16/08/2019
Tego się obawiałam, że z systematycznością będzie u mnie kiepsko.
Taki mały update z mojej ostatniej wyprawy do LA
Choć nie jestem fanką Los Angeles wróciłam tam ponownie z myślą, że zrobię to czego nie udało się ostatnim razem ale…
Ale sprawy potoczyły się inaczej plan miałyśmy gotowy ale nie wiem co przyszło nam do głowy, żeby go zamienić to co było planowane na sobotę przestawiłyśmy na niedziele itd. Pierwszy dzień jako tako hiking na Hollywood sign, Malibu - no i tutaj się zaczyna 😀 Każdy zachwyca się tym miejscem, a my byłyśmy mega rozczarowane. W planach była również Santa Barbra ale się już poddałyśmy bo stwierdziłyśmy, że szkoda tracić czas. Potem Venice, impreza i spać. No i wszystko zaczęło się pierdzielić kolejnego dnia, ale to już na maxa, a mianowicie naszym planem było wybrać się do Pioneer Town, Joshua Tree - ten park był punktem naszego wyjazdu i dalej Palm Springs.
Ruszając po 10 minutach pojawiły się pierwsze problemy - przegrzało nam się auto ale to była zaledwie sekunda nawet nie było potrzeby by się zatrzymać bo temperatura spadła więc to zignorowałyśmy. Po drodze do Pioneer Town zaledwie 20 min przed miasteczkiem zaczęły się problemy. Pełno komunikatów odnośnie przegrzewania się samochodu, problemy z klimatyzacją, kontrolka oznajmiająca, że coś nie gra z silnikiem - no to pięknie. Zjechałyśmy na poboczę by auto mogło trochę odpocząć ale nie było tam nikogo kto byłby w stanie nam pomóc więc kolejny przystanek - stacja benzynowa. Pierwsze co telefon do właściciela samochodu, który początkowo zwalał cała winę na nas ale po kolejnych telefonach ochłonął. Okazało się, że typek wynajął nam samochód bez płynu chłodniczego, a potem osoby które nam pomagały poinformowały nas, że to nie jedyny problem bo olej też jest na wykończeniu. Gdy wlewałyśmy wodę do zbiornika na płyn chłodniczy zbiornik dalej był pusty i tak bez końca okazało się, że coś przecieka ale niestety nikt dalej nie był w stanie pomóc. Kolejny przystanek Pioneer Town ze względu na to, że straciłyśmy już dobre pare godzin postanowiłyśmy dojechać chociaż tam. Po zwiedzaniu miasteczka nadjechał serwis - brak połączenia klimatyzacji z komputerem. Auto nie odpala - nie wiedziałyśmy co myśleć szczególnie, że byłyśmy oddalone od LA, aż o 3h drogi łącznie z korkami. Ale udało się! Auto było gotowe do powrotu - co prawda bez klimatyzacji byleby nigdzie nie utknąć. I tak przez prawie 3h z otwartymi oknami z temperaturą powietrza 40 stopni to była męczarnia. Dojechałyśmy do LA! Odstawiłyśmy Anię na autobus, oddałyśmy samochód i pojechałyśmy do Santa Monica by chwile odpocząć przed lotem powrotnym. Nagle telefon od Anii - mój autobus nie przyjechał! Planowo powinna odjechać o godzinie 17, aż w końcu kolejny telefon jadę po 22 - uff. Natalia - mój nocleg został odwołany! Ale koniec końców udało jej się tam zostać. Potem kolej na nasz samolot - powinien zacząć się boording, a my dalej nie wchodzimy kolejne opóźnienia...
Byłam wdzięczna, że ten dzień dobiegł już końca i nic więcej się nie wydarzyło. Spoczywał na nas jakiś pech albo po prostu już brakowało nam pozytywnego nastawienia bo jednak to była dość stresująca sytuacja. Nie mogli nam podstawić kolejnego samochodu bo korzystałyśmy z Turo gdzie to właściciele wypożyczają auta. To pierwszy trip po 1,5 roku kiedy pojawiły się jakieś komplikacje. Niestety nie zawsze musi być tak idealnie jak sobie to zaplanujemy 🙂 To było takie szczęście w nieszczęściu ale grunt, że wszytsko się dobrze skończyło 🙂