Dziennik Podróżnika • Przygody autostopowe

Dziennik Podróżnika • Przygody autostopowe Opowiem Ci o niezwykłych historiach, które przytrafiają mi się podczas podróży. Pragnę Cię zainspirować do spełniania marzeń - to naprawdę łatwe!

🌍 21.07.2019r. Genua, część 2Spakowaliśmy namiot i wszystkie manatki. Pożegnawszy się z Denisem, Pakistańczykami i reszt...
24/08/2019

🌍 21.07.2019r. Genua, część 2

Spakowaliśmy namiot i wszystkie manatki. Pożegnawszy się z Denisem, Pakistańczykami i resztą, ruszyliśmy w stronę peronu. Towarzyszyły nam Ola wraz z Rhiann. Dziewczyny chciały kupić jedzenie w barze, a mi zależało na drobnych zakupach. Nie mieliśmy wiele czasu, więc postanowiliśmy się rozdzielić.

Robiąc zakupy, trafiłem na członka ekipy, do których przynależą Pakistańczycy. Nie było go, gdy się żegnaliśmy. Czy to przypadek, że się tu spotkaliśmy? Mam nadzieję.

Po wyjściu ze sklepu spojrzałem w prawo, by zauważyć, że tuż obok mnie stoi Masażysta. "Co do cholery?" - pomyślałem. Nie zauważył mnie, a i ja poczułem, że lepiej udawać, że go nie widzę. Ruszyłem w kierunku peronu.

Czy zareagowałem w dziwny sposób? Cóż... Człowiek ten wykazał się nie tylko wyjątkową lepkością do moich towarzyszek. Prócz tego był dość nachalny i nie rozumiał słowa "nie". Fakt, że stał pod sklepem, choć od rana siedział nad wybrzeżem, był już wyjątkowo nieprzyjemnym zbiegiem okoliczności.

Co jakiś czas robiłem zdjęcia, ukradkiem sprawdzając, czy jestem śledzony. Obawy się potwierdziły. W pewnej odległości ode mnie kroczył Masażysta wraz z drugim Pakistańczykiem, tym, który również towarzyszył nam nad wodą. Przyspieszyłem nieco kroku.

Dla tych, którym przeszło przez myśl, że to przypadek - pozwólcie, że rozwieję wątpliwości. Gdy stanąłem na światłach, Pakistańczycy usiedli na ławce, 30 metrów za mną i ruszyli ponownie, gdy tylko zapaliło się moje zielone światło. Definitywnie mnie śledzili, choć byli w tym wyjątkowo nieudolni.

Dotarłszy na peron, zadzwoniłem do Marty - jedynej z dziewczyn, do której miałem numer. Nie odbierała. "Może stoi już na peronie?" - pocieszałem się. Zanim tam ruszyłem, stanąłem tuż obok drzwi wejściowych, tak, by mój ogon mnie nie widział.

Pakistańczycy weszli na dworzec. Mijając mnie z odległości dwóch metrów, zdali sobie sprawę, że ich nakryłem. Nic nie powiedzieli, nie okazali też zaskoczenia. Ten, który nie był Masażystą zmieszał się tylko i głupkowato uśmiechnął. Zmierzyłem ich wzrokiem, niczego nie mówiąc.

Poszli pod bankomat, następnie ruszyli ku wyjściu. Wymieniłem się z Masażystą badawczym spojrzeniem. Gdy wyszli, ruszyłem w stronę peronu. Marta, dlaczego nie odbierasz?

Na moją platformę wjeżdżało się windą. Nie uwierzycie - w owej windzie natknąłem się na kolejnego członka tej grupki. Miał na sobie plecak i wyglądał, jakby faktycznie jechał w podróż. Po byciu śledzonym nie potrafiłem już patrzeć na tę sytuację w postaci przypadku.

Chodziłem wzdłuż peronu, w poszukiwaniu dziewczyn. Nie znalazłem żadnej z nich. Ponownie zadzwoniłem do Marty. Wyobraziłem sobie nawet, że odbierze ktoś inny. Trzymajcie się siedzenia, telefonu, uchwytu w tramwaju i poduszki, ponieważ po drugiej stronie słuchawki odezwał się męski głos.

Facet mówił coś po Włosku. Nie rozumiałem ani słowa. "Who are you?!" spytałem rozgniewanym głosem o to, kim jest. Po chwili odezwała się Marta. Nie pamiętam już, co wtedy powiedziała. Przekląłem i spytałem "Gdzie jesteś??". Wyjaśniła, że szuka peronu i spytała mnie o numer.

Dotarła do mnie sama, bez Oli i Rhiann, bez męskiego osobnika z telefonu. Wszystko mi wyjaśniła. Facet, którego usłyszałem w słuchawce, pomagał jej odnaleźć właściwy peron. Wtedy ja zadzwoniłem i po prostu było go nader wyraźnie słychać. Wyobraźcie sobie być w takiej sytuacji... koszmar.

Nadjechał nasz pociąg. Był niemal pusty. Gdy zajęliśmy wolną czwórkę, szybko wyjaśniłem co mnie spotkało. Wtedy Marta przestraszyła się nie na żarty. Powiadomiliśmy dziewczyny o zaistniałej sytuacji i poradziliśmy, by wsiadły do taksówki i wróciły do hotelu.

Ale co z nami? Gdzieś w tym pociągu znajduje się członek ich grupy. Widziałem, że oczekuje na ten sam pociąg.

Naszym planem było wysiąść na stacji w małym miasteczku, otoczonym naturą, opodal autostrady ze stacją benzynową. Następnego dnia mieliśmy ruszyć autostopem w stronę lotniska w Bergamo. W zaistniałej sytuacji postanowiliśmy jednak nie wysiadać na zadnym zadupiu.

Kontynuowaliśmy podróż i po krótkiej przesiadce dotarliśmy do Mediolanu. Stąd rzut beretem do Bergamo. Była chyba pierwsza w nocy, gdy wysiedliśmy na Dworcu. Był wielki, majestatyczny... a w tle leciała piękna melodia. Byłem pod wrażeniem.

Nie mamy gdzie spać, ale otaczają nas ludzie, a my możemy zgubić się w miejskiej dżungli i raz na zawsze zapomnieć o całej tej niepokojącej historii. Idąc do jeszcze czynnego McDonalda, trafiliśmy na bardzo przyjemny park z oczkiem wodnym i wodopojem. Po krótkiej debacie postanowiliśmy przenocować właśnie tutaj.

Ułożywszy się do snu, minęło może 10 minut, gdy Marta zajrzała w telefon. Po chwili usłyszałem "Dawid, my chyba jesteśmy w złym mieście". Na żarty się jej chyba zebrało :D. Dla pewności zajrzałem we własny telefon. Potwierdziło się - z jakiegoś powodu byliśmy w Turynie.

Miasto to tworzy Genuą i Mediolanem niemal idealny trójkąt równoramienny. Oznacza to, że ani trochę nie zbliżyliśmy się do naszego celu. Leżąc tak na trawie, oboje parsknęliśmy śmiechem.

Ale jak w ogóle do tego doszło? Jesteśmy przekonani, że podczas przesiadki pomiędzy Genuą a Mediolanem, staliśmy na właściwym peronie, a pociąg który nas przewiózł ruszył może kilka minut szybciej. Tak więc albo obydwa te pociągi dzielił ten sam peron i niemal tą samą godzinę, albo, co wymyśliła Marta, nasz wagon został odczepiony i przekierowany do Turynu, o czym nie wiedzieliśmy, bo informacja była w języku Włoskim.

Ruszyliśmy z powrotem na peron i bez większych przygód dotarliśmy PROSTO do Bergamo, po raz kolejny podróżując na gapę. Co ciekawe, przez cały pobyt we Włoszech nie spotkaliśmy kanara.

Pozostał już tylko samolot. Nawiązując do pierwszego dnia podróży, tym razem nie zatrzymali mnie za zbyt duży bagaż, więc ryzyko już mi się zwróciło :).

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim czytelnikom za towarzyszenie mi w tej podróży. Każdy z Was dołożył cegiełkę do tego projektu i każdy z Was utwierdził mnie w przekonaniu, że Dziennik Podróżnika wnosi cenną wartość. Niezmiernie Wam za to dziękuję.

Do następnej przygody!

🌍 21.07.2019r. Genua, część 1Nastał przepiękny poranek. To było bardzo miłe - opuścić namiot i przywitać się z delikatny...
23/08/2019

🌍 21.07.2019r. Genua, część 1

Nastał przepiękny poranek. To było bardzo miłe - opuścić namiot i przywitać się z delikatnymi falami, wygładzającymi piaszczysty brzeg plaży.

Pierwsze godziny spędziłem obserwując błękitny horyzont, leniwie przemieszczając się po wybrzeżu, w poszukiwaniu odpowiedniego kamienia, na którym mógłbym usiąść do medytacji.

Niebywałe jak nagle zatrzymaliśmy się w miejscu. Po tych wszystkich intensywnych dniach Wszechświat podsunął nam pod nos wszelkie powody, by móc wypocząć, a my po prostu z nich skorzystaliśmy. W tym jednym tylko miejscu nakarmiono nas, napojono, rozbawiono, rozśpiewano, ponadto mamy tu plażowe prysznice i miejsce noclegowe, zupełnie na legalu!

Opodal od nas, napotkaliśmy grupę chillujących pod drzewem ludzi, nieco od nas starszych. Reprezentowali różne państwa - ja zapamiętałem Niemca imieniem Denis i dwóch lokalnych Pakistańczyków, choć moja pamięć zawiodła i nie pamiętam ich imion. Denis był bardzo miły, zadawał nam różne pytania, był nas po prostu ciekaw. Jakże się ucieszyłem, gdy zaoferował nam barbecue! Zebraliśmy drewno i rozpaliliśmy ogień.

Spędzając z nimi kolejne minuty, w oczekiwaniu na ciepłe mięso, Marta posłała mi sygnały, że nie czuje się dobrze w ich towarzystwie. Moim zdaniem niepotrzebnie się martwi. Nic się przecież nie dzieje. Siedzimy przy stoliku pod drzewem w przyjemnym cieniu i rozmawiamy. Wokół chodzą ludzie. Nic nam nie zagraża - myślałem sobie.

Jednego z Pakistańczyków na potrzeby tej historii nazwę Masażystą. Wykazał się bowiem swoimi zdolnościami masując mi plecy, a następnie skupiając się wyjątkowo długo na plecach Marty. Również i ja zacząłem czuć dyskomfort, ale tylko delikatny i, jak mniemałem, zasugerowany stanem Marty.

Poczułem w pewnym momencie, że może powinienem zerknąć w stronę namiotu? Na szczęście wystarczyło podnieść pupę. Wszystko wyglądało okej. Wyluzuj się, Dawid, wyluzuj...

Marta powiedziała wreszcie, że idzie na jakiś czas pod namiot. Nie widziało mi się zostawać tutaj w pojedynkę, więc wróciliśmy razem. Minęło trochę czasu, gdy odwiedziła nas Ola i Rhiann - gdzieś niedaleko miały swoją noclegownie. Gdy im wyjaśniłem, że może wciąż czeka na nas barbecue, ruszyliśmy na zwiady w trójkę, bez Marty.

Niestety, darmowego jedzonka już nie było. Może następnym razem ;). Wraz z Masażystą i drugim Pakistańczykiem udaliśmy się na spacer przez usiany szerokimi kamieniami brzeg morza Tyrreńskiego, zatrzymując się dość daleko, na mało uczęszczanym wycinku, skrytym za kamiennym murkiem. Pod nami, w małej zatoczce kąpała się trójka ludzi.

Usiedliśmy tu, spędzając czas na pogaduchach. Pewien brodaty mężczyzna po wyjściu z wody podszedł do nas, by spytać, dlaczego siedzimy z Pakistańczykami. Tym mnie naprawdę zaskoczył. "Dlaczego nie?" Spytałem. Niewiele zrozumiałem z jego wypowiedzi, może dlatego, że był pijany. Po serii obelg skierowanych do Pakistańczyków, wywołała się kłótnia, którą udało mi się nieco ochłodzić. Brodaty poszedł w swoją stronę, potykając się na kamieniach.

Nie jestem zwolennikiem szufladkowania ludzi. Na pewno nie jest tak, że wszyscy Pakistańczycy są źli. Ale Masażyście nie zależało, by utrzymać swoje konto w czystości. Zaczął kleić się do Oli. To zarzucił rękę przez jej bark, to przysunął się z naprzeciwka, dawno przekraczając przestrzeń osobistą... Wyjaśniłem mu najgrzeczniej jak potrafiłem, że w Polsce dziewczyny tego nie tolerują. Bo może u nich to normalne i dlatego nie widział problemu?

Wiem, jak to brzmi. Jakbym był bardzo naiwny. Ale świat wciąż mi pokazuje, że warto SPRÓBOWAĆ zrozumieć drugiego człowieka. Tak łatwo oceniamy. Tak pochopnie przypinamy etykiety. Ja tak nie chcę. I pracuję nad sobą każdego dnia, by się z tego wyzwolić. Co mi szkodzi? Mogę spróbować go zrozumieć, jednocześnie w sposób asertywny zabraniając dalszych działań. Obserwuj, ucz się, miej otwartą głowę, kontroluj sytuację, kontroluj siebie! - powtarzałem sobie.

Aby nie przedłużać tej historii - zakończyła się bez fajerwerków. Masażysta gdy zrozumiał, że u Oli nie ma szans, zasnął na kamieniach, a my z drugim Pakistańczykiem, którego zobaczyć możecie na zdjęciu, ruszyliśmy z powrotem. Swoją drogą, on wydawał się naprawdę w porządku. Taki spokojny, grzeczny, poukładany. Oboje śmialiśmy się z działań Masażysty. Ach, i dużo lepiej od niego posługiwał się angielskim.

Co się jednak zdarzyło? A no po powrocie pod namioty, drugi Pakistańczyk zaczął przystawiać się do Rhiann, w równie nieprzyjemny sposób. I jak ja mam pokładać w nich wiarę? Zawiodłem się. Bardziej jednak było mi przykro, ponieważ, jak wywnioskowaliśmy potem z Rhiann, Ci faceci prawdopodobnie tego zostali nauczeni - muszą się desperacko starać, by zyskać kobietę. To naprawdę przykry fakt, ponieważ z takim nastawieniem nie potrafią się zrelaksować, nie mają przestrzeni na to, by po prostu być, by cieszyć się chwilą i spotkaniem z turystami. Naprawdę mi ich szkoda.

"Rhiann, zauważyłaś, że siedząc z nimi na wybrzeżu, bezustannie ktoś nad nami czuwał?" spytałem towarzyszkę, wpatrując się w morze. "It's called a... Guardian Angels" powiedziałem, wyszukawszy odpowiednie słowo. Guardian Angels to nic innego jak Aniołowie Stróże.

O co mi chodzi? Otóż zwracałem baczną uwagę na to, czy w pobliżu są jacyś inny ludzie. Najpierw była ta trójka pływaków, z czego jeden naskoczył na Pakistańczyków. Gdy jednak poszli, niemal natychmiast pojawił się inny mężczyzna, który stał chwilę niedaleko, aż ruszył w swoją stronę. W międzyczasie pojawił się jeszcze jeden facet, który dłuższą chwilę mierzył wzrokiem naszych chwilowych towarzyszy. Wyglądał na niezadowolonego. Usiadł na tyle blisko, by nas słyszeć i co jakiś czas zmieniał miejsce, mając na nas dobry widok. Dziewczyny nie zdawały sobie z tego sprawy.

Wszystkich tych "przypadkowych" ludzi nazywam naszymi Aniołami Stróżami. Byli w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, by w razie potrzeby móc nam pomóc. Ale czemuż miałaby służyć ich obecność, ich warta, jeżeli Pakistańczycy byli niegroźni? W takim wypadku moją teorię można by po prostu odłożyć na regał z baśniami dla dzieci.

Jutro opowiem Wam co wydarzyło się później, tego samego dnia, gdy pożegnaliśmy się z Pakistańczykami i resztą ich grupy, by ruszyć na pociąg, mający nas wyciągnąć z Genui. Z moich osobistych przemyśleń powstał dość długi post, postanowiłem więc rozbić go na dwie części. Jeśli poszukujecie wrażeń, koniecznie wróćcie tu jutro, Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkam aż cztery osoby z poznanej dziś grupki, w tym, oczywiście, dwóch Pakistańczyków.

🌍 20.07.2019r. Pisa 👉 GenuaGdy tylko zaczęło się rozjaśniać, spakowaliśmy manatki i opuściliśmy przystań na cudzym trawn...
19/08/2019

🌍 20.07.2019r. Pisa 👉 Genua

Gdy tylko zaczęło się rozjaśniać, spakowaliśmy manatki i opuściliśmy przystań na cudzym trawniku, usuwając po sobie wszelkie ślady obecności. Tak, jak przewidywał nasz plan, udaliśmy się na pobliską stację benzynową, skąd czekać nas będzie dalsze autostopowanie.

Dotarłszy na miejsce, okazało się, że tuż za stacją rozciąga się dziki teren zieleni, pełne drzew i krzewów, mówiąc inaczej: doskonałe miejsce na postawienie namiotu. Niestety nie było nam dane tego przewidzieć ;).

Po niedługim czasie w podróż zabrał nas fantastyczny człowiek, posiadający fantastyczne autko. To tak zwany Mini Moke - mały plażowo-terenowy samochód, w sam raz na wakacje. Ten pojazd nie tylko nie posiada dachu, ale i drzwi! Zerknijcie na zdjęcie poglądowe :D.

Na kolejnego autostopa zabrała nas miła matka, wioząca córkę na obóz. Dowieziono nas prosto do Genui, skąd mieliśmy do pokonania godzinną trasę ku wybrzeżu.

Nadchodzi wielki i zasłużony wypoczynek! Ale spokojnie, nie będzie ani chwili nudy. Tutaj, w Genui, mamy spotkać Olę, dziewczynę Marty oraz jej Australijską znajomą, Rhiann.

Żeby napełnić żołądki, zahaczyliśmy po drodze o mały park. Wcześniej zabrakło mi uważności i kupiłem konserwę z pomidorami, jednak bez zawleczki, która umożliwiłaby otworzenie puszki. Tak prosty mechanizm, a jego brak niezwykle utrudnił mi zadanie. Jutro wrzucę nagranie, jakie zrobiłem tam widowisko, próbując dostać się do wymarzonych pomidorów.

W pewnym momencie jeden z widzów podszedł, by nam pomóc. Gdy i jemu się nie udało, chwycił puszkę i zaniósł ją do pobliskiego baru. Nie było go dobre 10 minut! Na ławce zostawił nawet swój plecak. Nie ma co, człowiek wykazał się dużym zaufaniem. Wreszcie powrócił z otwartą puszką! Serdecznie mu podziękowaliśmy i wręczyliśmy przygotowaną w międzyczasie pocztówkę z Polski.

Doszło do długo wyczekiwanego spotkania z Olą i Rhiann. Resztę dnia przesiedzieliśmy na pobliskiej plaży, gadając, opalając się, pływając i śpiąc - to ostatnie praktykowałem w pojedynkę. Obudziłem się po kilku godzinach, gdy słońce chyliło się ku horyzontowi. Wokół nas zaczęły kumulować się małe grupki Filipińczyków. Zaczyna się wyjątkowy rozdział dzisiejszego dnia.

Tuż obok nas rozstawili grilla, by przyrządzić najpyszniejsze barbecue jakie w życiu jadłem. Ci cudowni ludzie podzielili się z nami szaszłykami, makaronami z przeróżnymi dodatkami oraz sałatką wegańską, jako że dowiedzieli się, iż Ola i jej znajoma nie spożywają mięsa. Nie brakowało również alkoholu, takiego jak przepyszny Gin ze Schweppes'em!

Zebrało się blisko 30 Filipińczyków, łącznie z dziećmi, a wśród nich nasza czwórka! Pewien mężczyzna, ten z czerwonym podkoszulkiem, był odpowiedzialny za nasze pełne i zadowolone brzuszki - to on przychodził, by częstować nas przygotowanymi pysznościami. Raduję się na samą myśl o nim! Poprzez żołądek dotarł do mojego serca :D.

Wyjaśnił nam, że zebrani tutaj ludzie to jego wielka rodzina. Przybyli do Genui dziewięć lat temu i zamieszkali na dobre. Ponoć co tydzień w sobotę spotykają się tu na wspólną zabawę. Czyż to nie wspaniały nawyk?

Przybyli kolejni ludzie, tym razem z pełnym wyposażeniem do muzyki i karaoke. Zabawa była przednia. Mnóstwo śmiechu, mnóstwo radości. Napotkani na naszej drodze Filipińczycy już na zawsze pozostaną w moich wspomnieniach jako niezwykli, szczodrzy i dobroduszni ludzie o wielkich serduszkach!

Gdy wszyscy zebrali się do domów, zagadałem z Martą do lokalnych rówieśników, którzy siedzieli na wybrzeżu, spędzając miło czas. Dostaliśmy nawet propozycję przenocowania u jednej dziewczyny, która, jeżeli dobrze ją zrozumiałem jest jedyną couchsurferką w okolicy. Serdecznie jej podziękowałem, ale skoro namiot i tak już stał, stwierdziłem, że najwygodniej będzie pozostać na wybrzeżu.

🌍 19.07.2019r. Tarquinia 👉 PisaByło przed 10:00. Po czterech godzinach snu zwlokłem się z wyrka. Giuditta musiała nas de...
15/08/2019

🌍 19.07.2019r. Tarquinia 👉 Pisa

Było przed 10:00. Po czterech godzinach snu zwlokłem się z wyrka. Giuditta musiała nas delikatnie pogonić, by odwieźć nas na stację przed zbliżającymi się, prywatnymi sprawami. Spakowałem plecak i ruszyłem do auta. Źle mi było tylko z faktem, że nie pomogłem naszemu gospodarzowi posprzątać po wczorajszej zabawie.

Tak, jak Giuditta obiecała, tak podrzuciła nas na najbliższą stację na autostradzie. Była z nami jeszcze Aurora, jej przyjaciółka (czyż to nie piękne imię?). Pożegnaliśmy się z dziewczynami czule i rozpoczęliśmy podróż autostopową.

Marta obmyśliła praktyczną strategię na wchodzenie w interakcję z kierowcami, którzy nie mówią po angielsku. Przygotowaliśmy trzy, proste pytania przetłumaczone w Google Tłumaczu, zapisane za pomocą zrzutu ekranu (opcję posiada raczej każdy smartfon). Era samoobsługi. Nic nie mówisz, tylko pokazujesz! Zobaczcie w zdjęciach jak się to prezentuje :).

Na drodze do Pizy zatrzymaliśmy łącznie sześć aut, z czego pięć formą interakcji. Jeden raz stanęliśmy tuż przed bramkami wjazdu na autostradę. Po drodze znaleźliśmy czyjś dokument tożsamości. Miło było przekazać go pracownikom na bramkach. Przy okazji tej historii wyjaśniono nam jednak, że nie możemy tu rozmawiać z kierowcami, więc nie było wyboru jak stanąć z kartonem chwilę wcześniej. Zabawne, jak niewygodnie mi było mi z tą myślą - żadnej kontroli nad tym, czy ktoś się zatrzyma, czy nie. Nie ma jak podejść, nie ma jak zagadać! Zdążyłem się już przyzwyczaić do innego sposobu postępowania :D.

Marta uświadomiła mi pewne ciekawe zjawisko. Słyszeliście o tym? W jednym dniu jest kilka etapów, w których ludzie czują się w określony sposób. Było to widać zwłaszcza podczas rozmawiania z kierowcami. Mogę nieco przekręcić, ale do godziny 13:00 była energia, radość, entuzjazm, zarówno we mnie, jak i zaczepianych ludziach. Samo już rozmawianie było przyjemne i zabawne.

Po godzinie 14:00 zauważyłem z kolei spadek energii zarówno u siebie, jak i innych. Zagadywanie ludzi było nieco bardziej przymusem, a trochę mniej czynnością, z której można czerpać radość. Ludzie też reagowali na obcych podróżników mniej entuzjastycznie. Najchętniej wszyscy poszlibyśmy spać. Chyba zaczynam rozumieć fenomen sjesty w ciepłych krajach.

Około godziny 16:00 byliśmy już pod Krzywą Wieżą w Pizie. Muszę przyznać, że na żywo słynna budowla prezentuje się dużo lepiej. I nie mam tu na myśli efektu pochylenia, po wybudowaniu tak wielkiego obiektu na podmokłym podłożu. Wieża zaprojektowana w XII wieku urzekła mnie swoim stylem.

Odkryłem dość zabawną ciekawostkę. Krzywa Wieża zaczęła być krzywa jeszcze zanim dokończono budowę. Gdy zauważono, że przechyla się w kierunku północnym, postanowiono "wyprostować" ją decydując, że kolumny i łuki od strony południowej będą wyższe. W efekcie przechyliła się właśnie w kierunku południowym. Wtedy też prace zostały wstrzymane na całe 100 lat. Ostatecznie wieża została ukończona po 177 latach od rozpoczęcia (1173-1350)

Gdy zaczęło się ściemniać, skorzystaliśmy z pomocy niedrogiego pociągu, który wyciągnął nas z miasta. Następnie, pod osłoną zmroku, udało nam się znaleźć teren działkowy, w sam raz na rozłożenie namiotu. No, prawie w sam raz. Było to miejsce odseparowane barierką z metalowego drutu, dawno już porośniętą bluszczem.

Udało mi się rozłączyć segmenty ogrodzenia. Po drugiej stronie mieścił się otoczony drzewami teren, porośnięty niestrzyżoną od dłuższego czasu trawą. W oddali, pomimo ciemności, dostrzegliśmy dom. "Czy to czyjś ogródek?" spytałem sam siebie. Zbyt tłoczno, żeby zostać, ale zbyt dziko, żeby sobie pójść! Pod osłoną mroku rozstawiliśmy namiot i wcisnęliśmy go w ścianę zarośli, tak, by ukryć się przed spojrzeniem mieszkańców.

Poza pewnym incydentem, noc przebiegła gładko. Owym zdarzeniem był pies, który w środku nocy zaczął na nas szczekać. Był po drugiej stronie ogrodzenia. Nie widziałem go, ale wiem, że szczekał na nas. To się czuło... Przeszła mnie silna myśl, by natychmiast zacząć się pakować. Jednak szybko ją stłamsiłem. Jeśli zaczniemy się szamotać, pies z pewnością nie przestanie szczekać. Pakowanie się zajmie nam minimum 30 minut, w tym czasie ktoś, przykładowo gospodarz tego trawnika, złoży nam wizytę.

Pozostałem w bezruchu, a pies po dwóch minutach umilkł na dobre. Dobranoc ;).

15/08/2019

Kochani, przesyłam Wam najserdeczniejsze podziękowania za zainteresowanie i wsparcie dla Dziennika Podróżnika! Dziś o 20:00 wrzucam kolejnego posta, tym razem z Pizy!

Zastanawialiście się kiedyś jak nazywała się Krzywa Wieża, nim stała się krzywa? To proste - Prosta Wieża w Pizie!

🌍 18.07.2019r. Rzym 👉 Civitavecchia 👉 TarquiniaNastała 6:00, kiedy mój budzik rozpuścił senne przygody. Czas na nowe prz...
12/08/2019

🌍 18.07.2019r. Rzym 👉 Civitavecchia 👉 Tarquinia

Nastała 6:00, kiedy mój budzik rozpuścił senne przygody. Czas na nowe przeżycia, ale takie rzeczywiste! Zerknijcie w zdjęcia, umieściłem tam panoramę z naszego legowiska. Po lewej widać Koloseum, zaś na wprost, za drewnianym płotkiem, przechadzali się w nocy żołnierze.

Korzystając z zakupionego wczoraj biletu, odwiedziłem, znajdujące się naprzeciw Koloseum, słynne Forum Romanum. Jest to najstarszy plac miejski w Rzymie - główny ośrodek polityczny, religijny i towarzyski oraz miejsce odbywania się najstarszych uroczystości publicznych.

Z racji, że przyszedłem tutaj tuż po otwarciu, o 8:30, mogłem w ciszy i spokoju przechadzać się pomiędzy mnogimi ruinami, będącymi świadectwem dawnej potęgi tego miejsca.

Słyszeliście kiedyś o Mapie Marzeń? Jest to graficzne przedstawienie wszystkich naszych marzeń i celów. Stworzyłem takową, a w polu przeznaczonym na podróże umieściłem zdjęcie fragmentu z Forum Romanum, nad którym widnieje napis "W LIPCU PODRÓŻ AUTOSTOPEM DO WŁOCH".

Kochani, chcę Was zainspirować, byście sięgali po marzenia. Pragnę Was zachęcić, by SPISAĆ NA KARTCE wszystko to, co pragniecie zrobić przed śmiercią. Usłyszałem o tej metodzie w bardzo wielu źródłach: w książkach, artykułach, filmach i od dobrych ludzi, u których metoda ta się sprawdza. Badania dowodzą, że zapisywanie swoich marzeń drastycznie zwiększa prawdopodobieństwo na jego realizację. Ale nie wierzcie mi na słowo. Poczytajcie o tym artykuły! Co stoi na przeszkodzie, by spróbować sięgnąć po marzenia? Najwyżej się nie uda, no nie?

Czas naglił, by ruszyć w kierunku Pizy. Byłem z Martą umówiony na pociąg, który miał nas wyciągnąć ze stolicy i umożliwić podróż autostopową. Na peron właściwie biegłem, bo obiekt z fotografii mojej Mapy Marzeń, znalazłem dopiero pod koniec eksplorowania.

Szczęśliwie dotarliśmy do miasteczka Civitavecchia, gdzie przygotowałem kolorowy napis. Ustaliliśmy, że jeśli ktoś będzie jechał prosto do Genui, to darujemy sobie Pizę. Lepiej tak, niż potem pędzić i zatracić piękno podróży. W miejscu, w którym stanęliśmy, jeździło bardzo niewiele aut. Po raz kolejny okazało się to atutem. Jednostka przejęła odpowiedzialność - jeśli ona nam nie pomoże, to kto to zrobi?

Zabrał nas młody informatyk. Niestety jechał jedynie do Tarquinii, mieszczącej się 20 km dalej. Podekscytowany zatrzymanym samochodem, nie sprawdziłem, czy to ma jakikolwiek sens. Nie specjalnie miało. Na tym krótkim odcinku nie było stacji benzynowej, w konsekwencji czego nasz kierowca musiał nas wysadzić w swoim małym miasteczku. Nie bierzcie z tej historii przykładu i w podróżach autostopowych trzymajcie nerwy na wodzy!

Około godziny 15:00 stanęliśmy ze znakiem niedaleko ronda, z którego zjeżdżało się na autostradę. Prawdopodobieństwo, że ktoś nas zabierze jest bardzo nikłe, nie wspominając już o nieatrakcyjności autostopowania we Włoszech. Po godzinie oczekiwania nadjechała pewna 22-letnia dziewczyna.

Potwierdziła, że będzie nam bardzo ciężko znaleźć jakiegoś stopa w takim miejscu o takiej godzinie. Zaoferowała nam pieniądze na transport. Gdy odmówiłem, zaproponowała inny układ. Przez najbliższe pół godziny będzie robić zakupy w okolicy. Jeśli do tego czasu nie znajdziemy transportu, zabierze nas do siebie, a jutro z rana odstawi na najbliższej stacji na autostradzie. Tym razem ofertę przyjąłem z przyjemnością :D.

Możecie się domyślić, że nie znaleźliśmy transportu, więc Giuditta, bo tak jej na imię, zabrała nas do siebie. Poznaliśmy jej brata i zagraliśmy w grę karcianą. "Cóż za przyjaźni i otwarci ludzie!", pomyślałem.

Następnie ruszyliśmy do miejsca docelowego, czyli gospodarstwa z przepiękną okolicą i zwierzętami. Rodzice naszej nowej znajomej posiadają 4 owieczki, 6 gęsi i 10 kurczaków.

Z początku zaoferowała nam przestrzeń do rozstawienia namiotu, jednak szybko zmieniła podejście i ugościła nas w swoim domu. Trzeba jednak przyznać, że było gdzie rozstawić namiot! I spójrzcie w zdjęcia na ten piękny, białoniebieski domek!

Tego wieczoru nasz gospodarz urządzał małą imprezkę dla swoich przyjaciółek. Dołączyliśmy do nich. Łącznie była nas ósemka: 7 dziewczyn i ja. Popływaliśmy w basenie, zjedliśmy pyszną, włoską kolację, którą dziewczyny przygotowały i zagraliśmy w "Nigdy przenigdy", popijając zakupione przez nas wino.

To był przewspaniały wieczór. Bawiliśmy się chyba do 2 w nocy, a gdy wszyscy się rozeszli, wraz z Giudittą poszliśmy na dłuuugi spacer przez pola uprawne. Miejsce bardzo przypomina mi moje rodzinne strony.

Koniec końców, absolutnie nie żałuję tamtego krótkiego stopa do Tarquini. Powiem więcej. Gdyby teraz dano mi wybór, nigdy nie zdecydowałbym inaczej. Pomoc znów przyszła, gdy jej potrzebowaliśmy, a wraz z nią bezcenna, niezapomniana wartość. Za wszystko to jestem niesamowicie wdzięczny!

🌍 17.07.2019r. Rzym 👉 WatykanAutobus dowiózł nas o świcie. Pierwszym celem jest Polska Ambasada. Paszport tymczasowy kos...
10/08/2019

🌍 17.07.2019r. Rzym 👉 Watykan

Autobus dowiózł nas o świcie. Pierwszym celem jest Polska Ambasada. Paszport tymczasowy kosztował mnie 45 euro i jestem za to wdzięczny ;). Bo przecież nawet jakby kosztował 200 euro, to musiałbym znaleźć pieniądze i go sobie wyrobić. Dziękuję więc naszej, pięknej zresztą, ambasadzie za sprawienie mi dokumentu w raptem dwie godziny!

Wkraczając z wolna do centrum miasta, słynne na całym świecie piękno Rzymu dawało się coraz bardziej we znaki. Uliczki usiane były w przepiękne, rzeźbione budowle i architektoniczne cuda.

Pierwszą, wielką atrakcją był Plac Wenecki i znajdujący się tu Pomnik Wiktora Emanuela II, którego to budowa pochłonęła całe 50 lat (1885-1935). Wewnątrz ogromnego obiektu otwarto Centralne Muzeum Zjednoczenia Włoch. Ponadto organizowane są tu obchody świąt państwowych.

Pomnik szczyci się popularnością, do czego znacząco przyczynia się wysoko ulokowany taras widokowy. Stąd po raz pierwszy ujrzałem panoramę miasta i mój główny cel - Koloseum.

Tam też ruszyliśmy w następnej kolejności. Było właśnie tak wielkie, jak w moich wyobrażeniach. "Marta... naprawdę tu dotarliśmy" - zwróciłem się do towarzyszki. Mimo wszelkich przeciwności losu dotarliśmy tu. Spełniło się moje marzenie.

Tuż obok Koloseum mieści się trawiasty pagórek, na którym zregenerowaliśmy siły. Okazało się, że dla członków Unii Europejskiej do 25 roku życia zarówno Koloseum, jak i Forum Romanum kosztuje łącznie jedynie 2 euro! Oczywiście skorzystałem z oferty i czym prędzej ruszyłem do amfiteatru (bo jak się okazało, Koloseum to nic innego jak amfiteatr).

Marta zdążyła się już zestarzeć do 26 lat i dla niej atrakcje te wynosiły bodajże 14 euro. Postanowiła poczekać z plecakami na pagórku. Na moje pytania "czy jesteś tego pewna?" odpowiadała z całą pewnością, że jest świadoma podjętej decyzji :).

Ujrzenie Koloseum od wewnętrznej strony było dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Ta przestrzeń... ten ogrom... Wyobrażałem sobie okrzyki tłumów na przepełnionych trybunach (Koloseum mieściło do 50 tys. widzów). Postawiłem się w roli gladiatora, wstępującego na rozległą arenę, zbliżającego się do walki na śmierć i życie.

Wokół amfiteatru, wzdłuż krągłego korytarza mieściło się muzeum ukazujące dawną potęgę tego miejsca. Popękane płaskorzeźby, fragmenty posągów z pourywanymi głowami, ostatnie pozostałości po ozdobnych filarach... grafiki przedstawiające starożytnych Rzymian, spędzających czas na trybunach... wszystkie te obrazy obudziły we mnie tęsknotę... Naprawdę się wzruszyłem. Chodziłem od obiektu do obiektu, a łzy zaczęły napływać mi do oczu.

Nauczyciele duchowi wyraźnie podkreślają, że wszelka forma musi w końcu upaść, bo tak skonstruowany jest ten świat. Nic nie trwa wiecznie i aby odnaleźć spokój, należy to zaakceptować. Niby o tym wiem, niby o tym pamiętam... Ale w tamtej chwili było mi niesamowicie przykro, że to wszystko upadło. Oczywiście nie zgadzam się z czynami, jakie miały tutaj miejsce. Nie to rozbudziło moją tęsknotę... to coś innego.

Trzeba tu przyjść, by poczuć potęgę Rzymskiego Imperium. Starożytne cywilizacje posiadały wyjątkową siłę twórczą. Rzymianie włożyli niespotykaną wiarę i całą swoją duszę w majestatyczną architekturę, którą po dziś dzień jest nam dane podziwiać.

Wyobraźcie sobie, że jesteście w skórze starożytnego Rzymianina i przechadzacie się jednym z rozległych korytarzy Koloseum. Skończyła się właśnie krwiożercza walka wyszkolonych gladiatorów z wygłodniałymi bestiami. Czy ktoś z nich mógł przewidzieć, że za 2000 lat miejsce to będzie jedynie obiektem turystycznym? W moim odczuciu, szalona perspektywa.

Czas uciekał niemiłosiernie. Zdążyli już zamknąć Forum Romanum. Ale mogę to załatwić jutro! Udałem się do Watykanu, prosto na Plac Świętego Piotra - wyjątkowe, święte miejsce otoczone dwoma łukami, wspartymi na filarach. Moją uwagę przykuły posągi świętych, dumnie otaczające obszerny plac.

Na wprost nas widniała Bazylika Świętego Piotra - niestety, również zamknięta. Że też nie pomyślałem wcześniej, że na wieczór takie miejsce może być zamykane. Pamiętajcie o tym, planując tu swoją podróż!

A wiecie, gdzie poszliśmy spać? Historia nie lada! Wróciliśmy pod Koloseum, w miejsce, które odnalazła Marta, pijąc piwko i zajadając chrupki. To taki ślepy zaułek, z bramą na kłódkę i interesującym nas skrawkiem wysokiej trawy. Zasugerowałem, że rozstawianie tu namiotu nie będzie jednak rozsądne. Okazało się to właściwą decyzją.

Zakładając na nogi grzejącą bieliznę, około dziesięć metrów obok nas przemaszerowała grupa żołnierzy. Rozmawiali i śmiali się do siebie. Jeden z nich gwizdnął, jakby wołał psa...

Poszli. Nastała cisza, która nie zakłócała naszego odpoczynku aż do świtu. Po raz ostatni spojrzałem na Koloseum i udałem się do krainy snów.

Indirizzo

Piazza Vecchia
Bergamo

Notifiche

Lasciando la tua email puoi essere il primo a sapere quando Dziennik Podróżnika • Przygody autostopowe pubblica notizie e promozioni. Il tuo indirizzo email non verrà utilizzato per nessun altro scopo e potrai annullare l'iscrizione in qualsiasi momento.

Condividi

Chciałbym Wam przekazać...

Wszyscy poszukujemy szczęścia. Jesteśmy wspaniałymi marzycielami, zdolnymi do kreowania najpiękniejszych scenariuszy z nami w roli głównej. Również i ja posiadam taki scenariusz. W czasie mojej krótkiej podróży po tym świecie, niczym barwnik wlany do strumienia, pragnę "rozlać" tyle pozytywnej energii, ile tylko zdołam. Zamysłem jest, by podzielić się z Tobą wiedzą, którą podzielili się ze mną moi mentorzy. Chcę ukazać drogę pełną przygód, refleksji, miłości oraz wdzięczności do otaczającego nas świata. Mój blog poświęcony podróżom kieruję do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji do spełniania własnych marzeń, jak podróże - te małe i te duże. Wkładając serce w prowadzoną przeze mnie stronę, postaram się przekazać to, czym jest moja pasja. Ruszajmy więc na wspólną wyprawę! Tam, za horyzontem, czeka na nas bezcenny skarb.

Wasz Podróżnik, Dawid Kardzis