru. Z miejskich głośników leci wesoła muzyka, głowa sama zaczyna się ruszać, balkony przyozdobione łańcuchami i proporcami krzyczą patrz na mnie! Spacerem pokonujemy centrum i jego obrzeża, łapiąc w kadrach co ciekawsze i bardziej kolorowe budynki. Śniadanie w lokalnej knajpce zapamiętam z dziwnego połączenia kruchego, słodkiego ciasta z kurczakiem i tuńczykiem, podane w formie muffiny. Dziwne to było, jednak nie niesmaczne. Pani obsługująca nas, zdecydowanie miała jeszcze imprezę w głowie i w krwi. Nie pierwszy też raz na wyspie zwracamy uwagę, jak wielu, głównie mężczyzn do porannej kawki zamawia coś mocniejszego, dwa czy cztery kieliszki naleweczki czy whiskey.
Najlepszy widok na miasto mamy odkryć z z wygasłego wulkanu, który wznosi się aż 205 metrów nad poziomem morza. Proszę nie wierzyć w każde zdanie i polecenie w internecie. Nie każdy punkt widokowy jest szałowy i niezapomniany, a Monte Brasil Caldeira właśnie to takich, dla mnie po prostu zwykłych, się zalicza. Widać miasto, port i bezkresny ocean. To ja wolę las, chociaż jak mam wyjść z auta na kolejny trekking to o losie jak mi się nie chce! Cukier wystrzelił, drzemka by się przydała, jest zimno, mgła i pewnie zaraz zacznie padać. Nic to jednak, buty trekingowe na stopy i wio, przed siebie. Jak już człowiek ruszy to jakoś idzie, a jak wejdzie w las, gdzie mrok spowija korony drzew, pachnie tajemnicą i potencjalnym mordercą, idziemy w to. Po kilku podejściach ściągam górne warstwy i już nawet nie pamiętam, że było zimno. O losie, jak gorąco, jak mokro, czy to normalne, że człowiek się tak poci? Błotko, wąska ścieżka, pniemy się w górę i potem w dół, znów w górę, potem znowu w górę. Czy ten szlak się nie kończy? Krzaczory coraz bardziej gęste, ścieżka jakby zanika, Hugo, koniec gry. Ślepy zaułek, w który wlazłam zdecydowanie nie był szlakiem, choć nie ja jedna się zagubiłam, bo pierwsze metry były całkiem dobrze wydeptane. Trasa taka, że ja tylko pod nogi patrzyłam, co by o konar, gałąź, kamulec czy inne przeszkody na trasie nie zawadzić, a tu w niebo, w górę trzeba spojrzeć, ot co, zapomniałam. Wracamy na trasę, droga prowadzi drewnianą kładką w górę na jeziorko w kraterze wulkanu, mają być widoczki. Niby tylko 200 metrów do przejścia w górę, ale po przejściu 500, tak przynajmniej mi się wydaje, mam wrażenie, że ktoś na drogowskazie zapomniał dopisać jednego 0. Wieje jak w kieleckim, widoków brak i sił już też powoli brak i mimo, że motorek przecież jest do chodzenia, czasem jest taki dzień, że najlepiej to mieć prywatnego kierowcę. Trasę kończymy idąc przez zamglone pastwisko i ogromne urwisko w ziemi, takie, że hoho. A nawet HO HO. Nie wyszedł by z tego, jakby spadł, to i miejsce szerokim łukiem omijamy. A krowa na tym pastwisku w tej gęstej mgle kojarzy mi się z takim filmem, co za dzieciaka oglądałam, 100 minut wakacji, ale to było kino :)
Ja chcę lody! Odpowiednie miejsce na słodką nagrodę po długim trekingu znajdujemy nad oceanem, w miejscowości Biscoits, gdzie występują naturalne baseny lawowe. Wybetonowane "plaże" to całkiem normalny widok na azorskich wyspach. Nie ma piasku to i piaszczysty wypoczynek jest niemożliwy, to nie Dubaj, tu nikt piachu dla turystów nie nawiózł, przynajmniej jeszcze. Zamiast jednak podziwiać jak ziomki skaczą do zimnej wody, wolę obserwować rozbijające się o lawowe klify fale i zajadać cytrynowy sorbet. No dobrze, wzięłam dwa smaki, ale lody to przecież są zdrowe, bo tak mówili w reklamie.
Nikt tu nikogo nie będzie rozliczał, płynnie, bo szlakiem lokalnego białego wina przejdziemy do krewetek zjedzonych na kolację w lokalu, w którym jak głosily opinie w internecie: jak patrzysz na ten lokal, to raczej byś tu nie zjadł, ale warto bo jest pysznie. Faktycznie było pysznie, dużo i całkiem znośnie cenowo. Nie pamiętam jak wróciłyśmy do domu, tyle było tych krewetek.
Takie to były Azory, dla mnie zamknięte w trzech wyspach, w pięknych wspomnieniach, szczytowaniu, podbijaniu i odkrywaniu. Portugali nie zamykam, to piękny kraj, smaczny, ciepły, przyjazny, warto tu zajrzeć, zostać na weekend, tydzień. Towarzyszka podróży jak najbardziej na plus, ze swojej strony się cieszę, że ogarniała mapę bardziej niż ja (czyli w ogóle cokolwiek ogarniała), nie kłóciłyśmy się o łazienkę, oczekiwania miałyśmy ustalone od początku, dobrze wiedzieć, że takich fajnych lasek jak ja, jest na świecie więcej, hehe.
Moje top, jeśli chodzi o odwiedzone wyspy w hierarchii, gdzie bym chciała zamieszkać to Terceira, Sao Miguel i na końcu Pico. Ranking jest bardzo subiektywny, Terceira wydała mi się najpiękniejsza, najmniej zatłoczona i taka jakaś swojska, kompaktowa. W Sao Miguel, jest dużo więcej miejsc do odwiedzenia, a Pico, no tylko dla wulkanu to bym jednak tam nie chciała zostać na dłużej. Generalnie, Azory to takie egzotyczne miejsce w Europie, gdzie można poczuć odrobinę tropikalnej wilgoci i wyspiarskiego klimatu.

PolecAnka: powieść "Stanie się coś złego" autorstwa Jakuba Bączykowskiego

4_2026 zdobyłam wulkan Pico, czyli jak jest na szczycie najwyższej góry Portugali. Przepraszam, z której strony będzie w...
28/06/2026

4_2026 zdobyłam wulkan Pico, czyli jak jest na szczycie najwyższej góry Portugali.

Przepraszam, z której strony będzie widać wulkan Pico podczas lądowania na wyspie, pytam stewarda. Z lewej, ale przy takich chmurach, to nie możliwe żebyś coś zobaczyć, informuje mnie. Aha a czy pilot w takim razie może teoche dłużej polatać nad wyspą, a nóż pogoda się zmieni? Hahaha ten się śmieje i myśli chyba, że żartowałam z tym pytaniem. Ostatecznie nie polatał i wulkanu jakby na tej wyspie nie było, rozpłynął się w chmurach. Martwi mnie to odrobinkę, bo jednak miło byłoby zobaczyć, na co będę się wdrapywać nazajutrz. Każdy filozof-podróżnik powie, nie cel, a droga, niech sobie rady zostawi dla siebie. Ile już się nasłuchałam lub naczytałam rad, jak to trzeba podróżować. Za szybie zwiedzanie? Nie wolno, nie chłoniesz chwili. Zbyt mało kultowych miejsc w programie wycieczki? Marnujesz czas, po co w ogóle jechać. Hotel all inclusive? Jak śmiesz się przyznawać, wstyd, że nie masz czasu lub chęci samodzielnie zorganizować wycieczki. Także proszę, każdy niech zwiedza i podróżuje jak chce, jak potrafi i na co siły. To nie konkurs, bo każdy z nas ma inne potrzeby, chęci. I bardzo ważne, to się może zmieniać na przestrzeni czasu i etapu w życiu, na którym akurat jesteśmy. Jedyne to co na prawdę warto, to w ogóle podróżować, okrążać świat, nawet swój najbliższy.
Z opóźnieniem lądujemy na lotnisku Pico i odczuwam ogromną radość, bo widziałam inny lot na dalszą wyspę Azorów był odwołany z powodu pogody, a my cyk, 20 min i jesteśmy na miejscu. Odbieramy bagaże i czekamy na zewnątrz na naszego zamówionego lokalnego kierowcę, który za opłatą zgodził się nas zawieźć do hotelu. Dochodzi godzina 22, niebo już szykuje się do dobranocki, a kierowca nie odbiera, ba nawet nie ma włączonej sieci, żeby połączenie zostało nawiązane. Autobus żaden nie jeździ, coraz więcej ludzi opuszcza lotnisko, to był ostatni lot więc pewnie niedługo je zamkną. Nikt po nas nie przyjeżdża, już się zastanawiamy, jak się podzielić dostępnymi ławkami do spania. Pod wejście, kawałek od nas podjeżdża jakieś autko i zabiera jakąś panią, to nasza szansa, myślę i podbiegam w ich stronę. Angielszczyzną pytam, czy jadą do Magdaleny i może nas zabiorą po drodze, bo kierowca nas wystawił. Nie rozumieją, ale Marta mówi po portugalsku więc tłumaczy i młoda parka Azorczyków zostają dziś naszymi aniołami. Zawsze jest jakieś wyjście, czasem trzeba go poszukać, albo stworzyć. Podwózka pod sam hotel i idziemy spać, rano mamy mieć widok na wulkan z balkonu, zobaczymy.
Ciula widzimy, niebo z jednej strony szare, z drugiej granatowe niczym podbite oko. Entuzjazm trochę opadł, kiedy gotowe, meldujemy się w chatce na starcie, by zgłosić swoje wejście i otrzymać sprzęt i przejść kontrolę bezpieczeństwa. Pada, mgła ogranicza widoczność na kilkanaście metrów, wieje i jest bardzo zimno, 13 stopni na dole, to nawet nie chcę myśleć jak jest na trasie i na wysokości 2351 metrów nad poziomem morza.
Żeby wejść na wulkan Pico, czyli najwyższy szczyt Portugalii, należy zarezerwować miejsce na konkretny dzień i godzinę w Parku Narodowym, posiadać odpowiednie wyposażenie, które jest kontrolowane przez strażników przed wejściem: buty górskie z dobrą przyczepnością, odpowiednie ubranie, jedzenie, co najmniej 1.5 litra wody na osobę. Strażnik każdemu wydaje przypisany nadajnik GPS, należy mieć go stele przy sobie, żeby w razie kłopotów móc się skontaktować ze strażnikami wulkanu. O jakich kłopotach mowa? Występuje gęsta mgła, można się zgubić, mimo, że szlak wyznacza 47 słupków. Nie jest to jednak klasyczny szlak, jak w lesie, gdzie często wydaptana przez ludzi droga prowadzi nas jak po mapie. Tu na Pico wchodzi się po zastygłym lawinisku, kamienie się nie wydeptują. Jest ślisko, można zjechać i najzwyczajniej nabawić się kontuzji. Myślę, też, że można zamarznąć na szlaku, 13 stopni na dole to nie są tropiki, przy silnym wietrze, myślę, że temperatura w moim odczuciu może sięgać nawet - 21 stopni.
Pan strażnik nas wita, wyjaśnia z marsową miną, że dziś to raczej nie poleca, nic nie widać, pizga złem, jutro, patrzcie, na jutro prognozy są lepsze. Ale ja mam mapę offline, nie zgubimy się. Taaa. Atak szczytowy przekładamy zatem i dziś robimy objazdówkę po wyspie. Ciekawostka o portugalskim nazewnictwie, iście kreatywnym podejściu. Pico oznacza szczyt, a Torre, najwyższy punkt w kontynentalnej części kraju, to wieża. Tak, jest tam wieża na szczycie. Nic tylko brać i czerpać z tego dosłownego przekazu.
PS. W nocy śniło mi się, że wybierałam się na wulkan, na wejście, ale tak się długo zbierałam, że już była 15, a ja wciąż nie byłam gotowa, nie poszłam więc. Ale za to spotkałam Adama Mickiewicza. Ciężkie jest zatem życie wróżki.
Wyspa Pico, ma zaledwie 28 ok długości i 14 km szerokości, to jest gdzie jeździć. Zaczynamy od jaskiń i grot, które są po drodze ze szlaku. Zimno i pada, idealna pogoda na eksplorowanie geologicznej części Pico. Gdzieś w oddali nagle pojawiają się ludzie. Skąd, jak? Ah to wejście do jednej z jaskiń ukryte jest w ziemi i faktycznie wrażenie jest takie, jakby człowiek się nagle zapadł lub pojawił. Jaskinie są trzy, połączone tunelami, w środku, światła brak, a przejścia w skałach testują moją miłość do goferków. Żadna z nas nie jest szczególnym grotołazem to i wizyta dość krótka. Obieramy na cel szlak siedmiu mlynów, siedmiokilometrowy szlak wśród wulkanicznych winnic. Jest szaro-buro, chmury przysłaniają słońce, ale i tak wilgotno i ciepło, ubranie lepi się do ciała. Uważam, że najlepszym przystankiem na tym szlaku było białe, lokalne musujące winko z widokiem na ocean. Generalnie, te niskie, bazaltowe murki osłaniające winorośla przez atlantyckim wiatrem, wydają mi się depresyjne, takie, że nie chciałabym mieć takiego widoku na codzień. Z 7 wiatraków znalazłyśmy chyba jeden, dalsze poszukiwania powzięte zostały z samochodu. Objezdzając wyspę dookoła utwierdziłam się w przekonaniu, że nie podoba mi się tu aż jakoś bardzo. Krwostoczerwone młyny znalezione, z daleka wyróżniają się na tle czarnych skał wulkanicznych lub niebieskiego oceanu, ale dla mnie, prawie każdy odwiedzony punkt widokowy jest taki sam. Nie będę się tu uduchawiać i pisać, jak to warto się w siebie zanurzyć i odkryć glebie oceanu. No może tak, może trzeba. Ale można też stwierdzić, że jest no ładnie, to w końcu wyspa na środku oceanu (może nie aż tak bardzo na środku, ok), ale szału nie ma. I ja wciąż nie widziałam wulkanu, a ten przecież wznosi się na 2351 metrów nad poziomem morza, to nie jest maluszek. Taka to wyspa wulkaniczna.
Nadszedł dzień szczytowania! Kolejna nie przespana nocka, jest moc!
O 8 meldujemy się na recepcji u Pana strażnika, poznaje nas i życzy powodzenia. Sprawdzają nam buty i wio do góry. Mówiłam, że wciąż nie widziałam wulkanu na własne oczy? Plan jest taki, do 11.30 wchodzimy na szczyt, sapiemy, marudzimy trochę, pocimy się, pogoda idealna na wejście. O 12 przy zejściu zacznie nam świecić słońce i niebo się przejaśni. Nie tylko staniemy na Pico, ale i je zobaczymy. Do pokonania mamy 47 słupków i wspinaczka na krater. Proste, mówię i zagrzewam towarzyszkę. A jak jest w rzeczywistości? No jak to, jak. O 12 byłyśmy na szczycie, ponad chmurami. Spociłyśmy się, nie marudziłyśmy nic, a nic. Po przekroczeniu stożka, zaraz za 47 słupkiem, rozpościerał się przed nami księżycowy krajobraz. To jeszcze nie koniec. Atak szczytowy, czyli właściwie wspinaczka na rozległy krater. To dodatkowe 70 metrów w górę do pokanania, po pionowej ścianie. Na szczycie były harce i tańce, szybko jednak zakończone przez okrutny ziąb.
Takie to było szczytowanie. Niemal w równe południe zdobyłam swój 13 szczyt z projektu Korona Europy, wulkan Pico, wznoszący się na 2351 metrów nad poziomem morza. Szlak w górę był wymagający, miejscami mgła faktycznie na tyle gęsta, że słupka trzeba było wzrokiem szukać, lub podejeść kawałek wyżej, by znaleźć następny. Stopa trzymała się lawinowiska całkiem nieźle, choć miejscami był śliski piach wulkaniczny, oczywiste, szlak nie był wydeptany, jednak z mapą rozmieszczenia punktów i dobrym okiem do wypatrywywania kolejnego słupka, całkiem do przejścia.
A przy zejściu to wiadomo, słońce objawiło nam wulkan, w pełnej okazałości. Schodząc w dół, ślizgiem i telemarkiem kilka razy wylądowałam. Zmarznięte rączki ogrzałyśmy sobie przy małym fumerolku, który gdzieś pośrodku ściany krateru się objawił i dawał ciepełko i zapaszek. Ale ogólnie zejście to już był hardcore, przynajmniej od drugiej połowy. Wydawało się, że jakoś tych słupków więcej? Spore przewyższenia czuć było w kolanach i jakoś się tam bardzo dłużyło. Słońce już dawało ostro po plecach, za to wulkan, widziałam w całej okazałości. Nie lubię w górach tego, że trzeba w dół schodzić. W górę czasem też nie lubię, ale w dół bardziej. Przecież są tyrolki, ile to trzeba.
Wysiłek mistrzów, tak się przynajmniej czułam, gdy w końcu doszłyśmy do strażnicy, oddałyśmy GPS (na szczęście nie było potrzeby używać) i żartem mówię do Pani, że zasługujemy na dyplomu. Tak już wypisuje, słyszę. Że co, ja żartowałam przecież. Ale pani nie. I jakie to było miłe dostać dyplom zdobycia wulkanu, nigdzie o tym nie czytałam wcześniej. Piękne jest zatem życie wróżki.
W dodatkową nagrodę na stół wjechał stek z azorskiej, szczęśliwej krówki, co to sobie całe dnie czystą trawkę miele i w ocean patrzy. Ale ta moja na talerzu musiała być kiedyś szczęśliwa! Spacer po portowym mieście Madalena i się okazje, że można. Jest. Monumentalny, góruje nad wyspą, majestatyczny. Tu widać wulkan, proszę bardzo. Za rogiem też widać wulkan. Z tej wąskiej ulicy za mostkiem, także widać wulkan. Po takie widoki właśnie tu przyleciałam. Chmury to ja mam domu. Chyba jednak wolę wulkany. Niemal idealny stożek wulkaniczny pośrodku wyspy prezentuje się w pełnej okazałości.
Spacerem trafiamy na kolejną fiestę, tym razem, chyba na cześć podróżników i marynarzy jak dobrze przetłumaczone. Cierpkie, domowe czerwone wino, ale za 1 euro to smakuje tak, że ą pą pę. Teraz to ja bym mogła śpiewać.
Sił starcza na dotarcie do domu, po drodze jednak sesja z kozami, krowami, a i owca się trafiła. Mały baranek, odizolowany od reszty stada od pierwszego dnia beczy do nas, jakby wołał. W końcu był czas, żeby się przywitać. Za chwilę przyszedł do niego jego właściciel z butlą mleka. Jaaaa nakarmię baranka, pan nawet nie bardzo jak miał odmówić, bo ja już ręce po butle wyciągałam i ją od niego przejęłam, ale miał ssanie. Okazało się, że miał specjalną dietę, dlatego był sam, maluszek. Najedzone, to do spania. Nie tylko ty baranku. Te Słowianki co dziś wulkan Pico de Faro zdobyły, także.
Aha, jeszcze przed pakowaniem na kolejną wyspę, czekała na nas 3 nagroda w apartamencie - degustacja azorskiego ananasa. I ooo taki miałbyć towar luksusowy, ananas za 10 euro. A idź pani z takim luksusem, co buzię wykręca bardziej niż wytrawne fresco.
Podsumowując, jestem z siebie dumna. Jestem dumna z Marty. Dała radę pięknie jak rasowa kozica. Wszystko zatem w tym dniu się udało, od wejścia, po trasę, towarzystwo, śniadanie na szlaku, zejście, świętowanie. Czego chcieć więcej?

PS2. Nie, żebym była niewdzięczna, ale jakbym już coś więcej mogła sobie życzyć to bym chciała mieć żubra.

Czas wejścia i zejścia: 7godzin
Przewyższenia: o pani!
Data wejścia: 18.06.2026

PolecAnka: kryminał magiczny "Ulice ciem" autorstwa Katarzyny Puzyńskiej

24/06/2026

Nie do zatrzymania!

3_2026 Na Azorach, czyli jak korzystać z życia na Sao Miguel  w cieniu hortensji Lekko nie jest, biednemu to wiatr w ocz...
23/06/2026

3_2026 Na Azorach, czyli jak korzystać z życia na Sao Miguel w cieniu hortensji

Lekko nie jest, biednemu to wiatr w oczy i wiadomo co jeszcze. Dzień przed lądowaniem w Ponta Delgada, głównym lotnisku archipelagu Azorów, Sao Miguel dostajemy wiadomość, że nasz zamówiony nocleg nas bardzo przeprasza, ale musi nas z jakiegoś pensjonatu przenieść do 4 gwiadkowego hotelu. W ramach przeprosin dorzuca śniadanie gratis. No trudno, jakoś wytrzymamy ten luksus.
Jest ciepło, wilgotno i lepko. Lubię to!
Z samego lotniska odbieramy autko wielkości małego resoraka (wersja piździk economy) i dawaj na pierwszy punkt widokowy, na razie jest surowo, wulkaniczny kamień pod stopami wpada pieniędzy sandałki, a stopę.
Dojazd na pierwszy szlak to już rozkosz dla oka. Soczysta zieleń dookoła, wzgórza tarasowe przypominają mi trochę Bali. Spacer szlakiem do opuszczonej elektrowni wodnej to przyjemny wysiłek z eksplorowaniem terenu. Kolejny raz na własne oczy przekonuję się, że natura pozostawiona sama sobie, zawsze zacznie wyrównywać rachunki, przejmować kontrolę. Przy wodospadzie, Marta znajduje czterolistną kończynę. To na szczęście, tego będziemy miały wiele w trakcie wyjazdu.
Dzień miał być zakończony słodkim akcentem, postanowiłyśmy jeszcze odwiedzić farmę ananasów. Taak, na Azorach, a dokładnie na wyspie Sao Miguel rosną ananasy. Są stosunkowo mniejsze niż te hodowane w Ameryce Południowej, ponoć słodsze, z pewnością droższe. Ich cena głównie wynika z czasu oczekiwania na gotowy do zjedzania owoc. A na to wpływ ma niestabilny azorski klimat i dużo niższe temperatury. Dla porównania, taki anansik w Kolumbi dojrzewa maksymalnie 6 miesięcy. Azorski, od zasadzenia do wyładowania na talerzu, potrzebuje nawet dwóch lat. Czy to się opłaca? Dobry marketing potrafi zdziałać cuda (tak, ja też kupiłam siostrzeńcom lody ekipy).
Sao Miguel to jeden wielki punkt widokowy. Zewsząd widać ocean, klify i rozbijające się o nie fale. W połączeniu z otaczającą nas zielenią pastwisk na wzgórzach i wszedobylską mgła tworzy się iście inatragramowy klimat. Jest po prostu pięknie. Jedziemy Miradouro da Vista do Rei, jedno z najbardziej widokowkowych miejsc Azorów z widokiem na dwa jeziora. Pod warunkiem, że nie ma mgły i deszczu. Mówi się, że jeśli na archipelagu nie ma dobrej pogody, trzeba albo poczekać, albo pojechać na drugi koniec wyspy. Postanawiamy poczekać i w tym czasie zwiedzić opuszczony hotel. Projektant i inwestor mieli wizję, bo miejsce jest wyborne, zabrakło jednak gości, którzy chcieli by z tego lusksusu skorzystać. Wdrapujemy się po skarpie, pezedzieramy przez krzaki, murek i cyk, jesteśmy w środku. Schodami kierujemy się na górne piętra i odkrywamy, że jest normalne wejście, przez pustą futrynę drzwi, nie trzeba było ćwiczyć urbexów. No cóż. We wnętrzu zostały już tylko puste ściany, gdzieniegdzie "udekorowane" grafiti. Wszystko co można było wynieść i sprzedać, już zostało zagospodarowane. Apartamenty są ogromne, z pewnością były to bardzo wygodne i przestrzenne wnętrza, teraz sprawiają dość depresyjne wrażenie. W powietrzu czuć wilgoć, tynk odchodzi od ścian, cześć z nich jest pokryta mchem lub grzybem. Dziwne jednak jest w tym jakieś urok. Monte Palace został zaprojektowany z myślą, by wtopić się w bujne, zielone otoczenie. Właśnie spełnia się jego przeznaczenie. Dosłownie wtapia się w naturę.
Słońce już nam się pokazuje, opuszczamy hotel, już normalnie, drzwiami i kierujemy się na punkt widokowy. Przed nami zielonkawe wody jeziora Verde oraz niebieskawe jeziora Azul. No piękna prezentacja, cuda Natury w całej okazałości, po deszczu, chmurach i mgle nie ma już śladu. Krótki spacerek przy jeziorku, uczta dla oczu i duszy. Zielony koi oczy, kaczki zajmują miejsca parkingowe i tylko ryczące silniki quadow, na krótką chwilę ten moment zakłócają. Czy może być piękniej, człowiek się zastanawia. No może, odpowiadają Azory i zapraszają na kolejny widoczek, Miradouro da Vista do Rei. Stąd wyraźnie widać, że oba jeziorka znajdują się we wnętrzu krateru wulkanu, otoczone są soczysta zieloną kołderką. A dojście do punktu widokowego jest przyjemnością samą w sobie. Właściwie po drodze takich punktów, może mniej spektakularnych spotkamy jeszcze z 89.co najmniej, bo przecież wszystkich nie liczyłam. Przy każdym można całkiem bezpiecznie zaparkować auto i obserwować. Jazda autem po wyspie też należy do jednej z lepszych w mojej karierze kierowcy. Przez ogromną ilość zakrętów, serpentynyn, zjazdów i podjazdów jest ciekawie, a przez widoki w stylu tropikalne go lasu, oceanu na wybrzeżu ( a to wyspa przecież, więc widać ten ocean całkiem często) i hortensje, wielkości głowy jest wielkie wow. Hortensje, rosną wzdłuż dróg tworząc piękne, tunele. Najwięcej jest ich w kolorze białym, ale czasem pokazują się też niebieskie, fioletowe i różowe. Jeszcze z tydzień, dwa i będą w pełnym rozkwicie, już teraz bawią wyspę kolorami wczesnego lata. Kawka tu, ciasteczko tam. Nie trzeba nawet specjalnie szukać kawiarni czy restauracji z widokiem, bo prawie każda tu takie ma. Domki są niskie, białe z niebieskimi okiennicami lub całkiem kolorowe i odważne. W przy domowych ogródkach rosną, a jakże, hortensje. Brakuje tylko spa. A nie, czekaj, jesteśmy na wyspie wulkanicznej, baseny termalne są w cenie!
No jakoś zjedziemy w dół, ale czy na pewno tym piździkiem wjedziemy pod górę? Znak informuje o 19% nachylenia drogi. To nie jest mało, a auto wydaje się mieć mniejszą moc niż mój rower. Próbujemy, kto nie ryzykuje nie kąpię się w gorącym oceanie. Zjeżdżam po zboczu góry, nie muszę się kąpać, bo w sumie to już jestem mokra ze stresu. Ha, ale całkiem sprawna ta Toyotka, ino jest zimno i wieje. Widzę bezkres oceanu, a w zasłoniętymi wulkanicznymi skałami jest niewielka niecka, w której faktycznie kapią się ludzie. Uśmiechają się. Wchodzę do wody i też się uśmiecham. Jest tak cieplutka i przyjemna. Zdecydowanie Ponta da Ferraia to będzie moje ulubione miejsce na wyspie Sao Miguel. Opieram się plecami o skały, bliżej małej jaskini gdzie jest źródło termalne, woda jest jeszcze cieplejsza, na szczęście trafiłyśmy tu kiedy jest odpływ, w innym czasie woda sięga bardzo wysokich temperatur i kąpiel jest niemożliwa. Fale co jakiś czas mnie zalewają, na tyle, że nie mogę utrzymać równowagi. Przy okazji relaksu mam także walkę o życie z falami i degustację wód oceanicznych. Słono. Woda ryzpryskuje się o czarne jak smoła skały, słońce rozpoczyna swój codzienny spektakl. Dla takich zachodów słońca nic nie robiłam!
Lagoa da Fogo wita nas mgłą, wiatrem i deszczem. Jeszcze tu wrócimy, bo widać niewiele, jedziemy na herbatkę, po drodze zahaczamy o wodospad Salto do Cabrito. Zastanawiam się, czy jestem bardziej wolę wulkany czy wodospady i nie wiem. Nie wybieram i patrzę, jak woda spada kaskadą i będę nudna, jednak w Ani sobie mówię, masz kobieto wielkie szczęście.
Wjeżdżamy tym malusim autkiem wyżej i wyżej, droga jest okrutna i niestety zawracamy z dojazdu do zielonego jeziorka. Za duże ryzyko na uszkodzenie podwozia lub opony, w zamian jedziemy do kanionu, gdzie jest ładnie, zielono, no szału jednak nie robi. Mała kopytna niespodzianka nas powstrzymuje i Marta musi wyjść z auta, by przegonić konika kucyka, ten uparciuch nie ma zamiaru zejść z drogi. No dzieci takie są.
Cha Porto Fermoso to jedna z dwóch farm herbacianych na Azorach. Pierwszy raz widzę jak rośnie i jak się produkuję herbatę, doświadczam zatem kolejnej ciekawej rzeczy w życiu. Cieszy fakt, że jestem fanką herbaty liściastej, wyłączając czarną. Tylko biała i zielona rządzą.
W małej filiżance dostajemy herbatkę do testowania i jest całkiem smaczna, nie wiem jednak czy potrafiłabym odróżnić ja od sagi. Kosztuje sporo, więc chcę wierzyć, że na pewno jest lepsza.
Krzaki herbaty wyglądają jak żywopłot, zasadzone w długich rzędach, tworzą swoiste labirynty herbaciane. Nie pachną, ich zielone listki są małe, trochę jak liście laurowe. W życiu bym nie zgadła, że to herbata. Oglądamy filmik, skąd dowiadujemy się, jak się uprawia herbatę.
Odwiedzamy także drugą plantacje herbaty Cha Gorrena, dużo większa, a pola herbaty ciągną się wysoko po horyzont. Po plantacji czaju jeszcze nie spacerowałam, nadrabiam więc te zaległości odkrywcy.
Ponownie wracamy na trasę punktów widokowych, wybieramy co ciekawsze, aż trafiamy do latarni morskiej na klifach. Innych turystów już dawno nie widzimy, zakręty się nie kończą, podjazdy nie maleją. Lekki szok kulturowy przeżywamy w jednej z wiosek. Na początku widzimy przystrojone kolorowymi proporczykami i galazkami drzewek uliczki. Będzie fiesta, zostajemy. Na głównym placu, rynku rozstawiona scena, stoiska z popcornem i drinkami, namiot z jedzeniem. Napis markerem na brystolu zaprasza do kupienia alkoholu. I tu czułabym odrobinę nostalgii do dawnych czasów, gdy festynie z okazji dnia dziecka były na boisku, nie było drukarek, no wypisz wymaluj świetlicowy festyn w pierwszych latach działalności. Ale! Najpierw w prowizorycznej zagrodzie zrobionej ze śmietników, za sceną dostrzegam świnię. Żywą. Wdrapuje się na murek, zdecydowanie nie jest fanką tej imprezy. Ale drugie. Dosłownie kilka metrów od naszej bohaterki, zasłonięta przez spory tłum ludzi, na karuzeli kręci się jej siostra, albo brat, już bardzo gotowa na bycie główną, smaczną atrakcją dnia. No losie! No moglo tej żywej świni chociaż oczy zasłonić. W oddali słychać muczenie cielaka czy krowy. Pełna chata. Zapytana pani mówi, że to święto związane z kościołem, nie pamiętam dokładnie. Niestety deszcz coraz mocniej zacina, na tańce więc nie zostajemy, wracamy do swoich czterogwiazdkowych luksusów robić pranie w rękach.
Odkrywanie wyspy w dniu trzecim zaczyna się od wizyty w innej plantacji ananasów Santo Antonio. Pan oprowadza nas po farmie ananasów, a dokładnie po szklarniach, gdzie te rosną. W różnych stadiach wzrostu i dojrzałości, wszystkie wyglądają na takie co bym mogła je kiedyś zjeść. Lody ananasowe smakują tam wybornie. Latem, świeżością i słodką egzotyką.
Spośród setek miejsc, z których patrzymy na klify i ocean można wybrać te najpiękniejsze i stworzyć kilka dobrych rankingów według własnego uznania. Nie każdy mnie zachwyca, każdy jednak może znaleźć swojego wiernego fana z różnych powodów.
Park Terra Nostra trafia na moją listę miejsc ulubionych, bo w środku ogrodu botanicznego ma termalne źródło, w którym woda ma chyba z 40 stopni. I to jest dobre. Kolor wody nie zachęca do wejścia. Brązowa woda wygląda po prostu źle, liczę jednak, że moja skóra po kąpieli będzie jak pupcia niemowlaka, bo woda jest bogata w żelazo. Ponoć też pachnie, ale to nie wiem dokładnie, tylko tak słyszałam.
Ehh już jest za gorąco, zaraz się ugotuję w tej żelazowej zupie, cyk autkiem i szukamy wejścia na wodospad gdzieś pomiędzy tunelami poprowadzonymi przez góry. Odważnie lecz głupio przemierzam tunel, w którym rozpędzone auta trąbią jak szalone. No jest szlak. Trochę trzeba się przedzierać przez dżunglę roślin, staję jednak bardzo wysoko, tak, że widzę go na wprost. No teraz to wolę wodospady, co za widok.
Azory to wyspy wulkaniczne, nie dziwi więc fakt, że znajduje się to kilka miejsc, gdzie występują fumarole i kaldery. W małym miasteczku Furnas jest ich najwięcej. Bulgoczące gejzery wodne lub błotne, zapaszek siarki (czułam!), wysoko i gesty dym unoszący się w powietrzu, no prawie jak brama do piekła. Tu właśnie widać, jak nasza planeta żyje.
Najpiękniejszy zachód słońca trafia na się na punkcie Tio Domingos. Jestem skapną w złotych promieniach słońca i hortensjach i nie mam przy sobie sukienki. Odrobina próżności nikomu jeszcze nie zaszkodziła, laski takie są. Uważam, że nawet bez sukienki, widoki są spektakularne. Cieszę oko i duszę. Miał być gdzieś jeszcze wodospad, rozpoczynamy poszukiwania takowego, gdyż na zdjęciach wygląda zachęcająco. Idziemy w dół, za zakrętem znów w dół, potem jeszcze bardziej w dół. Poddajemy się, nogi trzeba oszczędzać i kolację jakaś zjeść.
A nie mówiłam, że wrócimy? Dziś widoki na jezioro Fogo są wyśmienite, już wiem skąd te zachwyty ludzi. Chociaż proszę Aniu pamiętaj, że aż tak Cię nie powaliło, ładne jezioro otoczone bujną, bardzo zieloną roślinnością, stromymi z oczami, położone dość wysoko na wyspie, stąd i widoki zacne. Dużo bardziej cieszyłaś się z trekingu, jaki na deser zrobiłyście. Creme de la creme, bardzo na plus, na końcu poznałaś króliczka. To był też ten dzień, gdzie kolacja przy hotelowym basenie złożona z jaja i kanapek, oświetlana była przez zachodzące słońce.
Ostatni dzień na Sao Miguel to dzień szaleństwa i adrenaliny, wspinaczki i tyrolki, ślizgów i zjazdów. Kanioying, czyli ekstramalna przeprawa przez rzekę i wodospady w uprzeży i kasku dla bezpieczeństwa. Pierwsze ekstamalne zadanie to założenie pianki na spocone ciało, spore wyzwanie. Na rozgrzewkę wspinamy się w górę rzeki, by w końcu zaznać ochłody w rwącej rzece. Przewodnicy czuwają nad bezpiecznymi zejściami, podoba mnie się to, do momentu konieczności skoku do wody z wysokości 93 metrów. No może było tych metrów 3 czy 4, ale przecież jak ktoś się bardzo boi i ma takie kręcenie w brzuszku na sam widok kiedy ktoś inny skacze, to jaka to różnica? Ja nie skaczę, informuję przewodnika i chyba widzi, że nie ma miejsca na dyskusje więc za chwilę rozwijają linę i zostaję spuszczona w dół. Tak to ja mogę skakać. Potem to już luz na tyrolce nad wodospadem i kilka zejść po wodospadach, aż znów ostatni skok i koniec trasy. Ja nie skaczę, znów informuję, jesteśmy przy Salto Cabrito, wodospadzie, który odwiedzałysmy i już z dołu wyglądał na bardzo wysoki, ma 16 metrów, ale skok jest może z 3-4. Po prostu usiądź w tym miejscu i zjedź do wody. Na pupie nasze kombinezony wyposażone są w taką gumowy dupnik, nic wiec prostszego, zjechać. Ale też się boję. Boję się, ale zjeżdżam. Aaaaa fajnie było! Jeszcze raz!
Kawka z widokiem na wodospad zawsze na dużych propsach, zawsze warto się zatrzymać i wydać te 1.5 euro.
Latarnia Farol do Arnel to pierwsza latarnia na wyspie. Biało-czerwona wieża kontrastuje z niebieskim, bezkresnym ocenem, a zejście do niej to istny runmagedon. Znak ostrzega o 20% nachylenia drogi, także albo z buta, albo wcale. Nie mam odwagi zjechać w dół. To znaczy, nie miałabym odwagi wjeżdżać potem w górę. Nic to, w pośladki pójdzie taki spacer. Jednak znajdują się odważni, którzy piłuja swoje czinke-czlenta i jakoś dają radę. Słońce pali w plecy i ramiona, wilgotność powietrza wyciska z nas siódme poty, jakoś jednak pokonuję dystans w dół, by potem wejść pod te górę. O losie. Niezłe cardio.
W drodze na lotnisko płacimy dobrej karmie, jaka nas spotkała na wyspie przez te pięć dni i zbieramy po drodze autostopowicza. Kolejnych wodospadow nie udaje nam się znaleźć, ale za to pan w restauracji przygotowuje mi makaron z owocami morza w dosłownie 7 minut, najedzona, nadaję bagaże i fruuuu, lecimy na kolejną wyspę, taka z wielkim wulkanem!

PolecAnka: Powieść Powieść "Cały ten błękit", autorka Melissa Da Costa

Adres

Olimpijska 4
Duszniki Zdrój
57-340

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Okrążymy Świat umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Okrążymy Świat:

Skróty

Udostępnij