14/05/2026
È assolutamente fantastico qui, jak mawiają Włosi! 🇮🇹
Po wyścigu Gran Fondo Alberobello Murge czas na krótką relację.
Start zaplanowany był na 8:30, ale trzeba było dotrzeć na miejsce o 7:00, by załatwić włoską biurokrację 😛 (licencja związku FCI, potwierdzenie opłaty, którego nie otrzymałem mailem, oraz brak gotówki na chipa do trackera). Na szczęście z Włochami na południu zawsze idzie się dogadać 😉
Miejsce startu to samo serce Alberobello – miasto białych domków trulli, które są prawdziwą wizytówką Apulii.
Na miejscu same wypasione „taczki”, głównie Colnago, Pina i jakieś inne Bianchi 😛 Od razu zrozumiałem, że będę zamykał wyścig na swojej retro-szosie, tym bardziej że jako jedyny zawodnik tego dnia zapomniałem ogolić nogi…
Ok. 200 zawodników na dystansie lungo (128 km) i ok. 50 na dystansie medio (75 km). Ciekawa opcja od organizatora – zawodnik tuż przed startem mógł zdecydować, jaki dystans chce pojechać.
Stres przedstartowy minął i lekko po 8:30 peleton wystrzelił krętymi uliczkami Alberobello, od razu pod górkę. 🚴🇮🇹🔥
Obejrzałem plecy ostatnich zawodników i zobaczyłem, że za mną jest tylko dwóch kolarzy oraz auto „miotła” 😉 Tętno szybko strzeliło w górę, rozsądek mówił, by zwolnić, a kolarskie serce, by dogonić grupkę i odpocząć „na kole”. Tak się też stało i niewiele myśląc, dociskałem powyżej 40 km/h, żeby złapać grupkę czteroosobową. Dałem zmianę i tak objechaliśmy Noci i Putignano, gdzie teren był jeszcze w miarę płaski, a wiatr wiał w plecy…
Pierwsze trudności – podjazd pod Castellanę, dojechanie przez peleton z dystansu krótkiego i, niestety, dwóch starszych Włochów, z którymi współpracowałem, postanowiło odjechać sprintem za peletonem 😧 Na podjeździe do Castellany udaje mi się dojść dwóch innych kolarzy, w tym jednego na – w mojej ocenie – jedynym aluminiowym rowerze w stawce. Gość zapodawał dzielnie na zjazdach, ale na pierwszym dłuższym podjeździe się pożegnaliśmy. Do Castellany prowadzi piękny zjazd od strony Alberobello, więc można rozwinąć skrzydła i dać udźcom się zregenerować…
A w Castellanie czekali moi najbliżsi i wsparcie 😍, co od razu poniosło mnie w kierunku zjazdu na Monopoli. Piękny, 2-kilometrowy kręty zjazd, pokonany oczywiście ze strachem… a później zaczęły się schody. Podjazd z Torricella do Gorgofreddo to taki cichy zabójca – niby 4 km o średnim nachyleniu 5,2% można kręcić spokojnie, ale tutaj okazało się, że pojawiają się odcinki po 14-15% i brakuje przełożeń. W głowie miałem cały czas, żeby oszczędzać siły na serpentyny w Selva di Fasano, ale to ten podjazd pokazał, że z jazdą w górach nie miałem wcześniej wiele do czynienia. Udało się dojechać trzech Włochów i ukończyć podjazd bez stopu.
Dalej zaczęło się żywienie i regeneracja przed kolejnymi górskimi przygodami… Aby podjechać pod Selvę, trzeba było jeszcze zaliczyć prawdziwy górski zjazd z Impalata – ok. 2,5 km krętymi ścieżkami. Co za widoki! 😍 Szkoda, że byłem skupiony bardziej na odpowiednim wyhamowaniu, by mieścić się w zakrętach. Jak zwykle na zjazdach jestem wyprzedzany przez co odważniejszych Włochów (nie szkodzi, spotkamy się na podjeździe).
Dalsza droga to płaskie przejazdy wzdłuż wybrzeża po wąskich dróżkach – kilometry kręcone w gajach oliwnych z jedną myślą: jak podjechać pod Fasano? Zaczęło się ładowanie batonów i żeli na zapas, co pewnie pomogło podczas 2,5-kilometrowej wspinaczki serpentynami rodem z Dolomitów. Zacząłem podjeżdżać bardzo spokojnie, szukając rytmu. Niestety szybko zaczyna się ścianka 15% i moje przełożenia 2x10 okazują się niewystarczające. Cały podjazd pokonuję siłowo, bo zębatka nie daje rady na takie górskie wyrypy. Zamiast chłonąć widoki, patrzę na tętno i oczekuję choć lekkiego wypłaszczenia. Szybko wyszedł brak doświadczenia – aby nie zatrzymać się na podjeździe, zacząłem jechać „zakwasami” od lewej do prawej bandy… i jakoś się udało 😉 Po drodze wyprzedziłem kilku Włochów, którzy zdecydowanie mogli kręcić spokojnie pod górę bez jazdy „na twardo”.
Satysfakcja i widok z góry – bezcenne. Wiedziałem już, że najtrudniejsza część za mną, ale zdecydowanie potrzebowałem kilku dobrych minut lekkiego kręcenia, by dojść do siebie. Okazało się, że nie takie Fasano straszne, jak na obrazkach. Dalsza droga wiodła już bardzo malowniczo w stronę Correggia i Locorotondo. Drogi prowadziły przez spokojne, wiejskie asfalty, co chwilę oferując widoki na trulli, drzewa oliwne i pastwiska pełne krów.
Sielskie drogi co chwilę przerywały podjazdy i zjazdy. W pewnym momencie udało mi się złapać 10-osobową grupkę, chwilę odpocząć, a następnie poprowadzić gruppetto przez kilka kilometrów 😎 Ostatnie 20 km trasy to już jazda w upale. Na szczęście organizator zadbał o dwa punkty z wodą i udało się dojechać bez „pustego baku”.
Końcówkę wyścigu pokonywałem samotnie, ale 2 km przed metą postanowiłem jeszcze docisnąć, by skasować Włocha przede mną. Lekka nuta rywalizacji aż do ostatnich metrów na krętych uliczkach o wątpliwej jakości w Alberobello… i tuż przed metą Włoch wygrał sprint – wchodziłem, jak zwykle, zbyt ostrożnie w zakręty.
Na koniec finisz i pasta party po włosku. Po najedzeniu się lokalnym orecchiette w dwóch odmianach i odpoczynku, trzeba było jeszcze wrócić „na nóżkach” 16 km do domu 🙂
Kończąc ten ciut przydługi wywód – piękny to był wyścig, nie zapomnę go nigdy. Bez ambicji na miejsce, za to z wyzwaniami, lekką nutą rywalizacji i zwiedzaniem Apulii. Trasa pokazała potencjał regionu – warunki do szosy są przednie, oczywiście na odpowiednio szerokiej oponie (u mnie 30 mm zdecydowanie pomogło).
Dzięki wielkie rodzince za wsparcie 😍 i społeczności Warmia Bike za kibicowanie!
A na koniec ciekawostka – jak zwykle miałem usterkę na ostatnią chwilę: zgubiona śrubka od bloku w bucie. Wieczór przed startem to paniczne poszukiwania w sklepach. Oczywiście nic nie znalazłem, więc skończyło się na prowizorce: wkręt o podobnej długości + podkładka z gumy od lampki. Wszystko zabezpieczone taśmą izolacyjną zdało egzamin idealnie! 😄
No to arrivederci Apulia, niedługo tu wrócę….