Filippo1618

Filippo1618 Dziennik pracy kierowcy. Norwegia - EU.

Kochani jest sprawa. Zmarł nagle kolega. Znaliśmy się bo pracował jako mechanik od ciężarówek, na bazie gdzie przez sied...
22/05/2026

Kochani jest sprawa.

Zmarł nagle kolega.
Znaliśmy się bo pracował jako mechanik od ciężarówek, na bazie gdzie przez siedem lat trzymałem zestaw z poprzedniej firmy.
Sympatyczny, życzliwy człowiek. Taki, wiecie normalny, z którym można pogadać o wszystkim, pożartować, czasem coś pomógł, naprawił, pożyczył młotek...

Młody, dlatego porusza mnie bardzo jego śmierć.
Zostawił żonę i troje dzieci. To dla nich na pewno ogromny cios...
Jest zrzutka bo na pewno bedzie im ciężko bez Damiana.

Proszę dorzućcie się...

https://zrzutka.pl/2n7kkh?fbclid=IwdGRjcAR9TEhjbGNrBH1MRGV4dG4DYWVtAjExAHNydGMGYXBwX2lkDDM1MDY4NTUzMTcyOAABHvED63Htlb0ur1pFmco64dZcJgZFB8urXi3a7jgEF0MBmokfFCIicaLGYbke_aem_J4zg4h8KYeFdnNLxd7SWrA

Z ogromnym bólem i niedowierzaniem przyjęliśmy wiadomość o śmierci naszego kolegi Damiana z klubu rowerowego.Damian był wspaniałym człowiekiem, zawsze życzliwym, pomocnym i pełnym pasji do rowerów. Dla wielu z nas był nie tylko kolegą ze wspólnych tras, ale przede wszystkim dobrym prz...

Ogień W poniedziałkowy ranek bramy firmy otwarto o 7:30 wiec mogłem wjeżdżać na rozładunek.Przede mną był już jednak kol...
17/05/2026

Ogień

W poniedziałkowy ranek bramy firmy otwarto o 7:30 wiec mogłem wjeżdżać na rozładunek.

Przede mną był już jednak kolega z Rumunii który ładował się w tym samym miejscu w Holandii.

Po zrzutce chwila na śniadanie.

Następny załadunek to miejscowość Verdal. Dotarłem tam chwilę po 11tej. Ładunek wymagał trochę zachodu bo od początku ciężko było ustalić co tak faktycznie mam zabrać...
Potem dojechał jeszcze rumuński kolega i sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej...
Ustalanie trwało ponad dwie godziny a gdy już się to wszystko udało to polecono mi wyjechać za bramę i tam poczekać.
Po kolejnych dwóch godzinach wróciłem do firmy po kolejny załadunek...
Ogółem załadowałem w trzy miejsca -
Agotnes, Stord i Tananger.
Kilometrów całkiem sporo do zrobienia, niektóre odcinki dróg dość wymagające ale że pogoda stabilna to jechało się całkiem dobrze.

Następnego dnia zdążyłem jedynie zrzucić Agotnes i dojechać do Stord. Lokalne drogi i rozkopany odcinek z Bergen do Agotnes dały mi się trochę we znaki.

Po rozładunku w Tananger załadowałem szybko ładunek do Rumunii i popłynąłem do Danii.
Tam, z racji tego że w czwartek w Niemczech obowiązywał zakaz jazdy a dostawa do Rumunii musi być zrealizowana w poniedziałek, rozpocząłem pauzę 24 godzinną.

Po pauzie ogień na tłoki i dzida na południe Europy.
Pierwsza nocka do Berlina, druga do Bratysławy, trzeci kawałek dnia i nocy do Sibiu a w niedzielę rano zameldowałem się na lotnisku Bukareszt Otopeni bo tu mam najpierw odprawę celną.

Malm.Pogoda jednak postanowiła zmienić plany i być przy niedzieli ładną. Dlatego spacer po Malm zaliczony. Okazuje się ż...
10/05/2026

Malm.

Pogoda jednak postanowiła zmienić plany i być przy niedzieli ładną.
Dlatego spacer po Malm zaliczony.

Okazuje się że jest to była osada górnicza. Wydobywano tu przez 90 lat rudę żelaza (magnetyt) i przy okazji siarkę i rudę miedzi. Była to naówczas jedna z najnowocześniejszych kopalni w Norwegii a wioska Malm rozwijała się przy tym równie okazale.
Kopalnię zamknięto w 1997 roku i obecnie w wiosce obecne są takie dziedziny przemysłu jak offshore, gazy techniczne i przetwórstwo rybne (dla którego przywiozłem właśnie ładunek.)

Spacer udany.

Zmiany Zanim wyruszyłem w kolejną trasę po powrocie do Norwegii musiałem zaakceptować i wdrożyć zapowiadane zmiany.Dosta...
09/05/2026

Zmiany

Zanim wyruszyłem w kolejną trasę po powrocie do Norwegii musiałem zaakceptować i wdrożyć zapowiadane zmiany.

Dostałem nowe auto.
Naszą firmową flagówkę.
Volvo FH16 780!!!

Nie ma co owijać w bawełnę że mimo iż Aero było naprawdę świetnie wyposażone i jeździło się nim bardzo dobrze to przesiadka na FH 16 780 to jest naprawdę coś...

Nikt z nas chyba nie lubi się przeprowadzać z auta na auto a szczególnie gdy nie można tego zrobić gdy auta stoją koło siebie. Więc i mnie ta czynność przyprawiła o sporą irytację. Tym bardziej że musiałem to zrobić szybko bo do firmy dotarłem około 11:30 a już o 14:30 miałem zarezerwowany prom do Danii...
Wyprowadzałem się z Aero 4 godziny a tu się miałem wprowadzić w 1,5...
No nie dało się tego zrobić dobrze. Starałem się ale się nie dało.

Zrobiłem pobieżnie bo czas gonił.
Tak gonił że nie zdążyłem na prom...
Odbierając naczepę z terminala zapomniałem zabrać dokumentów od ładunku i musiałem się po nie wrócić. Gdy dotarłem na terminal promowy do odpłyniecia było jeszcze 10 minut ale prom był już w morzu...

Swoje rzeczy układałem w kabinie jeszcze przez cały tydzień pracy.

Udało się jednak załapać na kolejny prom za dwie godziny i dotrzeć do Danii tego samego dnia.
Po rejsie do Hirtshals i załatwieniu spraw celnych udałem się w kierunku Niemiec.
Już w poniedziałek pierwszą jazdę zakończyłem wcześnie rano tuż za Bremen (przeleciałem jeszcze przed tym nieszczęsnym codziennym korkiem).
Ale to auto pięknie pracuje, pięknie jedzie, no banan na twarzy cały czas ;)

Po pauzie, jeszcze w poniedziałek miałem dojechać do granicy niemiecko-holenderskiej i tam poczekać na załatwienie kolejnych formalności celnych. Miało to trwać kilkanaście minut ale coś poszło nie tak i zostałem na granicy do następnego dnia.
We wtorek zezwolono mi jechać dopiero po 10tej rano.

Dwa miejsca rozładunku - Uden i Eindhoven.
Pierwsze mogło pójść szybko i sprawnie ale nie poszło. Ładunek na paletach z dostępem sztaplarki tylko z dwóch stron a nie z czterech - załadowany bokiem a w Uden chcieli rozładować z rampy bo nie mieli sztaplarki tylko elektryczne wózki ręczne. Kłopot.
Musieli więc pożyczyć sztaplarkę ale też bez długich wideł, więc musiałem odpinać oba boki.

Druga zrzutka w Eindhoven suwnicą na hali, więc bez komplikacji - no może poza tą że ładunek wybrudził olejem naczepę.
Po zrzutce fajrant, bo kolejne zlecenie przyszło dopiero w środę około południa.
Miejscowość Zevenhuizen i załadunek elementów linii produkcyjnej. Polscy fachowcy w magazynie więc poszło szybko i sprawnie.
Po zabezpieczeniu ogień na tłoki i już o drugiej w nocy w czwartek zameldowałem się w Porcie Kilonia.
Dobranoc.

Po wyspaniu się czekałem spokojnie na informacje od spedycji bo znów jakieś problemy z papierami.
Okazało się finalnie że nie popłynę rejsem Kiel - Oslo, jak planowano pierwotnie, a muszę przejechać na drugą stronę kanału portowego i popłynąć do Goteborga.
Dawno mnie tu nie było a był taki okres gdy pływałem na tej linii regularnie.
Niestety muszę obiektywnie przyznać że jedzenie na promie uległo znacznemu pogorszeniu.

W piątkowy piękny dzień kierowałem się konsekwentnie na północ gdyż celem moim była miejscowość Malm w norweskim regionie Trondelag. Elementy które wiozę przeznaczone są do powstającej tu przetwórni ryb.

Granicę w Svinesundzie, pierwszy raz w życiu przekraczałem bez zatrzymania, gdyż odprawiono mnie przy pomocy usługi "Digi Toll". Technologia ;)

Pracę tego dnia zakończyłem w miejscowości Berkak.
W nocy nawiedził mnie dawno nie widziany kolega Łukasz, u którego kiedyś pracowałem.
Gdy przyjechał to ja już smacznie spałem a gdy ja ruszałem on jeszcze smacznie spał ;)
Żaden z nas nie pogwałcił zasady nie zakłócania snu, tak ważnego w naszej pracy. Porobiliśmy sobie jedynie fotki aut.

Do Malm dotarłem około 11:30 w sobotę i tutaj spędzam weekend. Niestety pogoda średnia bo zaledwie 12 stopni i popaduje deszcz.
Byle do poniedziałku.

W tym tygodniu w zasadzie niewiele się działo.Po dość przyjemnym weekendzie w Ostendzie należało się rozładować z tego d...
24/04/2026

W tym tygodniu w zasadzie niewiele się działo.

Po dość przyjemnym weekendzie w Ostendzie należało się rozładować z tego delikatnego ładunku który leżał na naczepie.
Pierwsza zrzutka okazała się być dokładnie tam gdzie stanąłem na weekend - miałem adres podany ale okazała się to budowa o dość sporym areale a ja dość przypadkowo stanąłem dokładnie tam gdzie była ekipa która na te drzwi czekała.

Druga zrzutka w miejscowości Ilsenburg - dość zaskakujący dojazd z głównej drogi ścieżką rowerową...
Rozładunek z tytułu tych dość dziwnych.
Wjechałem na firmę, jakiś chłopaczek ładował busa kawałkami blachy. Przywitałem się po angielsku i zapytałem go gdzie jest biuro magazynu. Ten odpowiedział jednym słowem "open" i pokazał na naczepę.
Po kilku minutach podjechał wózek widłowy i operator ściągnął drzwi. Dałem dokumenty, koleś podpisał i oddał, bez jednego słowa.
Dziwni Ci Belgowie.

Kolejny załadunek to fabryka tworzyw sztucznych we francuskiej miejscowości Socx - plastikowe butelki na wodę - takie wiecie, jeszcze nie rozdęte ;) dlatego dość ciężkie przez ich ilość (prawie 18t)
Trochę odstałem, bo najpierw był ktoś przede mną a potem była przerwa - godzinna.
Załadunek bez mojego udziału więc grzałem się na słoneczku, bo pogoda w tym tygodniu wspaniała.
Po załadunku musiałem jeszcze zaliczyć wizytę w spedycji w miejscowości Roncq celem wyrobienia dokumentów celnych.
Tego dnia zamierzałem wyjechać wszystko co możliwe i mimo tradycyjnego korka w Antwerpii udało mi się przejechać całą Belgię i większość Holandii.

We wtorek cały dzień walczyłem dzielnie z kilometrami.
Najwięcej czasu zmarnowałem oczywiście w Bremen.
- UWAGA -
Niemiecka policja postanowiła sprawdzać ruch w korku za pomocą drona i odpowiednio wynagradzać wyprzedzających. Nie ukrywam że irytacja jest w tym miejscu ogromna bo ten korek jest często zupełnie absurdalny gdyż u jego źródła lewy pas jest zazwyczaj pusty...

W Hamburgu poszło dość sprawnie ale żeby dojechać do Hirtshals zabrakło mi dosłownie 20 minut...

W środę rano dojechałem do portu w Hirtshals, odprawiłem się i popłynąłem porannym rejsem do Kristiansand.
Po dotarciu do Norwegii udało mi się jeszcze nawet rozładować. Wprawdzie przyjmujący dokumenty szedł już do domu ale rozładować przyszła ekipa z IIgiej zmiany.

Po rozładunku podjechałem jeszcze do następnego miejsca załadunku i tam zostałem na noc. Zaliczyłem przed snem przyjemny spacer po okolicy.

Jako że jest to mój tydzień zjazdowy a w Norwegii znalazłem się dość wcześnie, to spedycja wykorzystuje mnie na tzw. "lokalu" czyli jeżdżę tylko po okolicy i ładuję różne naczepy ładunkami przeznaczonymi dla tych którzy później zabierają je na kontynent. Czasem ładuję kompleksowo, czasem częściowo, czasem zrzucam na terminalu i jadę po kolejne. Nie dostarczam nic a jedynie ładuję.

Czwartek i piątek upłynął mi więc na zwiedzaniu okolic Kristiansand i zbieraniu ton na różne naczepy.
Po piątkowej robocie miałem jeszcze przed wyjazdem do domu zadanie specjalne - wypakować się całkowicie z auta...
Będą zmiany.
Ale o tym dowiecie się w następnym odcinku.

Środkowy.Poniedziałkowy ranek we Flensburgu to szybki rozładunek 10ciu palet a potem wizyta w piekarni naprzeciwko i ogi...
19/04/2026

Środkowy.

Poniedziałkowy ranek we Flensburgu to szybki rozładunek 10ciu palet a potem wizyta w piekarni naprzeciwko i ogień na kolejne zrzutki.

Drugi rozładunek to malutka firemka w miejscowości Wankendorf na południe od Kilonii. Cztery palety precz.

Trzecie miejsce to znana mi już firma czyli fabryka tofu w Berlinie. Ty razem obyło się bez zbędnego czy kłopotliwego krążenia po okolicy bo remontów już mniej.
Na miejscu jednak spotkało mnie pewne rozczarowanie. Dotarłem tam około 14:30 i okazało się że to za późno na rozładunek. Wprawdzie produkcja jeszcze pracowała ale z magazynu nie ma już nikogo...
Zmuszony byłem zostać tam do następnego dnia. Dobrze że było gdzie.

We wtorek już przed ósmą rano byłem gotowy na kolejne zlecenia.
Zdążyłem jednak spokojnie zjeść śniadanie zanim takowe się pojawiło.

Kierunek Wolfsburg a potem drogami lokalnymi do miejscowości Knesebeck.
Na miejsce dotarłem okolo 13:30. Meldunek na bramie, meldunek w spedycji, meldunek u wózkowego i załadunek trochę się ślimaczył.
Załadowałem pięć rur.
Przeznaczenie ładunku to Szkocja. Ucieszyłem się ale radość nie trwała zbyt długo bo okazało się że moim zadaniem jest jedynie odstawić tę naczepę do portu w duńskim Esbjergu.

Tego dnia moja praca zakończyła się tuż po przekroczeniu granicy niemiecko-duńskiej.

W środę już o ósmej rano zameldowałem się w Esbjergu i odstawiłem naczepę na terminal.

Około południa polecono mi udać się samym koniem do Hirtshals i tam podjąć kolejną naczepę.
Gdy tam dotarłem odczekałem trzy godziny bo naczepa była gotowa do odbioru z portu dopiero po 19tej.
Tego dnia udało mi się jeszcze cofnąć na południe do okolic Aarhus.

W czwartek wciąż spokojnie zmierzałem na południe, gdyż mój ładunek przeznaczony był do niemieckiej Getyngi.
Na miejsce dotarłem o 16:30. Dzień był piękny i ciepły więc delektowałem się wolnym popołudniem.

W piątkowy ranek już o 7:00 byłem gotowy do rozładunku. Jako że dzień wcześniej przygotowałem się do niego dokładnie to trwało to dosłownie 15 minut.

Po rozładunku otrzymałem kolejne zlecenie z załadunkiem w miejscowości Ilsenburg - troje, specjalistycznych, antypożarowych drzwi.
Po załadunku polecono mi udać się od razu na adres podany w dokumentach. Spodziewałem się jakiegoś doładunku ale instrukcje były jasne - kierunek Belgia.

Piątkowe popołudnie to niezbyt przyjazny czas na przejazd przez niemieckie Zagłębie Ruhry - korków całkiem sporo ale mnie się nigdzie nie spieszyło a i nawigacja urozmaicała mi drogę omijając część korków drogami lokalnymi.
Dzień pracy zakończyłem na granicy niemiecko-holenderskiej.

W sobotę zamierzałem ruszyć jak najwcześniej czyli około 6:30. Nie udało się bo najpierw była kolejka do kasy na stacji w której musiałem odstać żeby wykorzystać rabat za parkowanie, potem wyjazd zastawiła mi cysterna która przywiozła paliwo.
Tego dnia także nigdzie mi się nie spieszyło a do celu było zaledwie 250 kilometrów.
Około 10:30 na spokojnie dojechałem do belgijskiej Ostendy i tam spędziłem weekend.

Sobota to relaks na słoneczku a niedziela dość konkretny spacer po nadmorskim kurorcie (11 km pieszo).
Całkiem urokliwe miasto.

Kapsuła jak w jajku ;)Do Karlshamn wyruszyłem już w niedzielne popołudnie. Przy pomocy pewnej kombinacji. Nie ma co opis...
12/04/2026

Kapsuła jak w jajku ;)

Do Karlshamn wyruszyłem już w niedzielne popołudnie. Przy pomocy pewnej kombinacji.
Nie ma co opisywać bo jedyne co ważne, to to że się bez problemu udało i do celu dojechałem szczęśliwie.

Pierwszy raz w życiu mialem płynąć gdziekolwiek z portu w Karlshamn.
Dojazd dobrze oznakowany, parking spory ale po uruchomieniu niebawem linii z Gdańska trzeba będzie go chyba powiększyć.
Dotychczas promy pływały stąd jedynie do Kłajpedy a obsługuje tę linię dwóch armatorów - DFDS i TT Line.
Oba biura przy parkingu ale w przypadku DFDS wizyta w nim nie jest konieczna.
Do portu wjeżdża się podając w komputerze, przy szlabanie numer rezerwacji. Bilet otrzymuje się od obsługi, w okienku przy drugim szlabanie.

Prom DFDS nie jest nowy ale dość zadbany i czysty. Podobno drugi na tej linii jest nowszy i lepszy.
Obsługa dość sympatyczna a jedzenie nawet w porządku.

Jako że był to okres przedświąteczny to na promie sporo pasażerów autami osobowymi i pieszych. W związku z powyższym w kajucie miałem dwóch kolegów - Mariusza i Daniela. Sympatyczni i rozmowni więc wieczór płynął sympatycznie i młodzieżowo.
Od Mariusza dowiedziałem się że na tym promie oprócz kajut czteroosobowych znajduje się tu także "hotel kapsuł".
Jest to wydzielony zespół pomieszczeń składający się z dużego salonu, trzech pryszniców, i pokoju w którym znajduje się 20 kapsuł - czyli takich jakby półek do spania, umieszczonych w dwóch rzędach na dwóch poziomach.
Dzięki uprzejmości oficera pokładowego poszliśmy we trzech obejrzeć dokładnie to miejsce a gdy okazało się że można zamienić kajutę na taką kapsułę, z czystej ciekawości zdecydowałem się na spanie właśnie w niej.
Ciekawe rozwiązanie i spało mi się tam naprawdę dobrze. Jedyny minus to wentylacja, która mogłaby być trochę cichsza.
Nie jest to jednak na pewno opcja dla każdego. Dla mnie niewielka różnica w porównaniu z łóżkiem w kabinie ciężarówki, więc warte wybrania zamiast wieloosobowej kajuty.

We wtorek rano zjechałem z promu o godzinie 8:00 lokalnego czasu. Do firmy w której miałem rozładunek miałem od portu zaledwie 2 kilometry. Jednak rozładowany zostałem dopiero około południa, bo tyle trwało załatwienie wszystkich procedur celnych.

Po rozładunku kierunek Polska. Dawno mnie nie było w tych stronach, w związku z czym mam trzy uwagi.
1. Trasa z Kłajpedy do Kowna jest co raz gorsza pod względem ilości dziur w drodze, 2. Przekraczanie granicy omijając oba stare terminale celne to duży plus
3. Wspaniała trasa do samej Warszawy.

Jako że była to już środa a ja oprócz ładunku do Kłajpedy na naczepie miałem załadowane jeszcze dwa kolejne - do Nowej Rudy i Tarnowa, Szef mój wracający z Grecji, zaplanował że spotkamy się gdzieś "w połowie Polski" i zamienimy się naczepami. On pojedzie rozładować moją na południu a ja z jego pojadę do domu a po świętach dopiero wrócę do Norwegii.

Tego dnia dojechałem do Rawy Mazowieckiej.

Następnego dnia rano spotkaliśmy się w Porcie Radomsko i tam dokonaliśmy zmiany naczep.
Po zjedzeniu wspólnego śniadania rozstaliśmy się udając się w przeciwnych kierunkach - ja na północ a Szef na południe.

Około piętnastej byłem już w Lęborku. Miałem mały problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania ale zawsze dobrze znać dobrych ludzi i udało się na parkingu u znajomego mechanika. Dzięki Seba.

W czwartek zaliczyłem jeszcze myjnię i mogłem świętować Wielkanoc.

Szefowi udało się wszystko rozładować a dodatkowo jeszcze załadować w piątek w podtoruńskiej Złotorii.
Zdecydował wiec przyjechać do Lęborka by znów zamienić naczepy. Okazało się bowiem że lepiej będzie gdy ładunek z Grecji dotrze do Norwegii szybciej niż ten ze Złotorii. Jak wymyślił tak zrobił, już bez mojej asysty bo ja w tym roku Wielkanoc świętowałem w rodzinnym Łobzie.

Po świętach, we wtorek miałem płynąć z Gdyni do Karskrony. Co było dość oczywiste, brakło miejsc na promach... Jeszcze w święta otrzymałem informację że na wtorek jestem jedynie na liście rezerwowej. Znalazłem jednak sposób na pewniaka i udało się popłynąć tego dnia nocnym rejsem do Szwecji.

Przed tym jednak zaliczyłem jeszcze skromny (półtorej palety) doładunek w Starogardzie Gdańskim.

Całą środę jechałem i jechałem i jechałem. Dotarłem w okolice Larviku i tam zostałem na noc. Przed snem nawiedził mnie jeszcze kolega Chris któremu oddałem te pół palety załadowane w Starogardzie Gdańskim. Zabrał ją na daleką północ.

Następnego dnia wystartowałem już około 4:30 by zaliczyć trzy rozładunki. Pierwszy we Flekkefjord, drugi w Bryne a ostatni na naszym terminalu w Tananger.

Po wszystkim polecono mi jechać na drugą stronę portu i załadować 13 palet do Rumunii. Już zacierałem rączki na kolejną ciekawą trasę ale okazało się że nie jest ona dla mnie. Po załadunku polecono mi zmienić naczepę i udać się w kierunku Kristiansand. Zaplanowano mi kolejny załadunek nazajutrz w miejscowości Ana Sira.
Jako że mój szef ma pełny wgląd w zlecenia które dostaję, to od razu po wpłynięciu nowego zlecenia otrzymałem od niego telefon. Wyjaśnił mi że załadunek w Ana Sira należy do BAAARDZO specyficznych i to z kilku względów. Pomijając te dość dziwne o których pisać nie mogę, przygotować się należy na to że dojazd jest tam dość trudny - droga z Flekkefjord jest bowiem miejscami bardzo kręta, stroma i miejscami bardzo wąska. Równie wąski jest też wjazd na firmę pod rampę i należy wykonać go już od głównej drogi tyłem. Uważać należy także na okoliczne budynki. Wyjazd natomiast to zakręt o 180 stopni w prawo i pod ostrą górkę.
Dobrze że jest google maps to sobie wszystko to przeanalizowałem na "street view".
Tego dnia dotarłem do Flekkefjord i zostałem na noc na znajomej mi strefie przemysłowej.

Trochę się zdziwiłem rankiem gdy odsłoniłem zasłony - śnieg...
Tam gdzie stałem było 1 na plusie ale zaraz po wyjeździe z przemysłówki było w górę i tam już przy gruncie musiało być mniej bo śnieg leżał...
Jako że ruch był praktycznie żaden to krętą trasę pokonałem bez przeszkód. Spotkałem się na wąskim odcinku jedynie z traktorem ale akurat było tam poszerzenie w którym się schowałem.
Na firmę wjechałem praktycznie bez problemu - jedynie dwukrotnie wysiadając z auta by się upewnić że nie zabieram dachu któregoś z domków ;)
Śniegu tam nie było wcale a jedynie padał deszcz.
Stromy wyjazd i zakręt 180st. W prawo udało się pokonać dzięki podniesionej osi bez problemu.

Gdy zjechałem z powrotem na E39 do Kristiansand śnieg nawalał już przez całą drogę. Gdy dotarłem na miejsce okazało się że napadało tam około 10cm. Wszystko jednak już płynęło bo śnieg zamienił się w deszcz.
Jako że przez resztę dnia miałem trochę łażenia po placu to robocze buty przemoczyłem całkowicie. Dobrze że w "truckers lounge" mamy suszarkę do butów bo inaczej suszyłbym je chyba ze trzy dni.

Ładunek z Ana Sira przeładowałem na inną naczepę i zmieniłem na załadowaną na Niemcy.
Tego dnia nie załapałem się już na żaden prom do Danii i zostałem na noc na terminalu by móc wysuszyć dokładnie buty ;)

W sobotę rano popłynąłem do Hirtshals a po załatwieniu formalności celnych dojechałem do Flensburga bo tu mam pierwszy rozładunek w poniedziałkowy ranek.
Sobota to spokój a w niedzielę trochę pracy przy aucie i długi spacer po Flensburgu. Nigdy wcześniej nie miałem okazji pozwiedzać tego, jak się dziś okazało, urokliwego miasta.
Polecam.

Szybkie Włochy.W poniedziałkowy ranek wystartowałem z Heilgengraben tuż po szóstej rano. Tym razem wybrałem inną trasę, ...
31/03/2026

Szybkie Włochy.

W poniedziałkowy ranek wystartowałem z Heilgengraben tuż po szóstej rano. Tym razem wybrałem inną trasę, do fabryki tofu w Berlinie, niż ostatnio. Zdecydowałem się zaatakować od wschodu.
Wszystko szło bardzo dobrze aż do jednego z ostatnich większych skrzyżowań przed zjazdem na właściwą przemysłówkę - okazało się że akurat tego dnia rozbudowa skrzyżowania wymagała zamknięcia potrzebnego mi prawoskrętu...
Spowodowało to spory korek i zablokowało sprawny dojazd nie tylko mnie.
Postanowiłem więc, patrząc dość pobieżnie na mapę pojechać kawałek dalej i jakoś przebić się do owej dzielnicy. Tam jednak dobrze szło tylko do czasu. Na jednym z osiedlowych skrzyżowań napotkałem zaparkowaną zbyt blisko niego Teslę...
Nie byłem się w stanie złamać zestawu tak żeby koło niej przejechać. Trochę mnie kosztowało potu wydostanie się z tego blokowiska...

Koniec końców dojechałem, zrzuciłem, znów dostałem trochę Tofu i wyjechałem z tego Berlina bez szwanku. Wyjazd też zaplanowałem zupełnie inaczej, dzięki czemu zaoszczędziłem sporo czasu.

W drodze na południe napotkałem zamkniętą autostradę A9 koło Lipska i zmuszony byłem objechać to dość ciasnymi wioskowymi drogami.

Tego dnia zakończyłem pracę kawałek za Ingolstad, znajdując wolne miejsce na małej przemysłówce. Parkingi już były pełne.

Następnego dnia pobudka dość wcześnie, tak by dojechać do włoskiego Ospitaletto, zanim magazyn zakończy pracę. Szło mi tym razem wolniej niż ostatnio ale finalnie udało się zdążyć.

Po rozładunku polecono mi jeszcze udać się w kierunku Vicenzy. Załadunek następnego dnia w miejscowości Castelgomberto.
Udało się dojechać tam na dostępnym czasie i zaparkować tuż pod firmą.

Według informacji spedycji załadunek miał się rozpocząć dopiero około godziny 10tej w środę. Jednakże już kilka minut po siódmej rano usłyszałem pukanie w kabinę i polecenie wjazdu na załadunek. Stalowe grube pręty z oczkami.

Po załadunku i solidnym zabezpieczeniu polecono mi skierować się z powrotem na północ.
Tego dnia dotarłem dokładnie w to samo miejsce co dwa dni wcześniej i znów zanocowałem na przemysłówce.

Czwartek to tylko jazda. Dość spokojna i w zasadzie bez ekscesów.

W piątkowy ranek wpadło jeszcze jedno zlecenie doładunku. Dlatego zanim dotarłem do Danii, zboczyłem lekko z kursu do Kilonii i załadowałem tam jedną skrzynię z jakimś wentylatorem.

Około godziny 18tej dotarłem do duńskiego Hirtshals.
O 19:15 popłynąłem wieczornym rejsem do Kristiansand.

W ten weekend miałem lecieć już do domu na święta, ale okazało się że wpadł ładunek do Polski i zdecydowałem się zostać przez to dłużej żebybna święta zjechać zestawem.

Nie jest to jednak taka prosta sprawa i będzie to wymagało pewnych kombinacji. Właściwie to do Polski ładunki są dwa i to oba na południe - (Nowa Ruda i Tarnów).
Jest też trzeci ładunek - na Litwę i ma on być dostarczony jako pierwszy.

Dlatego też po zrobieniu pauzy weekendowej na bazie, zamieniłem naczepę na tę załadowaną na Litwę oraz Polskę i udałem się do szwedzkiego Karlshamn. Stamtąd zaplanowano mi rejs do Kłajpedy w poniedziałkowy wieczór i noc. Pierwsza zrzutka we wtorek w Kłajpedzie.
Byle do świąt.

WidokiObfitują mi tym razem trasy w wyjątkowe ;)Tak jak było planowane w poniedziałek wieczorem dopłynąłem do portu w Br...
23/03/2026

Widoki

Obfitują mi tym razem trasy w wyjątkowe ;)

Tak jak było planowane w poniedziałek wieczorem dopłynąłem do portu w Brevik.
Niestety tym razem nie było na promie tak fajnie jak na tym do Immingham - jedzenie było dużo słabsze a i towarzystwo mniej ciekawe.

Po zjechaniu z promu musiałem poczekać na norweskich policjantów którzy musieli skontrolować moje dokumenty przed wyjazdem z portu.
Po załatwieniu tej formalności skierowałem się na północ, ponieważ moim celem była wysepka Vigra koło Alesundu.
Tego wieczoru zdołałem jechać do około drugiej w nocy.

We wtorek od samego startu mogłem podziwiać piękno Norwegii.
Niby byłem już tu te kilka razy ale wciąż wydaje mi się to niesamowite. Efekty widzicie na zdjęciach a musicie do tego uwierzyć (Ci którzy tu nie byli), że nie oddają one tej potęgi i piękna.

Do celu dotarłem tuż po 14tej. Okazało się że zrzutka jest w dość ciekawym miejscu. Nie wiem jak to nawet odpowiednio nazwać - stacja, punkt, symulator??? Jest to w każdym razie instalacja służąca do testowania różnych urządzeń na wybudowanym tu kilku kilometrowym rurociągu...
Niesamowite ;)

Po rozładunku oczekiwałem na kolejne zlecenie ale tego dnia już nic dla mnie nie było.

W środę rano około 9:00, polecono mi jechać do portu w miejscowości Kristiansund.

Po około dwóch godzinach byłem na miejscu. Załadowałem tam 26 sztuk rur.

Po konkretnym zabezpieczeniu udałem się na południe. Trasa wiodła przez Alesund i Forde do Bergen a dalej do Stavanger.
Tego dnia dotarłem jednak jedynie do Laviku. Tam zostałem na noc tuż przy przeprawie przez fiord.

W czwartek około 14:30 dotarłem do Tananger i udało mi się jeszcze rozładować. Udało bo w zasadzie firma już kończyła pracę a spodziewali się mnie w piątek.

Po zrzutce udałem się do oddziału naszej spedycji w Tananager gdzie zmieniłem naczepę, z którą udałem się do naszego macierzystego oddziału w Kristiansand.
Na miejsce dotarłem okolo 19tej.
Przed snem udało mi się jeszcze, wreszcie, po 3 miesiącach umyć auto. Nie była to idealna robota ale naprawdę poczułem się lepiej.

W piątek rano polecono mi udać się na załadunek do położonej niedaleko Kristiansand miejscowości celem załadowanie się do Włoch.

Po załadunku doładowałem jeszcze kolejne osiem palet na terminalu. Te z kolei do Berlina.

Wieczorem popłynąłem do Hirtshals i tam zostałem na noc, ponieważ moje dokumenty, potrzebne do odprawy celnej w Danii, nie dotarły na czas.

W sobotę ruszyłem tuż przed szóstą rano by około 16tej zakończyć ten tydzień pracy na cichym i spokojnym parkingu koło Prignitz.
Trzeba odpocząć a w poniedziałek znów na południe Europy.

Szkocka raz.Start kolejnej "zmiany" to poniedziałkowe popołudnie bo auto i zastępujący mnie, przez ostatnie dwa tygodnie...
15/03/2026

Szkocka raz.

Start kolejnej "zmiany" to poniedziałkowe popołudnie bo auto i zastępujący mnie, przez ostatnie dwa tygodnie kierowca, zjechali z promu do Kristiansand dopiero po 14tej.

Na terminalu spokojnie się umościłem w aucie, po czym szef doładował mi dwie palety.

Pierwszy rozładunek zaledwie 90 kilometrów od bazy, w miejscowości Flekkefjord. Następnego dnia rano.

We wtorek pierwsza zrzutka tuż po siódmej rano. W tym samym miejscu także doładunek dwóch palet.

Druga zrzutka, pechowa w Egersund - podczas podnoszenia ładunku operator sztaplarki popełnił błąd i go upuścił...
Dwie palety załadowane w Flekkefjord pogniecione.
S**t happens...
Opis w CMR i moja rola się tu kończy.

Ostatni rozładunek to Tananger.
Tam też zmiana naczepy na wypożyczoną i załadunek w Stavanger.
Całe auto elementów dla branży off shore. Cel - Szkocja. Dawno mnie tam nie było, oj dawno.

Trasę zaplanowano mi etapami.
Pierwszy z nich to prom ze Stavanger do Hirtshals, w nocy z wtorku na środę.
Przed promem wizyta w oddziale Penatagona w Tananger celem odebrania dokumentów celnych. Później zjazd do portu, wizyta w urzędzie celnym i nocny rejs.

Drugi etap to trasa z Hirtshals do portu Esbjerg w Danii, skąd wieczorem trzeci etap czyli rejs do angielskiego Immingham.
Na miejscu stawiłem się około 14tej.
Okazało się że to za wcześnie. Prom odpływa dopiero o 20:30 a na pokład będzie można wjechać dopiero po 18:00.

Ustawiłem się więc z boczku i leżana.
Przed wszystkim należało jeszcze zgłosić się do urzędu celnego celem uzyskania pieczątki z numerem rezerwacji.

O 18:00 pojawiła się policja która konieczna jest tu do asysty przy wjeździe do załadunkowej części portu.

Prom do Immingham płynie prawie 19 godzin. Jest to statek typu RO-RO, więc oprócz setek naczep płynęła nas jedynie czwórka kierowców pełnymi zestawami - dwie chłodnie, telemega i ja z plandeką. Multikulti ekipa bo Holender z niemieckiej firmy, Irandczyk z angielskiej, P***k z duńskiej i ja z norweskiej ;)
P***k to Pan Stanisław - przesympatyczny człowiek z Kamienia Pomorskiego. Bardzo doświadczony kierowca na Skandynawii, tuż przed emeryturą. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało, więc był to świetny bonus do długiego rejsu.
Muszę też bardzo pochwalić rejs promem DFDS - płynąłem kiedyś z Goteborga do Immingham i nie wspominam tego rejsu zbyt dobrze. Jedzenie było okropne a rejs długi i nudny.
Tym razem jednak byłem pod sporym wrażeniem od samego początku.
Pierwszy kontakt z obsługą i niespodzianka bo zaokrętowała nas bardzo miła Polka.
Ma promie czysto i schludnie. Kajuty bez zarzutu.
Jedzenie naprawdę smaczne i bez najmniejszego problemu przygotowano specjalnie dla mnie opcje bezmięsne. Napoje, przekąski, wszystko ekstraklasa. Tak można pływać.

Żałuję że się nie pożegnaliśmy z Panem Stanisławem jak należy a o przyczynach niżej.

Po przybiciu do portu w Immingham ja i holenderski kolega z platformą zaproszeni zostaliśmy do bardzo drobiazgowej kontroli celnej - skaner rtg, szczegółowa kontrola naczepy, kabiny, dokumentów i kilkadziesiąt pytań o różne rzeczy np. Dlaczego auto jest norweskie, naczepa duńska a kierowca z Polski ;)
Taki folklor ;)
Nie ukrywam że zmęczyła mnie ta kontrola trochę.

Po kontroli udałem się do biura angielskiego Pentagona celem tzw. zamknięcia T1.
Trwało to ponad godzinę.
Plan miałem taki by tego dnia jechać jedynie do zmroku żeby móc podziwiać widoki. Z racji zmarnowanego czasu przez kontrolę i procedury zmuszony byłem pojechać dłużej. Całe szczęście początkowe widoki to nic specjalnego.

Natomiast następny dzień to plejada fantastycznych krajobrazów.

Jednak na początku lekkie zdziwienie. Wyjeżdżając z parkingu zauważyłem na pierwszym rondzie leżącą kupkę śniegu - w pierwszej chwili pomyślałem że jak to możliwe że ktoś na rondzie zwalił szron ze środka naczepy chłodniczej.
Gdy wyjechałem na autostradę okazało się że wszystkie jadące z przeciwka auta są całe w śniegu i ten na rondzie pewnie spadł ze zjeżdżającego z tamtego kierunku.
W tym miejscu temperatura była 4 na plusie ale po kilkunastu kilometrach widać było że przeszła konkretna śnieżyca.
Po kolejnych kilkudziesięciu nie było po niej śladu.
Później dojechałem jednak w takie rejony gdzie śnieg znów kształtował krajobraz na sporej połącz terenu.
Widoki wspaniałe.

Celem mojej "podróży" był malutki port w szkockiej miejscowości Nigg, taki na końcu świata niemalże ;)

Jako że był to piątek 13go to miałem szczęście ;)
Zajechałem tam tuż po 14tej a okazało się że w piątki rozładunki są jedynie do 12:00 (w dokumentach rozładunek był wpisany na sobotę 14go).
Trafiłem jednak na dobrych ludzi. W ogóle moje kontakty ze Szkotami, choć nie częste, to same pozytywne razy. Nie inaczej było tym razem.
Najpierw na bramie ochroniarz pochwalił koszulkę mojego ulubionego zespołu ktorą miałem na sobie a później kierownik magazynu, po zwróceniu uwagi na spóźnienie, oznajmił że ma dziś dobry humor i mnie rozładuje, mimo że powinien już iść do domu.
Przy rozładunku cały czas coś komentował z typowym humorem.

Po niespodziewanej zrzutce okazało się że skoro jestem wolny to jest dla mnie robota ;)
Kierunek Aberdeen celem podjęcia naczepy załadowanej do Norwegii.
Piątek popołudniu, więc lokalny ruch całkiem spory a do pokonania około 250 kilometrów.

W Aberdeen naczepa czekała na mnie na ulicy, bo dotarłem na miejsce zmiany już po godzinach pracy tamtejszego biura Pentagona.

Hop-siup zmiana du. i jedziemy z powrotem do Immingham.
Czasu jednak starczyło jedynie tyle by odjechać od Aberdeen na około 80 kilometrów.

W sobotę ruszyłem do Immingham tuż po piątej.
Jako że nie mam po Szkocji zbyt dużego doświadczenia to po dojeździe do Edynburga pojechałem, za sugestią nawigacji, drogą A68 w kierunku Newcastle.
Nie da się zaprzeczyć że trasa malownicza i dość ciekawa ale na pewno nie szybka i nie oszczędna ;)
Najgorsze jednak że nie przewidziałem że może być na niej spory problem ze znalezieniem stacji paliw honorującej posiadane przeze mnie karty paliwowe...
Ostatnie kilometry, przed znalezieniem właściwej stacji a szczególnie strome podjazdy pokonywałem z duszą na ramieniu ;)

Do Immingham dotarłem około 14tej. Prom miałem mieć dopiero o 5tej rano w niedzielę.
Na skutek pewnego nieporozumienia musiałem poczekać poza portem do wieczora.
Jednak około 21szej otrzymałem informację że prom będzie miał opóźnienie i wypłynie dopiero o godzinie 16:00...
Mogłem więc iść spać bo wjechać do portu polecono mi nie wcześniej jak o 6tej rano.

W chwili obecnej jestem już na pokładzie statku, bo poprosiłem o wcześniejszy wjazd ze względu na kończący się tygodniowy czas pracy.
Statek zabierze mnie do norweskiego portu w Brevik.

Jak to dobrze że lubię i transport drogowy i morski ;)

Adres

Łobez
Łobez

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Filippo1618 umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij