Filippo1618

Filippo1618 Dziennik pracy kierowcy. Norwegia - EU.

Jako że zaległości były spore to do posta nazbierało się naprawdę dużo zdjęć a że wrzucić można jednorazowo tylko 80 to ...
13/09/2026

Jako że zaległości były spore to do posta nazbierało się naprawdę dużo zdjęć a że wrzucić można jednorazowo tylko 80 to oto druga paczka.
Miłego oglądania.

Znowu mam zaległości więc czas je nadrobić.Kto przeczyta i dotrwa do końca może sobie dać nagrodę ;)Urlop miałem zaplano...
12/09/2026

Znowu mam zaległości więc czas je nadrobić.
Kto przeczyta i dotrwa do końca może sobie dać nagrodę ;)

Urlop miałem zaplanowany wstępnie na trzy tygodnie, z opcją przedłużenia o jeszcze dodatkowy tydzień.

Trzeci tydzień mojego odpoczynku był w Norwegii na tyle spokojny że szef postanowił mi go przedłużyć.
Zamówiłem więc ogórki do kiszenia, przejrzałem pogodę pod kontem wypadu na windsurfing i robiłem spokojnie swoje.

W piątkowy ranek otrzymałem telefon - w sobotę musisz być w Norwegii bo jest ekspresowy wyjazd w podwójnej obsadzie na Sycylię...
Bywa i tak.

Od razu w internet w poszukiwaniu lotów do Norwegii. Całkowity brak miejsc albo dziwaczne przesiadki (Gdańsk-Amsterdam-Kopenhaga-Oslo-Kristiansand) albo za astronomiczne sumy. Najbliższe normalne połączenie to środa...

Burza mózgów z szefem i zdecydowaliśmy finalnie że wystarczy mi dostać się jakoś do duńskiego Hirtshals.
Transport kombinowany ale się udało.
Pierwszy etap, w sobotę to "blablaCar" do Hamburga, z bardzo sympatyczną emerytką a potem, też jako pasażer, ciężarówką do Danii ;)

Auto objąłem w niedzielę w Hirtshals. Rano przypłynęła moja naczepa a w niedzielny wieczór dołączył do mnie norweski kolega na podwójną - Tobias.
Od razu musieliśmy startować bo przed nami 3300 kilometrów i zrzutka za trzy dni...

Toby, na moje szczęście, okazał się dobrym kierowcą i sympatycznym kompanem na tę wyjątkową podwójną obsadę.

Trasa nasza to w zasadzie ciągły ogień, tak jeśli chodzi o jazdę jak i o pogodę która nas spotkała we Włoszech - temperatury codziennie w okolicy 40 stopni.

Pierwszy etap wyprawy zakończyliśmy w Vipiteno. Poniedziałkowy ruch dał się we znaki ale nie było tragedii.
Drugi etap zakończyliśmy już na Sycylii w miejscowości położonej nad samym Morzem Tyrreńskim.
Tak w ogóle to na Sycylii byłem po raz pierwszy w życiu :)

Trzeci, najkrótszy etap, to nasz cel czyli miejscowość Trapani, położona na samym czubku "włoskiego buta".
Dotarliśmy tam w środę rano.
Po odprawie celnej około południa, rozładowaliśmy się w tamtejszym porcie i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Sycylia zaskoczyła ciekawą przyrodą (kaktusy rosnące na poboczach, cytryny na drzewach, palmy), fajnymi widokami, niestety pożarami i brudem, bardzo specyficznymi kierowcami (szczególnie w Palermo) i ciężkim do zniesienia upałem- takim jakimś dusznym i lepkim...

Pierwszy ładunek powrotny załatwiono nam w miejscowości Palo Del Cole, koło Bari.
Dotarliśmy tam w czwartek około południa.
Po załadowaniu kilkunastu palet makaronu, udaliśmy się w kierunku Mediolanu gdyż tam mieliśmy wstępnie zaplanowany kolejny załadunek.

Tego dnia zakończyliśmy jazdę około 23ciej, znajdując ostatnie wolne miejsce na niedużym parkingu koło Cremony.

Następnego dnia dopiero około 11tej przyszło potwierdzenie załadunku. Byliśmy niedaleko i dzięki temu udało nam się zdążyć, dosłownie na na ostatnią chwilę, przed dwugodzinną przerwą obiadową...
Po załadunku ogień na tłoki i kierunek - północ.

Udało nam się wyjechać z Włoch, nie całkiem bez korków, ale dość sprawnie. Jazdę zakończyliśmy gdzieś między Berlinem a Hamburgiem około piątej rano w sobotę.
Wieczorem tego samego dnia ruszyliśmy jeszcze, na te kilka godzin które zostały nam do wykorzystania przed weekendową pauzą. Udało nam się dojechać do duńskiego Padborga.

W poniedziałkowy ranek ruszyliśmy w kierunku Hirtshals na prom do Kristiansand.
Tego dnia nie wydarzyło się już nic godnego odnotowania.
Toby był szczęśliwy z powrotu do domu ;)

We wtorek, już samemu, rozładowałem to co przywieźliśmy z Włoch i zająłem się zadaniami lokalnymi.
Najpierw zmieniłem naczepę i załadowałem ją w dwóch miejscach, po czym odprowadziłem ją do portu i nadałem na prom.
Wróciłem po swoją dotychczasową naczepę i także ją załadowałem.
Po załadunku okazało się że mam z nią płynąć do Danii a rezerwację mam zrobioną na "zaraz"...
W mieście właśnie zaczął się popołudniowy szczyt komunikacyjny...
W porcie wiedzieli że jadę, bo spedytor zadzwonił żeby poczekali tyle ile mogą.
Do portu wpadłem w naprawdę ostatniej chwili - nie musiałem nawet czekać na bilet bo wpuścili mnie za bramę bez skanowania a ów czekał już na mnie. Wjechałem na prom i tuż za mną zamknęły się śluzy...
Takiej akcji jeszcze nie miałem ;)

Tego wieczoru wystarczyło mi jeszcze czasu na dojechanie w okolice Tilst w głąb Danii.

Moim celem była niemiecka miejscowość Haren, położona tuż przy granicy z Holandią.
Dotarłem tam we wtorkowy wieczór o 19tej - byłbym zdecydowanie wcześniej ale zamknięta autostrada w okolicy Bremen sparaliżowała ruch w tamtym rejonie dość skutecznie.

W środę rano szybki i sprawny rozładunek.
Kolejny załadunek to holenderskie Almelo i 24tony zbrojeń do betonu.
Ładunek do Norwegii więc jazda z powrotem i weekend na bazie.

Tym razem podczas weekendu towarzyszył mi kolega z firmy - Adrian.
Spędziliśmy go dość aktywnie najpierw ogarniając swoje auta a potem zwiedzając trochę okolice Kristiansand.

W poniedziałkowy ranek wystartować musiałem już o piątej rano bo zrzutka zaplanowana w Sandnes na 9tą.

Po rozładunku znów załadunki "na lokalu" ale tym razem w Stavanger - zmiany naczep i ich załadunki a wieczorem prom do Hirtshals bezpośrednio stamtąd.

We wtorek od rana dostawałem telefony z informacjami o mających nastąpić zmianach. Stawałem, czekałem ale koniec końców nic się nie zmieniło i pojechałem zgodnie z pierwotnym planem do Holandii.

Jako że rozładunek towaru który miałem na naczepie przesunięto ze środy na piątek, to odstawiłem ją na terminal naszej spedycji w Rotterdamie i pojechałem z kolejną, tym razem platformą, do belgijskiej miejscowości Pelt.
Miałem tam załadować następnego dnia - takie płoty stawiane zwykle wkoło budów.

W czwartek rano okazało się jednak że ten załadunek również przesunięto na piątek - dobrze, że w poprzedni weekend kupiłem sobie znów rower, to sobie trochę pozwiedzałem okolicę.

W piątkowy ranek, po szybkim i sprawnym załadunku, udałem się do belgijskiego portu w Gent i nadałem tam naczepę na statek do Norwegii.
Następnie polecono mi udać się z powrotem do Rotterdamu żeby pobrać kolejną naczepę.
Gdy tam dotarłem najpierw podczepiłem kolejną platformę, stojacą na ulicy a potem zmieniono plan i polecono mi odstawić ją z ulicy na terminal, po czym podczepić "firanę". Dalszy plan to udać się do niemieckiego Viersen i poczekać na załadunek do poniedziałku.

Weekend spędziłem na niemieckiej wsi w okolicy Viersen i też zwiedzałem, mimo strasznie niewygodnego siodełka w "nowym" rowerze ;)

W poniedziałkowy ranek załadowałem się najpierw w Viersen a potem udałem się w drugie miejsce - Sundern, by tam doładować się na styk (aż ciężko było drzwi zamknąć ;) profilami do montażu fotowoltaiki.
Po załadunku ogień na tłoki i kierunek północ. Udało się dojechać do Danii ale niezbyt daleko od granicy.

We wtorek start z samego rana na prom do Norwegii.
Po dotarciu do Norwegii udałem się pod adres rozładunku i, o dziwo, udało mi się jeszcze rozładować, mimo że dotarłem już po godzinach pracy magazynu.
Około 19tej byłem po robocie i ku mojemu kolejnemu zdziwieniu otrzymałem od jednego ze spedytorów telefon z informacją, że mam się nie ruszać jutro po pauzie, do momentu aż zostanę poinformowany o czekającym mnie zadaniu specjalnym...
Tak też, oczywiście, zrobiłem.

Tuż po 9:00 dnia następnego wtajemniczono mnie w następujacy plan - podczepić naczepę chłodnię i udać się z nią do dwóch portów rybackich w miejscowościach Langesund i Sandedjord. Załadować tam, póki co, nieokreśloną liczbę palet ze świeżymi krewetkami i dostarczyć je, jeszcze tego samego dnia, na giełdę rybną do szwedzkiego Goteborga
Ciekawe to było doświadczenie ;)

Udało się bez lipy, choć były lekkie komplikacje - dobrze że ludzie obsługujący takie "strzały" odbierają telefony o każdej porze...
Po zrzutce zająłem dosłownie ostatnie miejsce parkingowe w okolicy i pojechałem ją pozwiedzać na rowerze.

Następnego dnia tuż po 8:00 polecono mi udać się do miejscowości Mariestad celem załadowania dwóch palet jakichś bliżej nieznanych mi blach.

Następnie skierowałem się w kierunku Norwegii, gdyż następny załadunek zaplanowano w Fredrikstad.
Na granicy odprawa tych dwóch palet. Szybka bo kolejki nie było wcale.

Wydawało mi się że już nie uda się załadować tego dnia bo dotarłem do Fredrikstad około 17tej. Udało się.

Tego dnia pracę zakończyłem w okolicy Tvedestrand.

W ostatnim dniu przed zjazdem do domu rozładowałam jedynie oba ładunki oraz zrobiłem przerzut z jednej z firm w Kristiansand na nasz terminal.
Około 16:30 byłem już wolny i mogłem się szykować na zjazd do Polski.

Zawodowo byłem w tych okolicach wielokrotnie ale dopiero na urlopie udało się zwiedzić to wyjątkowe miejsce.Krótka relac...
20/08/2026

Zawodowo byłem w tych okolicach wielokrotnie ale dopiero na urlopie udało się zwiedzić to wyjątkowe miejsce.
Krótka relacja.

Museo Nicolis.
Villafranca di Verona

W zasadzie jest to prywatna kolekcja więc trzeba obiektywnie przyznać że wrażenie robi imponujące bo znajdziemy tam naprawdę wszystko co można wrzucić do worka z napisem "motoryzacja".
Oczywiście najważniejsze są auta, oczywiście głównie włoskie, chociaż moje ukochane Mercedesy też są. Zaledwie dwa ale naprawdę wyjątkowe.
Nie mam do końca pewności czy część aut nie jest jedynie udostępniona muzeum przez ich prywatnych właścicieli, ale faktem jest że ilość zaskakuje.

Stan zachowania wszystkich zgromadzonych tu egzemplarzy jest naprawdę wspaniały. Nie jest to moje pierwsze muzeum motoryzacji więc naprawdę wiem co mówię.
Najbardziej zaskakuje chyba brak charakterystycznego zapachu który towarzyszy starym autom - tej mieszkanki gumy, smarów, paliwa i starocia ;)

Oprócz aut znajdziemy tu na przykład kolekcję kierownic z aut całej plejady kierowców Formuły I i nie tylko - Ayrton Senna, Michael Schumacher, Niki Lauda, Nigel Mansel, Mikka Hakkinen i wielu innych.
Spore wrażenie robi ogromna kolekcja rowerów, motorowerów, skuterów, motocykli, odznak i emblematów, strojów czy kombinezonów kierowców i pilotów. Znajdziemy też ogrom wszelkiej maści części samochodowych z różnych epok (liczniki, gałki, zegary, lampki, etc).
Są też książki, foldery, prospekty, instrukcje, manuale, modele, resoraki, modeliki i wiele wiele innych.
Miały być też samoloty ale chyba z tego wrażenia przeoczyliśmy gdzieś wyjście na dach, bo tam właśnie miały być. Jest więc powód by przyjechać tu raz jeszcze ;)

Polecam serdecznie każdemu "petrolhead'owi".
Warto!

Przed urlopem.Tym razem wolne się lekko przedłużyło. O jakieś 3 dni. Stało się tak za sprawą specjalnego zlecenia któreg...
15/08/2026

Przed urlopem.

Tym razem wolne się lekko przedłużyło. O jakieś 3 dni. Stało się tak za sprawą specjalnego zlecenia którego podjął się mój szef.
Pojechał 780'tką z naszą naczepą na Ukrainę z pomocą humanitarną. Trasa ta przedłużyła się trochę ze względu na jakieś rozszerzone kontrole i trasę omijającą Polskę (przez nieszczęsny SENT).

Dlatego też ja w trasę wyjeżdżałem w środę. Pociągiem. Do Krakowa.
Po przybyciu do miasta Kraka Uber z Panią Kasią Basią do Kryspinowa, bo tam było auto i już tylko ogarnięcie go i dobranoc.

Następnego dnia polecono mi jechać w kierunku Berlina. Jeszcze bez konkretnego planu.
Dojechałem i czekałem. Do następnego dnia.

Adres załadunku przyszedł dopiero w piątek rano. Stalownia w Heningsdorf.
Byłem już w wielu tego typu miejscach i wiedziałem że można się spodziewać wszystkiego.
Czy było "wszystko" ?
Sami oceńcie.
Zaczęło się od tego że przy wjeździe zarejestrować trzeba się przez komputer w baraku przy parkingu. W przypadku jakiegokolwiek problemu nie ma tam absolutnie żadnej możliwości porozmawiania z kimkolwiek, bo nie ma tam żadnej żywej istoty ani nawet telefonu, interkomu lub innej formy kontaktu.
Nic.
Dlatego gdy komputer pokazał że mój numer referencyjny załadunku jest nieodpowiedni jedyne co mogłem zrobić to poinformować o tym spedytorkę. Ta kontaktowała się z zamawiającym towar a ten z firmą sprzedającą a ten ze stalownią. Wyjaśnianie trwało około 3 godzin...
Koniec końców okazało się że należało zarejestrować w komputerze jedynie numery rejestracyjne auta i naczepy, BEZ wpisywania numeru referencyjnego. Jakież to proste (jak się to wie!)
Po wjechaniu na teren firmy ważenie i jazda na załadunek. Podczas przygotowania do załadunku okazało się że aby móc się to zrobić należy mieć 40 METRÓW mat antypoślizgowych...
Tak, 40 METRÓW.
Miałem 6...
Bez nich załadunek niemożliwy.
Poinformowano mnie że niedaleko "stalówki", jest taka "zaprzyjaźniona" spedycja w której mogę zakupić komplet wymaganych mat.
Udałem się tam czym prędzej.
Oferta okazała się "bardzo atrakcyjna" - 220 euro w gotówce...
Do szefa zero kontaktu - płynął akurat promem i nie miał zasięgu.
Spedytorka kazała sobie radzić i przestała odbierać połączenia i odpisywać na maile.
Nie miałem najmniejszej ochoty żeby wydać prawie 1000zł na coś takiego.
Zostałem z tym całkiem sam...
Płakać nie zamierzałem.
Znalazłem w pobliżu sklep budowlany i zakupiłem tam maty za 40 euro...
Wprawdzie musiałem je pociąć samodzielnie na pasy, bo były w kwadratowych płatach.
Wszystko to trwało kolejne 2 godziny.
Wróciłem na firmę na załadunek. Ciężko bo sporo roboty i gorąco.
Kolejne dwie godziny.
Byłem tym wszystkim wykończony fizycznie i psychicznie a tu jeszcze trzeba jechać. Jazda mnie już jednak wyluzowała, bo nie było już ani ciśnienia ani pośpiechu.
Tego dnia dojechałem jeszcze gdzieś do Danii. Prom miałem zarezerwowany następnego dnia z Hirtshals.

Start w sobotę z rana, by zdążyć na prom w południe.
Tym razem okazało się że płynę szybkim katamaranem. Turystów zatrzęsienie więc i ustawianie na promie dziwaczne - patrz zdjęcia.

Po zjechaniu z promu kierunek baza i weekend.

Ostatni tydzień przed urlopem zacząłem od rozładunku stali w Kristiansand. Sympatyczna ekipa szybko się uwinęła z tymi nieszczęsnymi prętami na 40metrach mat ;)

Następnie udałem się na załadunek włókna szklanego. Po nim do portu i z powrotem do Danii.
Jeszcze w Norwegii otrzymałem instrukcje o zadaniu dodatkowym.
Po przeprawie do Danii, odprawiłem dokumenty naczepy z którą przypłynąłem. Następnie zostawiłem ją na terminalu celnym i pojechałem do portu podjąć inną. Był na niej załadowany traktor który należało rozładować 30 kilometrów od Hirtshals, w miejscowości Bindslev.
Jako że czasu pracy jeszcze trochę miałem to pojechałem tam od razu.
Na miejscu nie zastałem jednak nikogo. Znalazłem w internecie numer telefonu do odbiorcy z CMR i do niego zadzwoniłem. Spodziewałem się że może nie będzie miał już ochoty na pracę po godzinach. Okazało się jednak że jest z tego powodu wręcz bardzo zadowolony.
Przyjechał z ekipą już po około 15 minutach. Miał jednak jeszcze jedną misję do wypełniania i ostatecznie rozładował mnie gdy mojego czasu pracy już zaczynało brakować. Koniec konców się udało i wszyscy byli szczęśliwi.
Noc spędziłem na terminalu mając przy sobie obie naczepy. ;)

Następnego dnia udałem się do miejscowości Thisted gdzie załadowałem betonowe elementy. Następnie udałem się z nimi z powrotem do Hirtshals i nadałem naczepę na prom do Norwegii.
Tę załadowaną włóknem szklanym podjąłem ponownie i ruszyłem do Niemiec.
Tego dnia zakończyłem pracę w Padborgu.

W środę jechałem sobie dość spokojnie dalej na południe. Już około 13:00 dotarłem do miejsca rozładunku czyli miejscowości Saerbeck. Niestety na miejscu dość niemiły pan poinformował mnie że awizacja jest na dzień następny i mam się oddalić.
Firma spora ale nikt nie pomyślał żeby zrobić jakiś parking dla ciężarówek, co więcej tam gdzie jakieś miejsce było to nastawiali znaków zakazu. Nie lubimy firm które nie lubią kierowców!!!
Znalazłem miejsce w bocznej uliczce i tam przycupnąłem do następnego dnia.
Po robocie zaliczyłem sobie spacer do miasteczka po drobne zakupy.

Następnego dnia z samego rana rozładunek a potem jazda na dwa załadunki.
Pierwszy w miejscowości Quackenbruck i dwa cymbały które nie potrafiły załadować poprawnie 5 palet towaru.
Drugi to bardzo stara i urokliwa fabryka nakrętek w miejscowości Detmold.

Po załadunkach ogień na tłoki na północ.
Jako że na naczepie zostało jeszcze trochę miejsca to znaleziono na nią jeszcze jeden ładunek - ziemniaków, do fabryki chipsów znajdującej się tuż obok terminala naszej spedycji.
Nie ja jednak miałem je ładować bo przewidziano to dopiero na niedzielę.
Udałem się więc do duńskiego Kolding i tam zamieniłem znów naczepy. Tym razem na załadowaną jakimiś rurami.

Tego dnia dojechałem jeszcze do Hirsthals, przeprawiłem się do Kristiansand i pod odstawieniu naczepy na terminal spedycji zjechałem na bazę i formalnie zacząłem urlop. Trzy tygodnie.

Nie piszę do zobaczenia za 3 tygodnie, bo w tej chwili jestem już po urlopie i następną relację wrzucę trochę szybciej.
Stay Tuned ;)

Wybaczcie kolejną dłuższą przerwę ale brakowało mocy twórczych i ciągle było sporo ciekawszych rzeczy do roboty.Wracamy ...
10/08/2026

Wybaczcie kolejną dłuższą przerwę ale brakowało mocy twórczych i ciągle było sporo ciekawszych rzeczy do roboty.

Wracamy więc do wydarzeń z końcówki czerwca.

Po rozładunku w Kopytkowie (czyli tam gdzie odwiedził mnie Konik - właściwie Osnago) udałem się do miejscowości Visano i tam rozpocząłem zbieranie załadunków powrotnych.
Najpierw załadowałem dwa nieduże ale dość ciężkie elementy ze stali - 3,5t każdy.
Na załadunku spotkałem włoskie FH16 750 które przywozi tu stal do przetopienia.

Kolejny załadunek to miejscowość Castelgomberto. Niestety awizowany dopiero na popołudnie dnia następnego. Nie było więc absolutnie żadnego sensu gdziekolwiek się spieszyć. Dlatego spokojna ekojazda do celu.

Następnego dnia rano, tuż po śniadaniu, udałem się do biura celem upewnienia się o której dokładnie nastąpi załadunek.
Okazało się że wszystko jest gotowe i można podjeżdżać. Ładunek kilkunastu palet ze stalowym prętami z oczkiem. Załadowane, zabezpieczone więc można jechać.

Ostatnie miejsce załadunku to ta sama firma co tydzień wcześniej czyli stalowe liny. Termin załadunku także identyczny więc 24 godziny przerwy przede mną. Gorąco wciąż, ale należy chyba przywyknąć bo to w końcu włoskie lato.

Po załadunku w środowe popołudnie ogień na tłoki przez Villach do Niemiec i dalej na północ. Tym razem też ekspres ale nie zaplanowano przepinek.
Trasa spokojna bo ta opcja wyjazdu z Włoch z reguły jest spokojniejsza niż Brennero.
Jazdę zakończyłem na autohofie Munchberg.

Następnego dnia rano zostałem najpierw lekko rozczarowany a potem konkretnie wnerwiony.
Jeśli nie muszę to parkuję tam gdzie robi się to za darmo, gdy nie ma innej opcji to wiadomo że wybieram autohofy ale w pierwszej kolejności takie na których można płacić kartą paliwową a na końcu wszystkie inne.
Na wspomnianym autohofie znajduje się stacja koncernu który akceptuje naszą kartę i przy wjeździe, tam gdzie pobiera się bilet, stoi tablica z wyszczególnionymi formami płatności i informacją że obsługa stacji może pomóc w przypadku wystąpienia jakiś problemów.
Przy automatycznej kasie okazało się że nie akceptuje ona mojej karty. Poszedłem więc do kasy stacji paliwowej. Okazało się że tam płacić za parking nie wolno. Dziwne skoro za paliwo można a na wjeździe stoi tablica informująca to samo. Nie można, bez sensu, ale trudno. Jednakże sposób w jaki zostałem o tym poinformowany urągał wszelkim zasadom.
Dyskusja ze starszą panią kasjerką skończyła się zwykłą awanturą i dawno nie spotkałem się z takim chamskim zachowaniem w Niemczech...
Zapłaciłem gotówką a śniadanie w cenie okazało się kijowe. To już nie dziwne.

Dalsza część dnia spokojna i bez chamstwa.
Jazdę zakończyłem już na terenie Danii.

W piątkowy ranek dotarłem do Hirtshals skąd przedostałem się do Norwegii. Turystów już zatrzęsienie więc co raz większe problemy z rezerwacjami ;)

Po zjechaniu z promu ogień na tłoki bo klient czeka na ładunek.
Na miejscu zameldowałem się o 16:30. Firma zamknięta a w koło żywej duszy. Zameldowałem do spedytora, ten próbował się skontaktować z odbiorcą ale bezskutecznie. Polecono mi więc wracać do Kristiansand i rozładować dwa pierwsze załadunki na terminalu naszej spedycji.
Tak też zrobiłem.
Po wszystkim zjazd na bazę i porządki bo następnego dnia zjazd do domu.
Okazało się jednak że przed wyjazdem muszę jednak pojechać raz jeszcze do klienta by w sobotni ranek rozładować te stalowe liny.
Pobudka o 6:00 a o 9:30 byłem już z powrotem.
Dalej kierunek Stavanger a potem Gdańsk i dom.

Ciąg dalszy wkrótce.
Musze zejść z zaległościami do zera ;)

Oprócz bycia kierowcą jestem też miłośnikiem muzyki, głównie tych cięższych odmian, co można doświadczyć na moim Instagr...
25/07/2026

Oprócz bycia kierowcą jestem też miłośnikiem muzyki, głównie tych cięższych odmian, co można doświadczyć na moim Instagramie.
Dziś moje środowisko dostało bardzo smutnego newsa.

Lou Koller
Sick of It All

W wieku 59 lat zmarł na raka wokalista jednego z moich ulubionych zespołów - Sick Of It All.

Śmiało można powiedzieć że jest legendą nowojorskiego hard core'a. Mimo komercyjnego sukcesu w latach 90tych albumu "Scratch The Surface", Sick Of It All nigdy nie zapomnieli o korzeniach i pozostali wierni zasadom.
Teksty zawsze poruszały drażliwe i ważne tematy.

Widziałem ich na żywo 5 razy i za każdym razem było to niesamowicie energetyczne show.
Cieszę się bardzo że miałem okazję widzieć ostatni polski koncert w Chojnicach w 2023 roku.

Naprawdę jest mi smutno.

Lou Koller RIP
1967 - 2026

Jest sprawa.Większość chyba wie czym jest Złombol - kto nie wie to wyjaśniam krótko - charytatywny, dość długi rajd auta...
17/06/2026

Jest sprawa.

Większość chyba wie czym jest Złombol - kto nie wie to wyjaśniam krótko - charytatywny, dość długi rajd autami które teoretycznie już na żadne rajdy się nie nadają. Taka trochę moto ruletka.
Jest zbiórka ALE zebrana kasa idzie wyłącznie na domy dziecka.
Załogi zbierają je na swoje skarbonki jako wpisowe. Sam zaś rajd jadą za pieniądze sponsorów i własne.

Tegoroczna 20ta edycja to trzeci start załogi ZGONPOL która jedzie karawanem legendarnej marki FSO Polonez.
Jednym z jej członków jest mój serdecznych kolega po fachu Łukasz Jeszke który to jest człowiekiem o bardzo wysokiej moralności i kulturze, jego serce i chęć pomocy jest tak wielkie jak norweskie góry u podnóża których od lat mieszka i również tam współorganizuje akcje charytatywne w fundacji LoveDanceHelp.
A jak sylwestra zorganizuje na szwedzkim parkingu to troll nie siada ;)

Dorzućcie parę złotych na dzieciaki, niech zgonpole jadą do Maroka.

https://www.siepomaga.pl/zgonpol?fbclid=Iwb21leASfUlhjbGNrBJ9SN2V4dG4DYWVtAjExAHNydGMGYXBwX2lkDDM1MDY4NTUzMTcyOAABHnLdZcn5HFVxkNQULfe4TB0rd0hlVTl9xejCS4S76yShqkT8QKKupoOrvlU5_aem_jMbpD92hggxSErWZeniTqQ

Jutro.Jutro okazało się dość zaskakujące. Odprawa celna zakończyła sie dopiero około południa. Nie spieszyło im się ani ...
15/06/2026

Jutro.

Jutro okazało się dość zaskakujące.
Odprawa celna zakończyła sie dopiero około południa. Nie spieszyło im się ani trochę.
W Aricestii Rahtivani zrzuciłem się więc dopiero około 14tej.

Po zrzutce polecono mi jechać w kierunku Niemiec.
Po około 60 kilometrach jazdy kierunek uległ zmianie bo polecono mi jechać do Włoch. Gdzie? Na to pytanie odpowiedź była - "gdzieś blisko granicy ze Słowenią."
Jak chcieli tak zrobiłem.

Tego dnia wydostałem się z Rumunii, przejechałem cały odcinek węgierski i dojechałem w Słowenii w okolice Celje.

W sobotę pozostał mi do pokonania już niewielki odcinek do Włoch. W poszukiwaniu dogodnego miejsca dojechałem na parking w okolicę miejscowości Teglio Veneto.
Tam spędziłem weekend i dodatkowo poniedziałek. Pogoda była iście letnia bo żar lał się z nieba straszny przez cały czas. Dobrze że mam klimatyzację postojową bo, szczególnie wieczorami, ciężko byłoby wytrzymać. Kabina po całym dniu wciąż nagrzana a życie uprzykrzają te jeb... komary. Jak ja ich nienawidzę...

Ten zjazd na Włochy i oczekiwanie to był szerszy plan spedycji.
Poznać go dane mi było jednak dopiero we wtorek.
Okazało się że jest pewna firma w okolicy Udine która produkuje specjalistyczne stalowe liny. Dostała ona ekspresowe zlecenie od norweskiej firmy i musi dla niej wykonać partię lin. Nie wiadomo kiedy jej się to uda ale mają się postarać jak najszybciej.
Później trzeba te liny dostarczyć ekspresem do Norwegii. Ma to się odbyć ekspresowo więc kilkuetapowo przez przepinki naczep.
Ja jestem odpowiedzialny za załadunek, zabezpieczenie i dostarczenie jak najdalej na północ pierwszego dnia.

We wtorek dojechałem do miejscowości Remanzacco, zgłosiłem się do magazynu, zostawiłem swój numer telefonu i udałem w zaciszne miejsce oczekiwania.

Telefon zadzwonił w środę około 14tej- załadunek rozpocznie się o 15:00.
Tak też było.
Po zabezpieczeniu ogień na tłoki i o 2:30 w nocy, gdzieś przy granicy Bawarii z Turyngią oddałem naczepę koledze który pojechał z nią dalej na północ.

Po pauzie z naczepą przyprowadzoną przez kolegę, zacząłem powrót do Włoch, z wcześniejszym "szybkim" rozładunkiem w fabryce MAN w Augsburgu.
"Szybko" jednak nie było.
Do Augsburga dotarłem kwadrans po 15tej i niestety było to za późno. Magazyn już na fajrancie.

Następnego dnia stawiłem się na bramie już o 6:30. Tylko co z tego?.
Z załadunku wyjechałem po 10tej. Brakowało jakiegoś kwitu żeby móc to rozładować od razu.

Jako że w piątek ruch w kierunku Włoch jest zdecydowanie mniejszy niż z początku tygodnia to jechało mi się całkiem dobrze.
Udało się dojechać i znaleźć miejsce (bo bywa z tym ciężko), na ważnym strategicznie parkingu Monte Alto ;)

Cała sobota nad jeziorem Garda to jest to co lubię ;)
Najpierw w towarzystwie kolegi Mariusza z Przemyśla a potem, już nad wodą, zrobiła się z tego ekipa międzynarodowa bo byli wśród nas dwaj Białorusini, dwaj Ukraińcy i nas dwóch Polaków.

Jako że do miejsca rozładunku miałem z Desenzano jeszcze 120 kilometrów, a po drodze przed Brescią są roboty drogowe, które mocno korkują, to zdecydowałem się w sobotni wieczór podjechać jak najbliżej zrzutki.
Udało się bez problemu, cisza spokój, tylko znów pełno komarów...

W niedzielę rano zbudziły mnie odgłosy kopyt...
Okazało się że komuś uciekł kucyk i stoi sobie w cieniu mojego zestawu.
Spokojny i grzeczny.
Chciałem go zaprowadzić tam gdzie jego miejsce ale, po pierwsze nie mogłem znaleźć dziury w płocie przez którą uciekł a brama zamknięta na kłódkę a po drugie okazał się dość płochliwym i nie dawał sobie założyć sznurka na szyję.
Dałem mu więc wody do picia i spokój.
Zadzwoniłem na 112.
Miłe zaskoczenie bo po zgłoszeniu od razu zaproponowano mi opcję rozmowy po angielsku bądź po polsku. Po przekierowaniu mnie do sympatycznej Pani mówiącej po polsku, zgłosiłem "znalezienie konia" ;)

Po około 45 minutach pojawili się właściciele. Kucyk z nimi też nie bardzo chciał iść. Spodobało mu się ze mną ;)
Jakoś go zaciągnęli.

Właściciel pojawił się u mnie raz jeszcze. Myślałem że może chce jakoś specjalnie podziękować a się okazało że chce jedynie pożyczyć obcęgi żeby naprawić tę dziurę w płocie przez którą kucyk zdezerterował ;)

Taka to przygoda niedzielna.
W tym tygodniu też będzie ekspres ;)

Aktualizacja.Troszkę zaniedbałem aktualności i mam zaległości. Było intensywnie i nietypowo.Ale po kolei.Po poniedziałko...
03/06/2026

Aktualizacja.

Troszkę zaniedbałem aktualności i mam zaległości.
Było intensywnie i nietypowo.

Ale po kolei.

Po poniedziałkowej odprawie celnej na lotnisku Bukareszt Otopeni udałem się do miejscowości Aricestii Rahtivani w pobliżu Ploesti celem rozładunku.
Było już po południu ale okazało się że firma pracuje aż do 17tej, więc udało się rozładować bez najmniejszego problemu.

Po rozładunku nie było żadnego konkretnego planu działania więc skupiłem się na swoich sprawach i pobocznych obowiązkach.
Ogarnąłem porządnie naczepę, znalazłem stację benzynową która honoruje nasze karty paliwowe - jakby ktoś nie wiedział (ja nie wiedziałem) to kartami Routex można płacić w Rumunii nie tylko na stacjach OMV ale także na tych sieci Petrom.)
Udałem się też do centrum handlowego w Ploesti celem konsumpcji czegoś czego nie mam w lodówce i na lody ;)

Dość późno otrzymałem informację że kolejny załadunek zaplanowano mi w Polsce ale dopiero w piątek, a przypominam że był to poniedziałek...
Trochę to komplikowało pewne sprawy bo w sobotę miałem zarezerwowany samolot z Norwegii do domu...
Jako że nasz firma nazywa się Frode Fix - to szef wymyślił sprytny plan.
Z Ploesti miałem się dostać w okolice Krakowa. Wyszło mi wiec że będę jechał przez Rumunię spory kawałek drogami którymi nie jechałem jeszcze nigdy. Przez Brasov, Sigisoarę, Targu Mures dalej przez Cluj Napoca i Oradea już jechałem.
Nie było pośpiechu więc jechałem sobie spokojnie podziwiając widoki. Jako że chciałem ich zobaczyć jak najwięcej to tego dnia zakończyłem jazdę tuż po tym jak się zrobiło ciemno.
Dojechałem do miejscowości Sigisoara i tam zostałem na noc.

Rankiem przywitały mnie dwa bardzo przyjazne psiaki parkingowe.

Trasa jeszcze kawałek malownicza a potem też nie brzydka ale też już znana przez Węgry i Słowację.
W ten dzień wykorzystałem jazdę na maksa i dotarłem aż do Polski. Noc spędziłem w Barwinku.

W środę już około 8:30 zameldowałem się na parkingu pod Krakowem. Spakowałem się, zrobiłem porządek i udałem się do centrum a dokładniej na dworzec PKP.
Szef był w tym tygodniu w Czechach i wymyślił że przejmie ode mnie auto w Krakowie żebym już w środę, zamiast w sobotę, mógł być w domu.
Nie udało nam się spotkać bo mój pociąg ruszał do Lęborka o 13:30 a jego dotarł do Krakowa po 15tej.
Zamiast tygodnia wolnego miałem wolnych 10 dni.
Był czas na sporą dawkę prac okołodomowych, na pierwsze plażowanie, na dobry koncert a także na smutną ceremonię pogrzebową kolegi mechanika...

Powrót do auta też był tym razem wyjątkowy.
Szef po załadunku w Polsce pojechał do Norwegii, tam wykonał jakieś krótsze trasy i znów załadował na Rumunię.
Żeby to wszystko dobrze pospinać czasowo wymyślił że przyprowadzi mi auto do Polski.
Jak wymyślił, tak też zrobił.
W sobotni wieczór przypłynął do Gdyni. Zapakowałem się do auta, zaliczyliśmy jeszcze wspólną kolację a potem
ogień na tłoki na południe.

Po nocy pauza w Rzeszowie do końca zakazu na Słowacji i jazda dalej.

Szło mi całkiem nieźle.
Na odprawie celnej w Bukareszcie miałem się stawić we wtorkowy ranek. W noc z poniedziałku na wtorek ruszałem z okolic Sebes czyli do Bukaresztu miałem jakieś 400km. Policzyłem sobie że 6 godzin powinno mi spokojnie wystarczyć.
Jakże się myliłem...
Potrzebowałem na to aż 8,5 godziny!

Kto by się spodziewał ponad godzinnego korka za kanionem przed Pitesti o 5tej nad ranem.
No w zasadzie należało sie go spodziewać tak przez dzienny zakaz jazdy przez kanion. jak i to że poniedziałek był dniem wolnym od pracy w Rumunii.
Potem korek w samym Bukareszcie na rondach pseudoobwodnicy. Masakra.

Na lotnisko dotarłem więc nie o 8:30 jak planowałem a o 11tej.
Odprawa swoje trwa, więc do Aricestii Rahtiwani dotarłem tuż przed 17tą i na rozładunek było już za późno...

Ciepłe przyjemne popołudnie, dlatego znów się wziąłem za robotę i zrobiłem porządek na kolejnej naczepie (czy ktoś to doceni?).

Dziś rano rozładowałem się szybko i sprawnie bo wszystko wczoraj zawczasu przygotowałem.

Po zrzutce chwila oczekiwania i polecono mi udać się na północ.

Po drodze jednak musiałem zaliczyć tankowanie i dobrze że trochę mi w kolejce zeszło bo nastąpiła zmiana planów.

Okazało się że jest do wykonania zadanie specjalne któremu nie podołał ktoś inny.
Wróciłem więc na miejsce rozładunku i załadowałem tam podobny ładunek do zrzuconegi rano, po czym udałem się na lotnisko w Bukareszcie i zaliczyłem kolejną wizytę w agencji celnej.
Odprawa celna jutro i powrót do Aricestii Rahtivani.
Zobaczymy co przyniesie jutro...

Adres

Łobez
Łobez

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Filippo1618 opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij