12/09/2026
Znowu mam zaległości więc czas je nadrobić.
Kto przeczyta i dotrwa do końca może sobie dać nagrodę ;)
Urlop miałem zaplanowany wstępnie na trzy tygodnie, z opcją przedłużenia o jeszcze dodatkowy tydzień.
Trzeci tydzień mojego odpoczynku był w Norwegii na tyle spokojny że szef postanowił mi go przedłużyć.
Zamówiłem więc ogórki do kiszenia, przejrzałem pogodę pod kontem wypadu na windsurfing i robiłem spokojnie swoje.
W piątkowy ranek otrzymałem telefon - w sobotę musisz być w Norwegii bo jest ekspresowy wyjazd w podwójnej obsadzie na Sycylię...
Bywa i tak.
Od razu w internet w poszukiwaniu lotów do Norwegii. Całkowity brak miejsc albo dziwaczne przesiadki (Gdańsk-Amsterdam-Kopenhaga-Oslo-Kristiansand) albo za astronomiczne sumy. Najbliższe normalne połączenie to środa...
Burza mózgów z szefem i zdecydowaliśmy finalnie że wystarczy mi dostać się jakoś do duńskiego Hirtshals.
Transport kombinowany ale się udało.
Pierwszy etap, w sobotę to "blablaCar" do Hamburga, z bardzo sympatyczną emerytką a potem, też jako pasażer, ciężarówką do Danii ;)
Auto objąłem w niedzielę w Hirtshals. Rano przypłynęła moja naczepa a w niedzielny wieczór dołączył do mnie norweski kolega na podwójną - Tobias.
Od razu musieliśmy startować bo przed nami 3300 kilometrów i zrzutka za trzy dni...
Toby, na moje szczęście, okazał się dobrym kierowcą i sympatycznym kompanem na tę wyjątkową podwójną obsadę.
Trasa nasza to w zasadzie ciągły ogień, tak jeśli chodzi o jazdę jak i o pogodę która nas spotkała we Włoszech - temperatury codziennie w okolicy 40 stopni.
Pierwszy etap wyprawy zakończyliśmy w Vipiteno. Poniedziałkowy ruch dał się we znaki ale nie było tragedii.
Drugi etap zakończyliśmy już na Sycylii w miejscowości położonej nad samym Morzem Tyrreńskim.
Tak w ogóle to na Sycylii byłem po raz pierwszy w życiu :)
Trzeci, najkrótszy etap, to nasz cel czyli miejscowość Trapani, położona na samym czubku "włoskiego buta".
Dotarliśmy tam w środę rano.
Po odprawie celnej około południa, rozładowaliśmy się w tamtejszym porcie i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Sycylia zaskoczyła ciekawą przyrodą (kaktusy rosnące na poboczach, cytryny na drzewach, palmy), fajnymi widokami, niestety pożarami i brudem, bardzo specyficznymi kierowcami (szczególnie w Palermo) i ciężkim do zniesienia upałem- takim jakimś dusznym i lepkim...
Pierwszy ładunek powrotny załatwiono nam w miejscowości Palo Del Cole, koło Bari.
Dotarliśmy tam w czwartek około południa.
Po załadowaniu kilkunastu palet makaronu, udaliśmy się w kierunku Mediolanu gdyż tam mieliśmy wstępnie zaplanowany kolejny załadunek.
Tego dnia zakończyliśmy jazdę około 23ciej, znajdując ostatnie wolne miejsce na niedużym parkingu koło Cremony.
Następnego dnia dopiero około 11tej przyszło potwierdzenie załadunku. Byliśmy niedaleko i dzięki temu udało nam się zdążyć, dosłownie na na ostatnią chwilę, przed dwugodzinną przerwą obiadową...
Po załadunku ogień na tłoki i kierunek - północ.
Udało nam się wyjechać z Włoch, nie całkiem bez korków, ale dość sprawnie. Jazdę zakończyliśmy gdzieś między Berlinem a Hamburgiem około piątej rano w sobotę.
Wieczorem tego samego dnia ruszyliśmy jeszcze, na te kilka godzin które zostały nam do wykorzystania przed weekendową pauzą. Udało nam się dojechać do duńskiego Padborga.
W poniedziałkowy ranek ruszyliśmy w kierunku Hirtshals na prom do Kristiansand.
Tego dnia nie wydarzyło się już nic godnego odnotowania.
Toby był szczęśliwy z powrotu do domu ;)
We wtorek, już samemu, rozładowałem to co przywieźliśmy z Włoch i zająłem się zadaniami lokalnymi.
Najpierw zmieniłem naczepę i załadowałem ją w dwóch miejscach, po czym odprowadziłem ją do portu i nadałem na prom.
Wróciłem po swoją dotychczasową naczepę i także ją załadowałem.
Po załadunku okazało się że mam z nią płynąć do Danii a rezerwację mam zrobioną na "zaraz"...
W mieście właśnie zaczął się popołudniowy szczyt komunikacyjny...
W porcie wiedzieli że jadę, bo spedytor zadzwonił żeby poczekali tyle ile mogą.
Do portu wpadłem w naprawdę ostatniej chwili - nie musiałem nawet czekać na bilet bo wpuścili mnie za bramę bez skanowania a ów czekał już na mnie. Wjechałem na prom i tuż za mną zamknęły się śluzy...
Takiej akcji jeszcze nie miałem ;)
Tego wieczoru wystarczyło mi jeszcze czasu na dojechanie w okolice Tilst w głąb Danii.
Moim celem była niemiecka miejscowość Haren, położona tuż przy granicy z Holandią.
Dotarłem tam we wtorkowy wieczór o 19tej - byłbym zdecydowanie wcześniej ale zamknięta autostrada w okolicy Bremen sparaliżowała ruch w tamtym rejonie dość skutecznie.
W środę rano szybki i sprawny rozładunek.
Kolejny załadunek to holenderskie Almelo i 24tony zbrojeń do betonu.
Ładunek do Norwegii więc jazda z powrotem i weekend na bazie.
Tym razem podczas weekendu towarzyszył mi kolega z firmy - Adrian.
Spędziliśmy go dość aktywnie najpierw ogarniając swoje auta a potem zwiedzając trochę okolice Kristiansand.
W poniedziałkowy ranek wystartować musiałem już o piątej rano bo zrzutka zaplanowana w Sandnes na 9tą.
Po rozładunku znów załadunki "na lokalu" ale tym razem w Stavanger - zmiany naczep i ich załadunki a wieczorem prom do Hirtshals bezpośrednio stamtąd.
We wtorek od rana dostawałem telefony z informacjami o mających nastąpić zmianach. Stawałem, czekałem ale koniec końców nic się nie zmieniło i pojechałem zgodnie z pierwotnym planem do Holandii.
Jako że rozładunek towaru który miałem na naczepie przesunięto ze środy na piątek, to odstawiłem ją na terminal naszej spedycji w Rotterdamie i pojechałem z kolejną, tym razem platformą, do belgijskiej miejscowości Pelt.
Miałem tam załadować następnego dnia - takie płoty stawiane zwykle wkoło budów.
W czwartek rano okazało się jednak że ten załadunek również przesunięto na piątek - dobrze, że w poprzedni weekend kupiłem sobie znów rower, to sobie trochę pozwiedzałem okolicę.
W piątkowy ranek, po szybkim i sprawnym załadunku, udałem się do belgijskiego portu w Gent i nadałem tam naczepę na statek do Norwegii.
Następnie polecono mi udać się z powrotem do Rotterdamu żeby pobrać kolejną naczepę.
Gdy tam dotarłem najpierw podczepiłem kolejną platformę, stojacą na ulicy a potem zmieniono plan i polecono mi odstawić ją z ulicy na terminal, po czym podczepić "firanę". Dalszy plan to udać się do niemieckiego Viersen i poczekać na załadunek do poniedziałku.
Weekend spędziłem na niemieckiej wsi w okolicy Viersen i też zwiedzałem, mimo strasznie niewygodnego siodełka w "nowym" rowerze ;)
W poniedziałkowy ranek załadowałem się najpierw w Viersen a potem udałem się w drugie miejsce - Sundern, by tam doładować się na styk (aż ciężko było drzwi zamknąć ;) profilami do montażu fotowoltaiki.
Po załadunku ogień na tłoki i kierunek północ. Udało się dojechać do Danii ale niezbyt daleko od granicy.
We wtorek start z samego rana na prom do Norwegii.
Po dotarciu do Norwegii udałem się pod adres rozładunku i, o dziwo, udało mi się jeszcze rozładować, mimo że dotarłem już po godzinach pracy magazynu.
Około 19tej byłem po robocie i ku mojemu kolejnemu zdziwieniu otrzymałem od jednego ze spedytorów telefon z informacją, że mam się nie ruszać jutro po pauzie, do momentu aż zostanę poinformowany o czekającym mnie zadaniu specjalnym...
Tak też, oczywiście, zrobiłem.
Tuż po 9:00 dnia następnego wtajemniczono mnie w następujacy plan - podczepić naczepę chłodnię i udać się z nią do dwóch portów rybackich w miejscowościach Langesund i Sandedjord. Załadować tam, póki co, nieokreśloną liczbę palet ze świeżymi krewetkami i dostarczyć je, jeszcze tego samego dnia, na giełdę rybną do szwedzkiego Goteborga
Ciekawe to było doświadczenie ;)
Udało się bez lipy, choć były lekkie komplikacje - dobrze że ludzie obsługujący takie "strzały" odbierają telefony o każdej porze...
Po zrzutce zająłem dosłownie ostatnie miejsce parkingowe w okolicy i pojechałem ją pozwiedzać na rowerze.
Następnego dnia tuż po 8:00 polecono mi udać się do miejscowości Mariestad celem załadowania dwóch palet jakichś bliżej nieznanych mi blach.
Następnie skierowałem się w kierunku Norwegii, gdyż następny załadunek zaplanowano w Fredrikstad.
Na granicy odprawa tych dwóch palet. Szybka bo kolejki nie było wcale.
Wydawało mi się że już nie uda się załadować tego dnia bo dotarłem do Fredrikstad około 17tej. Udało się.
Tego dnia pracę zakończyłem w okolicy Tvedestrand.
W ostatnim dniu przed zjazdem do domu rozładowałam jedynie oba ładunki oraz zrobiłem przerzut z jednej z firm w Kristiansand na nasz terminal.
Około 16:30 byłem już wolny i mogłem się szykować na zjazd do Polski.