24/08/2019
🌍 21.07.2019r. Genua, część 2
Spakowaliśmy namiot i wszystkie manatki. Pożegnawszy się z Denisem, Pakistańczykami i resztą, ruszyliśmy w stronę peronu. Towarzyszyły nam Ola wraz z Rhiann. Dziewczyny chciały kupić jedzenie w barze, a mi zależało na drobnych zakupach. Nie mieliśmy wiele czasu, więc postanowiliśmy się rozdzielić.
Robiąc zakupy, trafiłem na członka ekipy, do których przynależą Pakistańczycy. Nie było go, gdy się żegnaliśmy. Czy to przypadek, że się tu spotkaliśmy? Mam nadzieję.
Po wyjściu ze sklepu spojrzałem w prawo, by zauważyć, że tuż obok mnie stoi Masażysta. "Co do cholery?" - pomyślałem. Nie zauważył mnie, a i ja poczułem, że lepiej udawać, że go nie widzę. Ruszyłem w kierunku peronu.
Czy zareagowałem w dziwny sposób? Cóż... Człowiek ten wykazał się nie tylko wyjątkową lepkością do moich towarzyszek. Prócz tego był dość nachalny i nie rozumiał słowa "nie". Fakt, że stał pod sklepem, choć od rana siedział nad wybrzeżem, był już wyjątkowo nieprzyjemnym zbiegiem okoliczności.
Co jakiś czas robiłem zdjęcia, ukradkiem sprawdzając, czy jestem śledzony. Obawy się potwierdziły. W pewnej odległości ode mnie kroczył Masażysta wraz z drugim Pakistańczykiem, tym, który również towarzyszył nam nad wodą. Przyspieszyłem nieco kroku.
Dla tych, którym przeszło przez myśl, że to przypadek - pozwólcie, że rozwieję wątpliwości. Gdy stanąłem na światłach, Pakistańczycy usiedli na ławce, 30 metrów za mną i ruszyli ponownie, gdy tylko zapaliło się moje zielone światło. Definitywnie mnie śledzili, choć byli w tym wyjątkowo nieudolni.
Dotarłszy na peron, zadzwoniłem do Marty - jedynej z dziewczyn, do której miałem numer. Nie odbierała. "Może stoi już na peronie?" - pocieszałem się. Zanim tam ruszyłem, stanąłem tuż obok drzwi wejściowych, tak, by mój ogon mnie nie widział.
Pakistańczycy weszli na dworzec. Mijając mnie z odległości dwóch metrów, zdali sobie sprawę, że ich nakryłem. Nic nie powiedzieli, nie okazali też zaskoczenia. Ten, który nie był Masażystą zmieszał się tylko i głupkowato uśmiechnął. Zmierzyłem ich wzrokiem, niczego nie mówiąc.
Poszli pod bankomat, następnie ruszyli ku wyjściu. Wymieniłem się z Masażystą badawczym spojrzeniem. Gdy wyszli, ruszyłem w stronę peronu. Marta, dlaczego nie odbierasz?
Na moją platformę wjeżdżało się windą. Nie uwierzycie - w owej windzie natknąłem się na kolejnego członka tej grupki. Miał na sobie plecak i wyglądał, jakby faktycznie jechał w podróż. Po byciu śledzonym nie potrafiłem już patrzeć na tę sytuację w postaci przypadku.
Chodziłem wzdłuż peronu, w poszukiwaniu dziewczyn. Nie znalazłem żadnej z nich. Ponownie zadzwoniłem do Marty. Wyobraziłem sobie nawet, że odbierze ktoś inny. Trzymajcie się siedzenia, telefonu, uchwytu w tramwaju i poduszki, ponieważ po drugiej stronie słuchawki odezwał się męski głos.
Facet mówił coś po Włosku. Nie rozumiałem ani słowa. "Who are you?!" spytałem rozgniewanym głosem o to, kim jest. Po chwili odezwała się Marta. Nie pamiętam już, co wtedy powiedziała. Przekląłem i spytałem "Gdzie jesteś??". Wyjaśniła, że szuka peronu i spytała mnie o numer.
Dotarła do mnie sama, bez Oli i Rhiann, bez męskiego osobnika z telefonu. Wszystko mi wyjaśniła. Facet, którego usłyszałem w słuchawce, pomagał jej odnaleźć właściwy peron. Wtedy ja zadzwoniłem i po prostu było go nader wyraźnie słychać. Wyobraźcie sobie być w takiej sytuacji... koszmar.
Nadjechał nasz pociąg. Był niemal pusty. Gdy zajęliśmy wolną czwórkę, szybko wyjaśniłem co mnie spotkało. Wtedy Marta przestraszyła się nie na żarty. Powiadomiliśmy dziewczyny o zaistniałej sytuacji i poradziliśmy, by wsiadły do taksówki i wróciły do hotelu.
Ale co z nami? Gdzieś w tym pociągu znajduje się członek ich grupy. Widziałem, że oczekuje na ten sam pociąg.
Naszym planem było wysiąść na stacji w małym miasteczku, otoczonym naturą, opodal autostrady ze stacją benzynową. Następnego dnia mieliśmy ruszyć autostopem w stronę lotniska w Bergamo. W zaistniałej sytuacji postanowiliśmy jednak nie wysiadać na zadnym zadupiu.
Kontynuowaliśmy podróż i po krótkiej przesiadce dotarliśmy do Mediolanu. Stąd rzut beretem do Bergamo. Była chyba pierwsza w nocy, gdy wysiedliśmy na Dworcu. Był wielki, majestatyczny... a w tle leciała piękna melodia. Byłem pod wrażeniem.
Nie mamy gdzie spać, ale otaczają nas ludzie, a my możemy zgubić się w miejskiej dżungli i raz na zawsze zapomnieć o całej tej niepokojącej historii. Idąc do jeszcze czynnego McDonalda, trafiliśmy na bardzo przyjemny park z oczkiem wodnym i wodopojem. Po krótkiej debacie postanowiliśmy przenocować właśnie tutaj.
Ułożywszy się do snu, minęło może 10 minut, gdy Marta zajrzała w telefon. Po chwili usłyszałem "Dawid, my chyba jesteśmy w złym mieście". Na żarty się jej chyba zebrało :D. Dla pewności zajrzałem we własny telefon. Potwierdziło się - z jakiegoś powodu byliśmy w Turynie.
Miasto to tworzy Genuą i Mediolanem niemal idealny trójkąt równoramienny. Oznacza to, że ani trochę nie zbliżyliśmy się do naszego celu. Leżąc tak na trawie, oboje parsknęliśmy śmiechem.
Ale jak w ogóle do tego doszło? Jesteśmy przekonani, że podczas przesiadki pomiędzy Genuą a Mediolanem, staliśmy na właściwym peronie, a pociąg który nas przewiózł ruszył może kilka minut szybciej. Tak więc albo obydwa te pociągi dzielił ten sam peron i niemal tą samą godzinę, albo, co wymyśliła Marta, nasz wagon został odczepiony i przekierowany do Turynu, o czym nie wiedzieliśmy, bo informacja była w języku Włoskim.
Ruszyliśmy z powrotem na peron i bez większych przygód dotarliśmy PROSTO do Bergamo, po raz kolejny podróżując na gapę. Co ciekawe, przez cały pobyt we Włoszech nie spotkaliśmy kanara.
Pozostał już tylko samolot. Nawiązując do pierwszego dnia podróży, tym razem nie zatrzymali mnie za zbyt duży bagaż, więc ryzyko już mi się zwróciło :).
Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim czytelnikom za towarzyszenie mi w tej podróży. Każdy z Was dołożył cegiełkę do tego projektu i każdy z Was utwierdził mnie w przekonaniu, że Dziennik Podróżnika wnosi cenną wartość. Niezmiernie Wam za to dziękuję.
Do następnej przygody!